Nie będzie polskiego Einsteina. Władzy nie zależy na naukowcach

Obecny rząd stosuje tę samą logikę co poprzednicy z PiS, ograniczając finansowanie spełniającego najwyższe standardy Narodowego Centrum Nauki. Ze szkodą dla naszych badaczy, a więc także dla przyszłej pozycji Polski w nowoczesnym świecie.
Czyta się kilka minut
Siedziba Narodowego Centrum Nauki w Krakowie. 26 lipca 2024 r. // Fot. Łukasz Bera / Materiały prasowe NCN
Siedziba Narodowego Centrum Nauki w Krakowie. 26 lipca 2024 r. // Fot. Łukasz Bera / Materiały prasowe NCN

Rada Narodowego Centrum Nauki na początku września wyraziła zdecydowany sprzeciw wobec kwoty, jaką w projekcie ustawy budżetowej na 2025 r. przyznano na potrzeby NCN. Ma ona stać w jawnej sprzeczności z publicznymi zapewnieniami o konieczności zwiększenia finansowania tej agencji. Tymczasem do stabilnego rozwoju działalności naukowej w Polsce niezbędny jest długofalowy wzrost nakładów na NCN.

Narodowe Centrum Nauki: finansowanie

W przyjętym projekcie budżetu na przyszły rok zaplanowano 42 mld zł na szkolnictwo wyższe i naukę – jednak lwią część tej kwoty pochłoną subwencje dla uniwersytetów. Narodowe Centrum Nauki, które jest największą agencją przyznającą granty na podstawowe badania naukowe, ma otrzymać zaledwie 1,64 mld zł, czyli tyle, ile dotąd. Na osobną pulę może liczyć (kojarzone ostatnio głównie z aferami i defraudowaniem publicznych pieniędzy) Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Czy są to więc na pewno środki na badania – o tym za chwilę.

Zapytaliśmy resort nauki o wysokość planowanego finansowania NCN na przyszły rok i powody, dla których praktycznie one nie rosną. „Wysokość środków planowana dla NCN wynika ze zgłoszonego zapotrzebowania przez jednostkę na dany rok budżetowy, a następnie dostosowywana jest do otrzymanych z Ministerstwa Finansów limitów na naukę. Środki dla NCN zostały zaplanowane na 2024 r. w wysokości według planu po zmianach 1 mld 643 mln zł, a na rok 2025 w wysokości 1 mld 648 mln zł” – odpowiedziało ministerstwo. 

Granty Narodowego Centrum Nauki

NCN działa od 2011 r. Ma swoją główną siedzibę w Krakowie. Zdaniem wielu znaczących naukowców jest instytucją, z której Polska może być dumna. Stosuje się do wszystkich standardów oceny projektów naukowych, które są normą w najbardziej rozwiniętych i innowacyjnych krajach.

Były dyrektor NCN, współtworzący tę agencję prof. Andrzej Jajszczyk przyznaje, że powołano ją na wzór podobnych, istniejących w USA czy krajach europejskich. Jej celem było finansowanie badań podstawowych (pogłębiających wiedzę o zjawiskach, ale bez komercyjnego wykorzystania). – Nie staraliśmy się wymyślać czegoś zupełnie nowego, tylko patrzyliśmy, jak inni to robią, i staraliśmy się dostosować do naszych warunków – mówi prof. Jajszczyk.

Głównym zadaniem NCN jest rozdzielanie grantów na projekty, o które aplikują naukowcy z wszystkich możliwych dziedzin. Ich oceną zajmują się eksperci – wybitni naukowcy z Polski i zagranicy. To gwarantuje bezstronność ocen oraz ogranicza potencjalny konflikt interesów. Prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej prof. Maciej Żylicz podkreśla, że NCN przy ocenie projektów stosuje regułę peer review: wnioski o granty oceniane są przez naukowców, których pozycja jest wyższa lub równa aplikującym.

Prof. Jajszczyk przyznaje, że pieniędzy, jak zwykle w polskich warunkach, nigdy nie było tyle, ile by naukowcy chcieli. Jednak kiedyś tzw. współczynnik sukcesu, czyli liczba grantów przyznanych w stosunku do liczby zgłoszonych propozycji, była rzędu 20-25 proc. – To była przyzwoita liczba – przekonuje. Ostatnio sytuacja znacznie się pogorszyła i obecnie współczynnik sukcesu wynosi w niektórych konkursach poniżej 10 proc. – Moim zdaniem to jest patologia – uważa prof. Jajszczyk.

Powody są różne, czasem obiektywne. Pierwszy to inflacja, która znacznie zwiększyła koszty badań. Kolejny to wzrost zainteresowania grantami NCN ze strony naukowców. Zdaniem prof. Jajszczyka nie obyło się jednak bez błędów ze strony rady i kierownictwa NCN – nadmiernie rozbudowano system grantów i ich rodzajów, co zwiększyło koszty w samej agencji. NCN przyznaje dziś granty dla badaczy na każdym szczeblu kariery, w ramach m.in. takich programów jak Opus, Preludium, Maestro, Sonata (na stronie internetowej agencji wymienia się 20 rodzajów konkursów krajowych i jeszcze więcej konkursów międzynarodowych). Jednorazowe pieniądze dorzucał co prawda czasem minister, ale nie ratowały one sytuacji, bo większość projektów badawczych realizowanych jest przez wiele lat i dodatkowe granty nadmiernie obciążały budżet w kolejnych latach.

Narodowe Centrum Nauki vs Narodowe Centrum Badań i Rozwoju

Kluczowy był jednak stosunek rządu PiS do NCN, zwłaszcza odkąd ministrem edukacji i nauki został Przemysław Czarnek. Źle traktował NCN i publicznie ubolewał nad jego nadmierną niezależnością; pieniądze trafiały więc do innych instytucji preferowanych przez szefa resortu. Z dwóch agencji „narodowych” lepsze notowania w PiS miało zawsze Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, z budżetem, który w ostatnich latach wynosił ok. 8 mld zł (niemal pięć razy więcej niż dostaje NCN). Jak wiadomo od wielu miesięcy, niektórzy działacze Zjednoczonej Prawicy, związani zwłaszcza z republikanami Adama Bielana, zrobili z NCBiR maszynę do wyprowadzania pieniędzy (szacowane niedawno kwoty opiewają na ok. 600 mln zł).

Nieprawidłowości z przeszłości mają być rozliczone, ale równie ważne jest to, że przyznanie NCN w projekcie przyszłorocznego budżetu tej samej kwoty co w roku bieżącym oznacza realne zmniejszenie nakładów na naukę, bo, jak zwraca uwagę prof. Jajszczyk, stale zwiększają się zarówno koszty badań, jak i koszty działania NCN, choćby z powodu ustalonego już wzrostu płac. Jest więc niemal pewne, że i w przyszłym roku współczynnik sukcesu, w części konkursów, znajdzie się na poziomie poniżej 10 proc.

Na to samo zwraca uwagę Rada NCN, podkreślając zarazem, że wynagrodzenia pracowników agencji wciąż nie są adekwatne do ich kompetencji i sytuacji na rynku pracy. „Centrum zatrudnia wykwalifikowaną kadrę, a na wielu stanowiskach wymagany jest stopień doktora. Trudne jest pozyskanie nowych i utrzymanie już zatrudnionych pracowników, jeśli obecnie średni poziom wynagrodzeń pracowników NCN jest o 25 procent niższy od średniego wynagrodzenia w Krakowie” – oświadcza rada.

Równe żołądki, nierówne mózgi

Niektórzy naukowcy nie dziwią się tej kontynuacji złych notowań NCN w kręgach rządowych. Zwracają uwagę, że nadzorujący naukę w ramach Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego wiceminister Maciej Gdula w przeszłości nieraz krytycznie wypowiadał się na temat tej agencji.

– Minister miał pretensje, że wszystkie pieniądze z NCN zbiera „sitwa” z Warszawy, Krakowa i Poznania. Tam rzeczywiście idzie najwięcej grantów, ale dlatego, że właśnie z tych ośrodków trafia najwięcej wniosków i są, na ogół, na wysokim poziomie. Jeśli z jakiegoś ośrodka przychodzi jeden słaby wniosek, to trudno oczekiwać, że zdobędzie on dużo grantów – mówi prof. Jajszczyk. – Minister jako przedstawiciel lewicy uważa, że wszyscy mają jednakowe żołądki. Ale nie wszyscy mają równe mózgi. Nauka, jeśli ma się rozwijać, powinna promować najlepszych – dodaje.

Z danych przedstawionych przez samo NCN wynika, że w latach 2011-23 sfinansowano 29 584 projektów badawczych, w łącznej kwocie na poziomie 15,69 mld zł. Wszystkich wnioskujących było zaś 55 988. W tym okresie wnioski o finansowanie do NCN złożyły 824 uczelnie, instytuty naukowe PAN, instytuty badawcze i inne podmioty. Jeśli chodzi o geografię, najwięcej wniosków wpłynęło z największych ośrodków akademickich – ponad 33 proc. jednostek mieści się w województwie mazowieckim, na drugim miejscu jest województwo małopolskie, z którego wpłynęło ponad 11 proc. wniosków. Najwięcej grantów, jak podaje NCN, otrzymują Mazowsze i Małopolska, co wedle agencji jest wynikiem większej liczby podmiotów aplikujących.

Niedofinansowanie NCN rodzi złą atmosferę i budzi podejrzenia, że kryteria przyznawania grantów są niejasne. O ile bowiem decydującym o grantach ekspertom NCN stosunkowo łatwo odrzucić gorsze wnioski, o tyle w końcu stają wobec wyboru, który z kilku bardzo dobrych ostatecznie wybrać. – Powoduje to dalekosiężne skutki. Naukowcy tracą zaufanie do agencji, bo jeden wniosek przyjęto, a drugiego podobnego nie, motywy zaś są niejasne – mówi prof. Jajszczyk. – Proponowałem, żeby eksperci robili selekcję, a następnie losowali wnioski, które zostaną przyjęte. Moim zdaniem wynik ten byłby bardziej sprawiedliwy niż ocena ekspercka, bo nie obarczony żadnymi obciążeniami, dotyczącymi tematyki, płci naukowców itd. – dodaje.

Także prof. Żylicz uważa, że przy współczynniku sukcesu poniżej 15 procent decyzje grantowe to już jest loteria. Zwiększenie finansowania NCN spowodowałoby, że większe szanse na pozytywne rozpatrzenie wniosków miałyby mniejsze ośrodki, na czym zależy ministrowi Gduli.

NCBiR: patologie na skalę przemysłową

Prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej przypomina, że kiedyś brał udział w ocenianiu wniosków trafiających do EMBO (międzynarodowa organizacja przyznająca granty z zakresu biologii molekularnej) i gdy współczynnik sukcesu był na poziomie 12 proc., nikt z Polaków nie uzyskiwał żadnych grantów, ale gdy pieniądze i współczynnik sukcesu wzrosły do 17 proc., projekty z Polski zaczęły uzyskiwać dotacje.

– Moim zdaniem obniżanie finansowania NCN to fatalny kierunek – ocenia prof. Żylicz i dodaje, że zupełnym nieporozumieniem jest też stawianie znaku równości między NCN i Narodowym Centrum Badań i Rozwoju, czyli agencją zajmującą się finansowaniem nauki stosowanej, np. wspieraniem innowacyjnych produktów i rozwiązań przemysłowych (w praktyce pieniądze trafiają też do firm wdrażających dość trywialne pomysły). Podkreśla zarazem, że NCBiR ma ogromny problem z ekspertami, często nie są oni na tym samym poziomie co naukowcy, których wnioski mają oceniać. NCBiR nie należy też do najważniejszych organizacji międzynarodowych, które są weryfikatorem jakości.

Prof. Żylicz zwraca uwagę, że osób, które mogą być w Polsce recenzentami, a które nie miałyby konfliktu interesów, jest bardzo mało. Korzystanie z ludzi z zewnątrz jest więc niezbędne. Tymczasem w NCBiR ekspertów z międzynarodowym dorobkiem nie było, więc w czasach PiS zdarzały się sytuacje, gdy ogromne dotacje na rzekome badania wypłacano firmom-krzakom, które powstały dzień wcześniej.

Warto wspomnieć, że choć ujawnione w mediach patologie dotyczą drugiej kadencji rządów PiS, wokół NCBiR znaków zapytania nie brakowało już wcześniej, i to takich, z których sprawę musiało sobie zdawać kierownictwo resortu nauki. Gdy w 2018 r. ówczesny minister zdrowia, prof. Łukasz Szumowski, który do resortu zdrowia przyszedł ze stanowiska wiceministra nauki, zaczął mówić o konieczności rozwoju w Polsce praktycznie nieistniejącego segmentu niekomercyjnych badań klinicznych (w Polsce badania te prowadzono niemal wyłącznie komercyjnie, na zlecenie firm farmaceutycznych), postawił od razu na budowę kolejnej instytucji rządowej – Agencji Badań Medycznych. Nie przyjmował argumentów o istnieniu NCN i NCBiR. Na pewno najważniejszym argumentem był fakt, że jako minister zdrowia nie miałby żadnego wpływu na realizowane projekty, ale wśród doradców ministra, który chciał zaprosić do bliskiej współpracy instytucje amerykańskie, były też duże obawy związane ze sposobem prowadzenia projektów w NCBiR. Jak na ironię, samo powołanie i działalność ABM też nie były wolne od kontrowersji.

Zdaniem prof. Żylicza kłopoty NCBiR pojawiły się w momencie, gdy dyrektorzy zaczęli być wyznaczani politycznie. Niedawno prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej napisał wraz z dwoma innymi naukowcami list do premiera Tuska z propozycją uzdrowienia NCBiR. To model, który się sprawdził w USA przy opracowaniu technologii GPS. – Idea polega na tym, że robimy otwarty konkurs za małe pieniądze, w ten sposób testujemy firmy, czy są odpowiedzialne i innowacyjne, a następnie robimy zamknięty konkurs z najbardziej obiecującej tematyki na duże pieniądze dla tych podmiotów, które się w otwartym konkursie sprawdziły. Unikamy w ten sposób tworzenia firm-krzaków, na czym NCBiR poległ – mówi prof. Żylicz.

List jednak nie wywołał żadnego efektu, poza tym, że trafił do resortu nauki. O żadnym projekcie nowej ustawy o NCBiR nic nie słychać.

Jak zarobić na nauce?

Prof. Żylicz uważa, że NCBiR powinien z budżetu państwa dostawać fundusze na badania naukowe zmierzające do opracowania nowych technologii. Tymczasem dziś zdecydowana większość funduszy NCBiR jest wydawana na ulepszanie tych istniejących, a to powinno być finansowane przez same firmy.

Problemem jest też to, że w świecie polityki powszechne jest, co przyznają naukowcy, niezrozumienie dla roli badań podstawowych i ich relacji z badaniami stosowanymi. Prof. Andrzej Jajszczyk uważa, że niekomercyjne badania podstawowe są wręcz dyskryminowane, choć konsekwencje cywilizacyjne mogą być gigantyczne. Zwraca uwagę, że w krajach, których postawiono na rozwój wyłącznie badań stosowanych, licząc, że to przyspieszy rozwój technologiczny, efekt był niewielki. Sukces zaś osiągnęły kraje, które najpierw postawiły na rozwój badań podstawowych.

– Badania podstawowe to jest przerabianie pieniędzy w wiedzę. Badania stosowane to jest przerabianie wiedzy w pieniądze. Jeżeli chcemy mieć zastosowania, musimy mieć wiedzę. W USA zrozumiano bardzo dawno, że badania podstawowe mają tworzyć intelektualny grunt do innowacji. Jeśli jest innowacja, która dobrze rokuje, znajdują się prywatne pieniądze, aby ją sfinansować – mówi prof. Jajszczyk. – NCBiR wydało w ostatnich kilkunastu latach ogromne pieniądze, ale czy słyszeliśmy o sukcesach wdrożeniowych? Wydawali dużo większe pieniądze, niż miał do dyspozycji NCN, ale niewiele dobrego z tego wynikło.

Prof. Żylicz podkreśla zaś, że stawianie jedynie na naukę stosowaną jest charakterystyczne dla biednych krajów, które sądzą, że w ten sposób będą miały szybki sukces. – To jest droga na skróty. Tak naprawdę, żeby mieć sukcesy komercyjne, trzeba przedtem zainwestować w naukę podstawową. Trzeba zrozumieć mechanizm jakiejś reakcji, aby można ją zastosować – podkreśla prof. Żylicz. – Kto w 1905 r. rozumiał teorię względności Einsteina? Pewnie niewielu. A dziś, gdyby nie poprawki wynikające z teorii względności, nasz GPS działałby z dokładnością przekraczającą jeden kilometr. Byłby bezużyteczny.

Współpraca Piotr Śmiłowicz

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 39/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Polski Einstein? To niemożliwe