Gdyby ten projekt pojawił się w poprzedniej kadencji Sejmu, nie zostawilibyśmy na nim suchej nitki – można usłyszeć w kuluarowych rozmowach posłów Koalicji Obywatelskiej, którzy podkreślają, że jeśli proces legislacyjny będzie postępować dalej, prędzej czy później znajdą się między młotem a kowadłem. A bardziej precyzyjnie: „między Czarnkiem a Czarzastym”.
O Polskiej Akademii Nauk („szanowana”, „zasłużona” – mówią jedni, „zmurszała” – powiedzą drudzy) już dawno nie było tak głośno. Można zaryzykować twierdzenie, że temperatura sporów o przygotowany w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego projekt nowej ustawy o PAN niemal sięga tej, która towarzyszyła przeprowadzanym przez rząd PiS zmianom w wymiarze sprawiedliwości. Tyle że resortem nauki nie kieruje dziś nominat Jarosława Kaczyńskiego, ale wiceprzewodniczący Nowej Lewicy, Dariusz Wieczorek.
Jest mało prawdopodobne, by na Krakowskie Przedmieście i pod Sejm ciągnęły w obronie PAN dziesiątki tysięcy demonstrantów, jednak dla PiS uderzenie w naukowe elity będzie na pewno politycznym paliwem, być może też dowodem na hipokryzję nowej władzy i jej zwolenników. Pojawia się też inna kwestia: czy KO może zaryzykować konflikt z tradycyjnie z nią kojarzonym (choć oczywiście niewolnym od politycznych podziałów) środowiskiem naukowców i intelektualistów?
Fakt, że Ministerstwo Nauki pracuje nad nową ustawą o Polskiej Akademii Nauk, niczego jeszcze nie przesądza. Wszystko jest w rękach premiera. I to on jest adresatem zarzutów, które pojawiają się od kilku tygodni. Co ciekawe, jedna z głównych zmian dotyczy odebrania szefowi rządu nadzoru nad PAN.
Ręcznie sterowana nauka
Prof. Ewa Łętowska stwierdziła na łamach „Gazety Wyborczej”, że projekt realizuje wizję „centralistyczno-biurokratyczną” i obniża rangę PAN, podporządkowując ją ministrowi nauki – szef tego resortu miałby bezpośredni wpływ na personalia i majątek PAN, co zmierza wprost do ręcznego sterowania Akademią. Ustawa w proponowanym kształcie marginalizuje wyłaniane w wyborach władze PAN oraz rozwadnia reprezentatywność Zgromadzenia Ogólnego, dając prawo wyboru władz Akademii nie tylko jej członkom, ale i osobom spoza korporacji. Jednocześnie rozluźnia więzy między władzami PAN i jej instytutami naukowymi.
Były dyrektor Międzynarodowego Instytutu Biologii Molekularnej i Komórkowej PAN, prof. Jacek Kuźnicki uważa z kolei, że gdy ustawa wejdzie w życie, nie usprawni PAN, ale zwiększy nadzór polityczny nad jej działalnością, majątkiem i przekazywanymi funduszami. W projekcie nie mówi się o jakości nauki, o innowacyjności, o umiędzynarodowieniu badań, współpracy z uczelniami i przemysłem. Nie chodzi więc o to, by zwiększyć efektywność PAN i całej nauki w Polsce. W opinii Kuźnickiego jedynym rzeczywistym beneficjentem zmian będzie ministerstwo, które uzyska narzędzia do kontroli i narzucania swoich pomysłów oraz wprowadzania do PAN i jej instytutów własnych ludzi. Tak jak w instytutach Sieci Badawczej Łukasiewicz, będącej w przeszłości oczkiem w głowie ministra Jarosława Gowina.
W instytucji tej, grupującej czołowe jednostki naukowo-badawcze w kraju, nastawione na działalność wdrożeniową i komercyjną, dotychczasowego prezesa Andrzeja Dybczyńskiego, mianowanego co prawda w czasach PiS, ale dobrze ocenianego przez środowisko, zastąpił związany z PSL Hubert Cichocki. Zmiana zaowocowała roszadami na stanowiskach dyrektorów skupionych w sieci, o ewidentnie politycznym charakterze. Najbardziej spektakularny przykład to odwołanie z funkcji dyrektora Polskiego Ośrodka Rozwoju Technologii (PORT) dr hab. Alicji Bachmatiuk, poprzedzone powołaniem na stanowisko jej zastępcy Bartłomieja Ciążyńskiego, wpływowego działacza Nowej Lewicy z Wrocławia. Tego samego, który został potem wiceministrem sprawiedliwości, ale na pożegnanie zdążył jeszcze naciągnąć PORT, wykorzystując służbowy samochód i kartę kredytową podczas wakacji w Słowenii. Po nagłośnieniu sprawy musiał odejść z resortu, który miał być wzorem transparentności po epoce Zbigniewa Ziobry.
Nie jest tajemnicą, że premier bardzo źle zareagował na skandal z Ciążyńskim, a kolejne doniesienia o tym, co dzieje się w tak poważnej instytucji, jaką jest Sieć Badawcza Łukasiewicz, nie wzmocniły pozycji ministra nauki i jego pryncypała Włodzimierza Czarzastego.
Nadmiernie niezależni?
Byłoby przesadą twierdzić, że projekt budzi wyłącznie krytykę. Jego obrońcy uważają, iż gwałtowny sprzeciw środowiska profesorskiego może wynikać z obaw przed jakimikolwiek zmianami zmierzającymi do nawet śladowej kontroli ze strony państwa. W ciągu niemal 75 lat istnienia PAN co prawda kilka razy zmieniano ustawę (ostatni raz w 2010 r.), ale nigdy nie były to zmiany rewolucyjne.
Większość naukowców, z którymi rozmawiał „Tygodnik”, odrzuca jednak ten pogląd i twierdzi, że zmiany proponowane przez resort nauki nie tylko nie naprawiają istniejących nieprawidłowości w funkcjonowaniu Akademii, ale też generują nowe. – Ten projekt został stworzony przez ludzi, którzy zupełnie nie rozumieją, czym jest PAN – mówi nam prof. Jacek Kuźnicki.
Sam prezes PAN prof. Marek Konarzewski przekonuje w rozmowie z „Tygodnikiem”, że w projekcie jest niewiele elementów, z którymi można się zgodzić. Pozytywnie, tak naprawdę, ocenia jedynie rozwiązanie, które eliminuje dwustopniową przynależność do korporacji, czyli podział na członków rzeczywistych i korespondentów.
– Cała reszta bardziej fundamentalnych rozwiązań musi być oprotestowana, bo rujnuje Akademię – twierdzi prof. Konarzewski. Jego zdaniem projekt stwarza możliwość zawłaszczenia majątku PAN. W przepisach przejściowych znalazł się bowiem artykuł zakładający, że rząd wskaże te składniki majątku Akademii, które będą potrzebne do realizacji celów ustawowych. – Można to czytać w ten sposób, że pan minister stworzy listę rekomendującą premierowi, która nieruchomość będzie PAN potrzebna, a która już nie – zaznacza prezes.
Taką praktykę może ułatwić zawarty w projekcie przepis, wedle którego minister w każdej chwili może odwołać kanclerza PAN, który dysponuje majątkiem Akademii. Jednocześnie żadnej władzy nad tym samym kanclerzem nie będzie miał prezes PAN. – Kanclerz mający świadomość, że w każdej chwili może zostać odwołany, będzie bezpośrednio sterowany przez ministra – ocenia prof. Konarzewski, po czym jako „zupełne kuriozum” określa przeniesienie nadzoru nad PAN z gabinetu premiera na ręce ministra nauki. – Nie ma takich krajów zachodnich, w których narodowa akademia nauk byłaby podporządkowana ministerstwu. Jedynym wyjątkiem są Węgry. To nie jest tylko kwestia prestiżu. Sama idea narodowej akademii oznacza, że ma ona służyć państwu jako intelektualny zasób ekspercki, a nie aktualnej władzy – dodaje Konarzewski.
Pomysł przekazania nadzoru nad PAN ministrowi nauki krytycznie ocenia również prof. Maciej Żylicz, prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, przygotowujący zresztą w tej chwili dla ministerstwa opinię na temat projektu. W rozmowie z „TP” podkreśla, że PAN powinna dostarczać ekspertyz „na poziomie państwa”, a nie tylko przekazywać resortowi informacje o badaniach naukowych. To zaś uzasadnia, dlaczego powinna być podporządkowana bezpośrednio premierowi, jak to jest obecnie. Jednocześnie – zdaniem prof. Żylicza – w projekcie ustawy nie powinno być przepisu dającego premierowi prawo uchylania uchwał PAN, bo takie powinien mieć jedynie sąd – premier może co najwyżej uchwały zawieszać. Żylicz zwraca też uwagę na niebezpieczny zapis o możliwości odwołania kanclerza przez ministra.
Neoczłonkowie jak neosędziowie
Negatywne oceny zbiera też przepis, który wiceminister nauki Maciej Gdula (też z Nowej Lewicy) przedstawia publicznie jako zwiększenie demokracji w Akademii i wymuszenie w niej zmiany pokoleniowej (blokowanie etatów przez starszą wiekiem kadrę jest rzeczywistym problemem). Chodzi o włączenie dyrektorów instytutów PAN oraz przedstawicieli tzw. Akademii Młodych Uczonych (AMU) do Zgromadzenia Ogólnego PAN i danie im prawa wyboru członków Akademii. – To jest kolejne kuriozum. Nie ma na świecie akademii nauk, której członków wybierają ludzie z zewnątrz. Jeśli taki przepis zostałby uchwalony, zapewne część korporantów będzie się zastanawiać, czy w PAN zostać. Bo podobnie jak było w przypadku neoKRS, pojawią się neoczłonkowie PAN, wybierani głosami nieczłonków. Myślę o tym z trwogą – mówi prof. Konarzewski.
Prof. Żylicz uważa z kolei, że w Zgromadzeniu Ogólnym PAN mogliby uczestniczyć dyrektorzy instytutów i przedstawiciele Akademii Młodych Uczonych, ale w sprawach członkostwa powinni głosować już tylko członkowie PAN, ewentualnie członkowie AMU. Także dyrektorzy instytutów nie powinni mieć prawa wyboru członków Akademii, bo sami nie są wybierani według kryterium jakości dorobku naukowego, często są po prostu świetnymi organizatorami pracy.
Zdaniem prezesa Fundacji na rzecz Nauki Polskiej niebezpieczne są też zmiany dotyczące Prezydium PAN. Gdyby, jak chce ministerstwo, miało ono liczyć 50 osób, rzeczywistym skutkiem mogłyby stać się konflikty i paraliż decyzyjny. Prezydium powinno raczej liczyć dziewięć osób: to prezes, wiceprezesi, kanclerz, przedstawiciel członków PAN i przewodniczący Rady Dyrektorów, a także przewodniczący Akademii Młodych Uczonych. Prof. Żylicz proponuje zarazem, by zamiast rozszerzania prezydium utworzyć Senat PAN, który miałby rolę nadzorczą i opiniodawczą. Byłoby w nim 11 członków PAN (w tym prezes i wiceprezesi), 11 dyrektorów i 11 członków zewnętrznych, którzy mają doświadczenie w zarządzaniu dużymi jednostkami naukowymi, także zagranicznymi. Dzięki temu zaistniałaby równowaga między członkami PAN a dyrektorami, bo obie strony musiałyby przekonać ekspertów do swoich racji. – Wtedy ten historyczny już konflikt między dyrektorami a prezesem zostałby zniwelowany. Byłem 12 lat członkiem Senatu Towarzystwa Maxa Plancka, tam też istniały animozje między dyrektorami a prezesem. Arbitrami byli właśnie eksperci – mówi prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.
Senat, według pomysłu, który prof. Żylicz zamierza w swojej opinii przedstawić resortowi nauki, wyrażałby opinie w ważnych sprawach, a także przyjmowałby sprawozdania roczne. Miałby nawet prawo do wszczęcia procedury odwołania prezesa. – Głównym problemem obecnie obowiązującej ustawy o PAN jest to, że te sama ciała podejmują decyzje i je nadzorują. W nowym projekcie rządu problem ten też nie jest rozwiązany. Tymczasem, jeśli komuś przekazywane są publiczne pieniądze, powinno być jasno powiedziane, kto podejmuje decyzję, a kto jej wykonanie nadzoruje – twierdzi prof. Żylicz.
Tropem ministra Czarnka
Prof. Marek Konarzewski zwraca uwagę na jeszcze jedno poważne zagrożenie zawarte w projekcie. Chodzi o zmniejszenie zakresu nadzoru władz PAN nad instytutami. W przeszłości kilka z nich musiało zostać zamkniętych, bo rekomendacje naprawcze władz PAN były ignorowane przez dyrektorów. – Nie mam żadnych instrumentów, by móc zapobiegać sytuacjom takim jak w jednym z instytutów w Poznaniu, gdzie dyrekcja doprowadziła do sprzeniewierzenia 6 mln złotych i trzeba było zawiadomić prokuraturę – mówi prezes PAN.
Propozycje dotyczące nadzoru nad instytutami znalazły się w projekcie zmian w ustawie o PAN, przygotowanym w ubiegłym roku przy udziale prof. Konarzewskiego, ale w obecnym próżno ich szukać. – To jeszcze jedno kuriozum na światową skałę. Dyrektorów instytutów w tej chwili nie nadzoruje ani PAN, ani minister. Jak jest dobrze, to jest dobrze, ale ustawy pisze się po to, by zapobiegać sytuacjom kryzysowym. Tymczasem nowa ustawa zachowa ten patologiczny system, w którym dyrektorzy są odpowiedzialni przed Bogiem i historią – uważa Konarzewski.
Rozwiązania kwestii nadzoru na razie brak. Pojawia się natomiast przepis, który dla instytutów stwarza – jak ocenia prof. Konarzewski – inne poważne zagrożenie. Chodzi o powierzenie ministrowi decyzji w sprawie podziału subwencji. W tej chwili decyzje o finansowaniu podejmuje minister, ale rozdział środków jest dokonywany zgodnie z ustaleniami w Akademii. Przy ostatnim z nich zaistniały spory, przyznaje prezes, ale z prostej przyczyny. – Podział był niesatysfakcjonujący, bo suma okazała się za niska i nie było możliwości, żeby krótką kołdrę naciągnąć jednocześnie na głowę i nogi – mówi prof. Konarzewski.
Tymczasem przepis dziś proponowany przez resort, dodaje prezes PAN, oznacza tyle, że jeśli w przyszłości jakiś instytut narazi się ministrowi, może po prostu nie dostać pieniędzy i nikt przedstawicielowi rządu nic nie zrobi. – Gdyby w zeszłym roku minister Przemysław Czarnek dysponował takim instrumentem, być może już nie byłoby Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, któremu minister wstrzymał finansowanie w reakcji na wypowiedź zatrudnionej w nim prof. Barbary Engelking – mówi prezes PAN.
Regulacja dotycząca finansowania może się wprost przełożyć na upolitycznienie władz instytutów w sposób analogiczny, jak stało się to w przypadku PORT, należącego do Sieci Badawczej Łukasiewicz. – Jakiś pan dyrektor przyjdzie do ministra po dodatkowe pieniądze. Usłyszy, że oczywiście tak doskonałemu instytutowi nie można odmówić, ale minister ma takiego znakomitego kandydata na zastępcę dyrektora, który co prawda nie zna się na stronie merytorycznej działalności instytutu, ale za to jest doskonałym zarządcą – przewiduje prof. Konarzewski.
Zagrożeń upolitycznieniem jest więcej. Choćby propozycja, by w radach naukowych instytutów PAN zasiadał przedstawiciel ministerstwa. Tu prezes PAN nie gryzie się w język i przywołuje 13 grudnia 1981 r., gdy twórcy stanu wojennego wprowadzili do wszystkich instytutów wojskowych komisarzy. Podobne skojarzenia ma prof. Żylicz.
– Rozumiem, że ministerstwo może nie mieć pełnego zaufania do PAN, ale wstawianie przedstawicieli resortu do wydziałów PAN to postępowanie skrajne, trochę podobne do czasów stanu wojennego, gdy w radach naukowych i wydziałach zasiadali przedstawiciele władzy – komentuje prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.
Jeśli nie wiadomo, o co chodzi...
Pytany o swoją interpretację aktualnego kształtu projektu ustawy, prezes PAN wraca do kwestii majątku Akademii. Konkretnie, do próby skoku na ten majątek. Tezę tę potwierdzają jego zdaniem pojawiające się od jakiegoś czasu ataki na placówki PAN, dysponujące szczególnie cennymi obiektami. – Była na przykład seria materiałów w mediach o naszej stacji w Kosewie Górnym, w której podobno dręczymy hodowane tam jelenie. Tak naprawdę nie chodziło o jelenie, tylko o to, że to kawałek Warmii i Mazur, łakomy kąsek dla różnych osób. Przejęcie majątku PAN to nie jedyny, ale jeden z zasadniczych celów tego projektu – przekonuje prof. Konarzewski.
Nie ma na to dowodów, są tylko poszlaki. Włodzimierz Czarzasty jest dziś ważnym politykiem koalicji rządowej, wicemarszałkiem Sejmu (z nadziejami, opartymi na umowie koalicyjnej, na fotel marszałka). Jest też od lat protektorem obecnego ministra nauki. Złośliwi twierdzą, że jedynym uzasadnieniem, dla którego Wieczorek został ministrem nauki, jest opieka Włodzimierza Czarzastego. Tego samego, który ponad dwie dekady temu był jednym z bohaterów afery Rywina – ona zresztą zapoczątkowała i upadek Lewicy, i czas absolutnej hegemonii na scenie politycznej duopolu PiS i Platformy. Byłoby dowodem na brak politycznej wyobraźni sądzić, że Donald Tusk doznał amnezji i zapomniał o Rywinie. Nawet jeśli Czarzastego poufale nazywa Włodkiem.
Nad projektem krąży duch Czarzastego, ale nie tylko. W ostatnich latach oprócz dwóch projektów zmian w ustawie o PAN przygotowanych przez samo środowisko (i za kadencji poprzedniego prezesa PAN Jerzego Duszyńskiego, i za obecnego), swoją propozycję przygotował też resort edukacji i nauki kierowany przez Przemysława Czarnka. Ten projekt również został niezwykle krytycznie przyjęty przez naukowców. Dziś więc w środowisku panuje pogląd, że w najnowszym, ministerialnym projekcie ustawy czuć pisowskiego ducha, choćby w postaci logiki wszechogarniającej kontroli ze strony państwa i braku zaufania do środowiska naukowego. W każdym razie na pewno, przekonują naukowcy, nie pracował nad nim nikt, kto tak naprawdę wie, na czym polega działanie instytucji naukowych.
Między polityką a nauką
Jakie będą losy projektu? – Wiceminister Gdula najprawdopodobniej nie działa z niskich, czysto politycznych czy materialnych pobudek. Chce rzeczywiście coś zmienić na korzyść w kondycji PAN i polskiej nauki. Ale niepotrzebnie upiera się przy złych rozwiązaniach – mówi pragnący zachować anonimowość naukowiec. Prezes PAN dodaje zaś, że do tej pory ta tak krytykowana przez ministra Gdulę korporacja „starych dziadków” w PAN stanowiła bardzo skuteczny bufor między polityką i nauką; dzięki temu PAN mógł funkcjonować przez ponad 70 lat. Gdyby w życie weszła ustawa forsowana przez resort, wszystko może się rozpaść.
Chcieliśmy zapytać wiceministra Gdulę, czy dostrzega możliwość zawarcia kompromisu między ministerstwem a środowiskiem PAN, i poprosić go o komentarz do długiej listy zarzutów. Polityk na naszą prośbę nie zareagował. Lista pytań się jednak przez to nie skurczy. Wręcz przeciwnie.
Współpraca: Piotr Śmiłowicz
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















