Nie ma czytania bez chichotania. 80-lecie „Świerszczyka”

Małgorzata Węgrzecka, redaktorka naczelna „Świerszczyka”: Zawodowo zajmujemy się produkcją endorfin, bo we wszystkich rubrykach pisma zaszyte jest poczucie humoru. Albo wzruszenie – coś, co wywoła emocję i przyciągnie dziecko.
Czyta się kilka minut
Okładki „Świerszczyka", od lewej: nr 1/1945, nr 43/1969, nr 20-20/1980, nr 8/2025 // materiały prasowe
Okładki „Świerszczyka", od lewej: nr 1/1945, nr 43/1969, nr 20-20/1980, nr 8/2025 // materiały prasowe

Michał Sowiński: Rok 1945 – wojna wciąż trwa, a tymczasem, 1 maja w Łodzi ukazuje się pierwszy numer pisma dla dzieci. Jak to było możliwe?

Małgorzata Węgrzecka: Czasy były niezwykle trudne – kraj w ruinie, świeża trauma, życie dopiero zaczynało się podnosić z gruzów. A jednak grupa niezwykłych ludzi – ilustrator Jan Marcin Szancer, pisarka i tłumaczka Stefania Grodzieńska oraz grafik i satyryk Eryk Lipiński – postanowiła dać dzieciom coś, co rozjaśni tę mroczną rzeczywistość. Dodatkowo – skoro wojna zniszczyła niemal wszystkie podręczniki, trzeba było stworzyć coś nowego. Coś, co oswoi dzieci z literami, słowem, światem. Tak narodził się „Świerszczyk”.

Świetny tytuł – w świecie prasy do dziś jeden z bardziej rozpoznawalnych. 

Kojarzy się z ciepłem, spokojem, bezpieczeństwem, jak domowy duszek zza komina, czyli przeciwieństwo rzeczywistości dookoła. Zaproszenie do innego, przyjaznego świata.

Dużo się od tego czasu zmieniło...

Wtedy pismo uczyło czytać i pisać – nie tylko dzieci, ale też dorosłych, bo po wojnie analfabetyzm był powszechny. Dziś znów jesteśmy pismem edukacyjnym, uczymy czytać – ale już tylko dzieci, na szczęście.

Sposób mówienia do dzieci też uległ zmianie. 

„Świerszczyk” zawsze podążał za dziećmi i ich światem – od klasycznych bajek i wierszy, po komiksy, gry czy eksperymenty graficzne. Zmieniało się też spojrzenie na dziecko: kiedyś oczekiwano posłuszeństwa, dziś liczy się rozmowa i partnerstwo. W XX wieku dzieci traktowano przedmiotowo – słynne: „dzieci i ryby głosu nie mają”, „co wolno wojewodzie, to nie tobie, kasztelanie”. Zobaczyliśmy, że można wychowywać inaczej – z szacunkiem, bez przemocy, ale też z jasno postawionymi granicami.

Dlatego zrezygnowaliśmy z mówienia z pozycji autorytetu, teraz stawiamy na dialog, szacunek i rozwijanie ciekawości. Niewątpliwie każde pokolenie czytelników dostawało „Świerszczyk” skrojony pod swoje czasy.

Przed wielką polityką nie zawsze się jednak udawało uchronić... 

No tak. Pojawił się i Stalin na okładce – takie były czasy. Ale redaktorzy umieli to jakoś przepracować. Zamiast nachalnej propagandy – publikowali na przykład baśnie narodów Związku Radzieckiego.

A potem przyszły kolejne zmiany – technologiczne, społeczne...

Rozwój technologii sprawił, że „Świerszczyk” stał się bardziej magazynem niż literackim czasopismem. Ale dziś wróciliśmy do tamtej formy – znów jesteśmy bliżej słowa, bliżej opowieści.

Ta zmiana myślenia o dzieciach wpłynęła także na rodziców?

Zrozumieliśmy, że edukacja to także wsparcie dorosłych. Dlatego jako pierwsi w Polsce stworzyliśmy magazyn dla rodziców – dzisiaj nazywamy go strefą dla rodzica – by pokazać, że wychowania można się nauczyć. Bo nikt nie rodzi się rodzicem.

Jak dziś dzieci uczą się ze „Świerszczykiem”?

Dajemy im proste narzędzia do radzenia sobie z emocjami. W tym roku mamy cykl „Urodzinowa Podróż Świerszczykowa”. Nasz bohater – Bajetan – odwiedza różne zakątki świata, spotyka zwierzęta, które dzieci mogą wyciąć i złożyć. Ale to coś więcej niż zabawa.

W jakim sensie?

Gry opracowała psycholożka dziecięca. Pomagają oswoić lęki: przed wystąpieniem w klasie, poznawaniem nowych kolegów, byciem niezauważonym. Uczymy budowania relacji, pewności siebie. A przy okazji rozwija się mała motoryka – wycinanie, klejenie, składanie. To ważne ćwiczenia.

Czyli papier wciąż ma znaczenie.

Ogromne. Papier to nie ekran. Angażuje całe ciało i umysł: rozwija koordynację ręka-oko, integruje zmysły, budzi przyjemność z czytania. Bez niego nie nauczymy się pisać ani rysować. Papier to podstawa. Mam rubrykę „Małe Czytanie” – dla tych, którzy dopiero zaczynają. Trudniejsze słowa zastępujemy obrazkami, by dziecko nie zniechęciło się na starcie i mogło cieszyć się tym, że „już czyta”.

Poezja zawsze odgrywała tu ważną rolę. Nadal tak jest?

Zdecydowanie, bo uczy rytmu języka, melodii, rymów – ale też pomaga nazwać to, co ulotne i trudne do uchwycenia. Poezja otwiera wyobraźnię, daje dzieciom słowa do nazywania emocji.

I to nie tylko klasyka?

Absolutnie nie. Mamy poezję użytkową, jak „Zwariowane litery” Małgorzaty Strzałkowskiej – to wiersze-zadania, które trzeba zrealizować, wyszukując elementy na ilustracjach. Dzieci śmieją się, trenują spostrzegawczość i uczą się odczytywać ukryty humor ilustracji Marcina Bruchnalskiego.

A proza i komiksy?

Oczywiście! Są dwa stałe komiksy i bardzo dbamy o oprawę wizualną. Przy każdym numerze pracuje około siedemnastu ilustratorów, dzięki czemu dziecko odkrywa różne style i uczy się, co je przyciąga. Jest też „Kopnięte Królestwo” Natalii Usenko – pełne wyobraźni i humoru. Coraz więcej form zbliża się do picture booka, bo obrazkowe opowieści wreszcie są u nas doceniane.

W „Świerszczyku” także ilustracje uczą podstaw estetyki.

Mamy coś, co nazywamy spacerem po minigalerii sztuki. W każdym numerze dziecko styka się z różnymi stylami – od akwareli, przez grafikę komputerową, po przestrzenne kolaże, które trudno zaklasyfikować. To pozwala rozwijać gust, wrażliwość, poczucie estetyki. Dziecko może samo zobaczyć, co mu się podoba – czy bardziej malarskość, czy nowoczesność, czy może ilustracje uszyte z różnych materiałów i koronek lub kolaże przedstawiające na przykład fortepian stworzony z kółek zębatych, kurków i metalowych kluczyków.

Jakie miejsce zajmują w „Świerszczyku” dłuższe formy?

Mamy „Wielkie czytanie” – miniksiążeczkę wewnątrz numeru, ilustrowane opowiadanie na sześciu stronach. A zaraz po nim rubrykę „Prawda czy fałsz”, gdzie dziecko sprawdza, czy dobrze zrozumiało tekst. Ale to tylko początek, bo najważniejsze – i powtarzam to zawsze – jest to, że w „Świerszczyku” zawodowo zajmujemy się produkcją endorfin, bo we wszystkich rubrykach zaszyte jest poczucie humoru. Nie ma czytania bez chichotania. A jeśli nie śmiech, to wzruszenie – coś, co wywoła emocję i przyciągnie dziecko. To działa tak samo u dorosłych: jeśli książka nie wciąga przez pierwsze strony, odkładamy ją. Dzieci reagują identycznie. Dlatego tekst musi być świetny – zabawny, poruszający, taki, który zatrzymuje. Tylko wtedy dziecko zostaje z nami.

Kto zostaje z Wami najdłużej?

To piękne – mamy czytelników, którzy są już piątym pokoleniem. Licząc od 1945 r. co dwadzieścia lat, dziś w „Świerszczyku” spotykają się babcie, rodzice i dzieci. Są tacy, którzy znają go od zawsze, i tacy, którzy dopiero niedawno odkryli, że to pismo istnieje.

Czytelnicy „Tygodnika” to też wielopokoleniowa wspólnota.

Prasa dziecięca ma jednak inny status – bywa mylona z zafoliowanymi gazetkami z plastikowymi dodatkami. A my nie mamy folii. I mam nadzieję, że nigdy nie będziemy mieć. Bo wszystko, co jest w „Świerszczyku”, traktujemy jak prezent – pełen wartościowych treści i atrakcji.

Jesteście widoczni na półkach.

To zasługa świadomych sprzedawców. Ci lepsi nie wpychają nas w tłum gazetkowych dodatków, tylko stawiają osobno. Dzięki temu jesteśmy bardziej rozpoznawalni. To wymaga innego myślenia o obecności na rynku, ale jakoś się trzymamy. I cieszy, że Wy też.

80-lecie to czas świętowania, ale i planowania. Jakie są marzenia na kolejne dekady?

Chciałabym, żebyśmy mądrze gospodarowali zasobami – papierem, energią, czasem – i trwali niezależnie od mody czy chwilowych trendów. Papier powoli wraca, w wielu miejscach na świecie, na przykład w Skandynawii znów sięga się po druk. Ludzie są zmęczeni elektroniką, a może po prostu szukają różnorodności. Nie chodzi o ucieczkę od cyfrowości, ale o równowagę. Nie wyrzucimy dzieciom z rąk tabletów i smartfonów – i nie powinniśmy. To część współczesnego świata. Ale trzeba dawać alternatywę. Niech będzie miejsce i na elektronikę, i na papier. Chodzi o to, żeby był wybór.

A wsparcie systemowe? Czy państwo mogłoby pomóc takim tytułom?

Byłoby dobrze, gdyby wspierało instytucje kultury i takie czasopisma jak „Świerszczyk”. Nie mówię tego z patosem – po prostu jesteśmy częścią dziedzictwa kulturowego. Fajnie byłoby wiedzieć, że nie musimy działać wyłącznie komercyjnie, że mamy zaplecze pozwalające spokojnie funkcjonować. Ale... nie wiem, czy to kiedykolwiek nastąpi.

Małgorzata Węgrzecka, redaktorka naczelna „Świerszczyka” // materiały prasowe

MAŁGORZATA WĘGRZECKA jest od 2008 r. redaktorką naczelną magazynu dla dzieci „Świerszczyk”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 32/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Nie ma czytania bez chichotania