Poniedziałek, 7 lutego. Tuż po zaprezentowaniu na Giełdzie Papierów Wartościowych planu gospodarczego rządu Donald Tusk spotyka się niespodziewanie z grupą naukowców. Nie towarzyszy mu ani minister nauki, ani żaden inny przedstawiciel resortu. To już druga wymiana zdań między premierem i naukowcami bez udziału ministra – do wcześniejszej doszło w końcu ubiegłego roku, gdy Tusk osobiście wręczał nagrody rządowe.
W piątek, 14 lutego Tusk decyduje się na podsumowanie. Tym razem na spotkanie premiera z naukowcami idzie też nowy minister nauki Marcin Kulasek, następca oskarżanego o prywatę i brak reakcji na afery Dariusza Wieczorka (bronionego miesiącami przez Włodzimierza Czarzastego). W spotkaniu biorą też udział inni przedstawiciele rządu, m. in. minister finansów Andrzej Domański. Wysłuchują konkretnych postulatów i/przemyslaw-czarnek-22689 składają obietnicę poważnego potraktowania świata nauki.
Strażak Tusk gasi PAN
To zaskakująca sytuacja; rzadko się zdarza, by mimo licznych obowiązków, kampanii wyborczej i skomplikowanej sytuacji międzynarodowej – szef rządu w ciągu tygodnia spotykał się dwa razy z przedstawicielami tego samego środowiska. To odpowiedź na głęboki kryzys, który tlił się od wielu lat, ale wybuchł dopiero, gdy za zarządzanie Ministerstwem Nauki i Szkolnictwa Wyższego wzięli się przedstawiciele lewicy.
Kryzys ten zaowocował pierwszą dymisją w rządzie Tuska, jednak o ile Wieczorek musiał odejść z powodu zaliczenia kilku spektakularnych wpadek wizerunkowych, o tyle dymisję jego zastępcy Macieja Gduli wywołała właśnie eskalacja konfliktu w świecie nauki, wywołana jego decyzjami. Między innymi forsowaniem bardzo kontrowersyjnej ustawy o Polskiej Akademii Nauk, która groziła znacznym ograniczeniem jej niezależności.
Premier zadziałał jak strażak, ale gaszenie konfliktu wokół PAN to niejedyny powód nadzwyczajnego zainteresowania Tuska sprawami nauki. Istotne są też decyzje Unii Europejskiej, która naciska na państwa członkowskie, by mocno zainwestowały w naukę, bo tylko jej osiągnięcia dadzą UE szansę w konkurencji z Chinami i USA.
Jak usłyszeliśmy od osób biorących udział w rozmowach z premierem, miał być on dobrze przygotowany, a także świadomy podziałów w środowisku. Mało tego, ustalając skład zaproszonych gości złożył pewną deklarację: jednych docenił, a u innych wywołał gniew. Zwłaszcza u tych, którzy o składzie delegacji dowiedzieli się dopiero ze zdjęć zamieszczonych przez Kancelarię Senatu (z uwagi na obecność marszałek Małgorzaty Kidawy-Błońskiej).
Były dyrektor NCN i były wiceprzewodniczący Europejskiej Rady ds. Badań Naukowych (ERC) prof. Andrzej Jajszczyk, który był na obu spotkaniach z premierem, podkreśla, że dobór gości wynikał z tego, iż szef rządu chciał posłuchać osób niepełniących eksponowanych stanowisk. Stąd np. brak prezesa PAN. Tuskowi chodziło też o to, by poznać opinie wybitnych naukowców młodszego pokolenia, głównie laureatów prestiżowych grantów i nagród. U premiera byli też m.in. prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej prof. Maciej Żylicz, prezes Agencji Badań Medycznych prof. Wojciech Fendler, dyrektor NCN prof. Krzysztof Jóźwiak, a także prof. Natalia Letki z UW, prof. Krzysztof Pyrć z UJ, prof. Krzysztof Fic z Politechniki Poznańskiej i prof. Agata Starosta z PAN.
– Deklaracje premiera świadczyły o tym, że zdaje sobie sprawę, iż bez postępu w nauce Polska nie będzie w stanie gonić czołówki światowej. Wcześniej mieliśmy wrażenie, że nauka jest uważana za coś mało istotnego – mówi prof. Jajszczyk.
Dwie sprzeczne wizje polskiej nauki
W świecie nauki istnieje strategiczny spór między dwiema wizjami jej egzystencji i rozwoju. To jedna z głównych przyczyn silnego konfliktu w tym środowisku. Rządząca w resorcie lewica opowiada się za względnie równym rozdziałem środków finansowych na naukę między istniejące placówki, a tym samym za niewielkimi preferencjami promującymi jakość.
Drugi model, nazywany przez jego przeciwników „liberalnym”, to wspieranie przede wszystkim prestiżowych placówek, które mają szansę zaistnieć w międzynarodowej rywalizacji. Miałoby się to odbyć kosztem pozostawienia samymi sobie najsłabszych placówek, co będzie je skazywać wcześniej czy później na likwidację.
Szef rządu – wskazuje na to m.in. dobór uczestników spotkania – postanowił postawić na drugi model i promować najlepszych. W tym kierunku idą też propozycje zmian systemowych, zaprezentowane przez naukowców podczas obu spotkań.
Wśród nich jest np. propozycja nowej metody ewaluacji (oceny) placówek naukowych, a co za tym idzie, ich finansowania. Obecnie obowiązuje często krytykowana, wprowadzona jeszcze w czasach Jarosława Gowina tzw. punktoza, czyli przyznawanie kategorii (od A do C) i określanie wysokości dotacji na podstawie liczby punktów. Te zaś przyznawane są placówkom naukowym za publikowanie prac w czasopismach z ustalonej w ministerstwie listy.
System ten przez kilka lat uległ znacznemu wynaturzeniu. Na liście punktowanych periodyków znalazły się np. czasopisma, w których system recenzowania jest szczątkowy i można sobie w nich publikację de facto opłacić. Na dodatek, np. minister Przemysław Czarnek dopisał do tej listy periodyki o wątpliwym poziomie naukowym, za to dobrze widziane przez środowisko polityczne PiS.
Naukowcy, którzy byli u premiera, proponują całkowicie nowy system – finansowanie uwzględniające liczbę grantów przyznawanych w konkursach ocenianych przez międzynarodowe zespoły ekspertów (tzw. metoda peer review). Metoda ta jest stosowana z powodzeniem w najbardziej zaawansowanych cywilizacyjnie krajach.
Inne postulaty przedstawione Tuskowi to m.in. liberalizacja prawa o zamówieniach publicznych, wymuszająca przetargi na zakup wyposażenia laboratoriów. Ma to sens antykorupcyjny, ale czasem godzi też w jakość, gdy cena gra nadmierną rolę. – Nasi koledzy z innych krajów w UE na podstawie tego samego unijnego prawa mają większą swobodę w zakupach – zaznacza prof. Jajszczyk.
Czy będzie więcej pieniędzy
Istotne są też propozycje wiążące się z wydatkowaniem dodatkowych środków, które, jak można sobie wyobrazić, nie są przyjmowane z entuzjazmem przez ministra finansów. Chodzi przede wszystkim o stworzenie funduszu na ściąganie wybitnych naukowców z zagranicy, by mogli uczestniczyć w polskich badaniach. Pojawił się nawet pomysł „wirtualnego" instytutu, trochę na wzór istniejącego już w Katalonii.
W grę wchodzi również powołanie państwowego funduszu wsparcia dla najbardziej wybijających się placówek naukowych. Instytuty składałyby w nim plany reform wewnętrznych, a w konkursie wybierano by najlepsze pomysły – nagrodzone placówki otrzymywałyby zwiększone dotacje. O pieniądze te mogłyby walczyć zarówno instytuty PAN, jak też placówki należące np. do Sieci Łukasiewicz. Naukowcy przy okazji postulują zwiększenie finansowania Narodowego Centrum Nauki, częściowo kosztem Narodowego Centrum Badań i Rozwoju (skompromitowanego w erze PiS), które z kolei miałoby zostać znacząco przekształcone. Wszystko to zdaniem prof. Jajszczyka dawałoby szansę na przejście polskiej nauki na wyższy jakościowo poziom.
Czy aktywność szefa rządu nie przeszkadza przedstawicielom lewicy, w której kompetencjach jest zarządzanie resortem nauki? Entuzjazmu nie wykazują, ale oficjalnie nie protestują. Przewodnicząca podkomisji ds. nauki i szkolnictwa wyższego w ramach sejmowej Komisji Edukacji i Nauki, Dorota Olko z lewicy jest zadowolona, że premier i minister finansów zwrócili uwagę na problemy nauki. Liczy, że dzięki temu będzie szansa na większe środki budżetowe, w tym na wsparcie NCN oraz instytutów PAN, borykających się z problemami finansowymi. – Naszym celem powinno być osiągnięcie poziomu wydatków 3 proc. PKB na naukę. Wiadomo, że nie dojdziemy do tego natychmiast, ale warto mieć plan rozpisany na lata. Chcę wierzyć, że obecne zainteresowanie premiera nauką to sygnał, że będziemy iść konsekwentnie w tym kierunku – mówi Olko.
Jednak Adrian Zandberg z Razem uważa, że była prostsza metoda radykalnego polepszenia sytuacji nauki – przyjęcie proponowanych poprawek do budżetu, zwiększających jej finansowanie. Nie zrobiono tego, więc obecnego zatroskania premiera i ministra finansów o stan nauki nie należy – zdaniem Zandberga – traktować przesadnie poważnie. Zdecydują czyny, nie słowa.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















