Grudzień 2023. Minister kultury Bartłomiej Sienkiewicz dokonuje wymiany zarządów spółek medialnych – TVP, Polskiego Radia i PAP. PiS grzmi, że to niezgodne z prawem, bo decyzje w tej sprawie ma prawo podejmować tylko Rada Mediów Narodowych, opanowana przez dawną władzę. Posłowie prawicy i dziennikarze wierni PiS rozpoczynają okupację budynków medialnych. W tym samym czasie rząd kieruje do Sejmu ustawę okołobudżetową, w której przeznaczone są pieniądze na media publiczne. Jeszcze trwają święta Bożego Narodzenia, gdy prezydent Andrzej Duda ogłasza, że nie podpisze ustawy, więc minister kultury dokonuje zwrotu – wycofuje się ze zmiany władz spółek, po czym stawia je w stan likwidacji. Tłumaczy to wetem Dudy, a tym samym brakiem pieniędzy.
Zdaniem wielu ekspertów, to ruch znacznie bardziej zgodny z prawem niż przemocowa zmiana władz radia, telewizji i PAP. Komentatorzy przyznają zarazem, że to prezydent podał rządowi piłkę do wycofania się ze złej decyzji. Tajemnicą poliszynela jest też, że za tą strategią stał Marcin Mastalerek (sam się do tego poniekąd przyznał w jednym z programów), od niedawna szef gabinetu prezydenta, nieformalnie doradzający Dudzie już od dawna, i namawiający go do bardziej asertywnej postawy, także wobec PiS.
Duda ulega wpływom
Niezależnie od tego, jak ocenimy skuteczność rad Mastalerka – w opisanym przypadku efekt był odwrotny do zamierzonego – szef gabinetu ma istotny wpływ na działania prezydenta. To on stoi za zaostrzeniem linii politycznej wobec rządu po pierwszych koncyliacyjnych gestach, w rodzaju zgody na Piotra Serafina jako stałego przedstawiciela Polski przy UE.
Zmianę u Dudy widać najlepiej na przykładzie wojny o ambasadorów. Początkowo prezydent deklarował, że nie będzie się przeciwstawiał zmianom na tych stanowiskach. Zastrzegł tylko, że nie pozwoli ruszyć swoich najbliższych współpracowników, w rodzaju przedstawiciela przy ONZ Krzysztofa Szczerskiego. Potem, pod wpływem Mastalerka skorygował kurs i nie podpisuje już żadnych zmian na zagranicznych placówkach.
Andrzej Duda generalnie jest politykiem, który mocno ulega wpływom. W przeszłości, zanim jeszcze nastała era Mastalerka, do jego kluczowych doradców należeli sekretarz stanu Krzysztof Łapiński czy wspomniany Szczerski, przez większość pierwszej kadencji pełniący funkcję szefa gabinetu. Jeszcze inną rolę odgrywa wieloletni przyjaciel Wojciech Kolarski, który nie ma co prawda szczególnych kwalifikacji politycznych, ale prezydent zrzuca na niego wiele obowiązków administracyjnych. I trzeba przyznać, na razie bez większych wpadek.
Znane są też ważne decyzje Dudy, które zapadły tylko dlatego, że bezpośrednio przed ich podjęciem ktoś do niego przyszedł. Najbardziej spektakularny przypadek to zawetowanie ustaw sądowych w lipcu 2017 r. pod wpływem wizyty doradczyni Zofii Romaszewskiej, co zaskoczyło liderów PiS. Przekonani o lojalności Dudy nie zadbali o to, by wcześniej odpowiednio na niego nacisnąć. Później już było „lepiej”, bo po rozmowach z Jarosławem Kaczyńskim Duda wycofał się z niemal wszystkich zastrzeżeń do ustaw sądowych, choć jednocześnie wytargował pozbycie się z rządu Antoniego Macierewicza.
Szare eminencje
Nasz prezydent należy do polityków, których określa się jako cierpiących na „syndrom ostatniego rozmówcy”. To ludzie, którzy jeśli sprawują ważne funkcje państwowe, to łatwo ulegają wpływom i są labilni, a rola ich doradców, formalnych i nieformalnych, przybiera nienaturalne rozmiary.
Ważnych polityków ulegających powyższemu syndromowi, ale też po prostu niesamodzielnych, było już w Polsce wielu. Podręcznikowym przykładem jest premier Jerzy Buzek (1997-2001). Nie tylko znajdował się pod stałym wpływem lidera Solidarności i AWS Mariana Krzaklewskiego; na jego codzienne decyzje ogromny wpływ miała Teresa Kamińska. Najpierw była ministrem i koordynatorem reform politycznych, a następnie szefem gabinetu premiera. Znaczenie miało również to, że łączyły ich w tamtym czasie bliskie osobiste relacje.
Buzek jako premier słynął z długiego podejmowania decyzji, ale wiele z nich zapadało właśnie pod wpływem ostatnich w jego biurze doradców. Niektóre miały ważne konsekwencje, jak choćby ta z maja 2000 r. o powołaniu zarządcy komisarycznego warszawskiej Gminy Centrum, co stało się pośrednim powodem wyjścia Unii Wolności z koalicji rządowej z AWS. Co z kolei doprowadziło do przebudowy obozu postsolidarnościowego: powstania Prawa i Sprawiedliwości oraz Platformy Obywatelskiej.
Podobnego typu premierem, bez wcześniejszego doświadczenia na najwyższych stanowiskach, zarazem nadmiernie uzależnionego od głosów z boku – była też Hanna Suchocka. W jej przypadku wpływy dzielił jednak zespół ludzi, który tworzyli Jan Rokita, Tadeusz Syryjczyk i Jerzy Koźmiński. Także następca Suchockiej, lider PSL Waldemar Pawlak, obejmując fotel premiera jako człowiek relatywnie młody, w wielu sprawach opierał się na głosie swego najważniejszego doradcy, trochę zapomnianego dziś prof. Franciszka Mleczki. Decyzje, jakie wtedy podejmowali, zapadały niejednokrotnie podczas rozgrywania partii szachów.
Zwykle obecność wpływowej „szarej eminencji” w otoczeniu polityka jest przedstawiana jako coś złowrogiego, świadczącego o nie do końca czystych intencjach. Tak było z wielokrotnie opisywanym związkiem prezydenta Lecha Wałęsy z szefem gabinetu (a wcześniej osobistym kierowcą) Mieczysławem Wachowskim, człowiekiem o dosyć tajemniczej biografii i kiepskim wykształceniu. Podobnie niejasną rolę pełnił przy Wałęsie jego spowiednik i kapelan ks. Franciszek Cybula, po latach jeden z bohaterów głośnego dokumentu braci Sekielskich, ujawniającego skandale pedofilskie w Kościele.

Krąg doradców
Tym niemniej, jak przyznają socjolodzy i politolodzy, każdy polityk piastujący eksponowaną funkcję potrzebuje kogoś, z kim może być do końca szczery i komu może zaufać. – To jest prawidłowość, która istnieje od początku istnienia państw – przyznaje prof. Henryk Domański. – Większość polityków na wysokich stanowiskach chce mieć wokół siebie ludzi, na których może polegać i którzy doradzają nie tylko z racji pełnionej funkcji.
Takim doradcą zostaje zwykle ktoś, kto ma kompetencje przydatne z punktu widzenia konkretnego polityka, niejednokrotnie jest to wiedza o ludziach i ich zachowaniach. Cechą ludzi sprawujących władzę, przyznaje Domański, jest też często oderwanie od rzeczywistości. Doradcy dają zaś namiastkę kontaktu z nią.
Potwierdza to socjolog i politolog prof. Bartłomiej Biskup, którego zdaniem doradcy oprócz dostarczania przydatnych informacji stanowią też oparcie psychiczne. – Mówimy tu o modelu europejskim, w którym polityk ma doradców, ale jednak finalnie sam podejmuje decyzje. Model amerykański jest inny, tam doradcy rządzą m.in. kampaniami wyborczymi, a polityk jest tam bardziej narzędziem w ich rękach – twierdzi Biskup, zaznaczając, że w dzisiejszych czasach liderzy największych partii masę decyzji podejmują na podstawie dokładnych badań socjologicznych, które przeprowadzają wynajmowane sztaby i sondażownie. Zarazem jednak wielu lubi korzystać z rad osób z tytułami naukowymi lub celebrytów, niekoniecznie znających się na polityce. – To mogą być cenne punkty widzenia. Ci, co siedzą w bieżącej polityce, są nią mocno uwarunkowani i czasem nie widzą ważnych aspektów rzeczywistości – zaznacza.
Generalnie każdy przywódca ma krąg zaufanych osób, z którymi mu się dobrze pracuje i często zestaw tych ludzi nie zmienia się latami. Takich ludzi można znaleźć też przy dwóch najważniejszych osobach w polskiej polityce, Donaldzie Tusku i Jarosławie Kaczyńskim, których nie sposób uznać za słabych liderów z „syndromem ostatniego rozmówcy”.
Ucho prezesa
Kaczyński sam był superdoradcą swojego brata bliźniaka Lecha Kaczyńskiego, gdy ten piastował funkcje państwowe – szefa NIK, prezydenta Warszawy, a przede wszystkim prezydenta RP. Jako prezes PiS lubi zaś korzystać z rad osób, które niejako objaśniają mu współczesny świat, mechanizmy działania klasycznych mediów i portali społecznościowych.
Stąd też ogromna kariera duetu dawnych AWS-owskich posłów Adama Bielana i Michała Kamińskiego, zwanych kiedyś, dzięki umiejętności narzucania własnych narracji, „spindoktorami PiS”. Obaj wypadli z łask około roku 2010, ale Bielan, dzięki mozolnym staraniom, w najbliższą orbitę prezesa PiS wrócił. To na jego zlecenie odbił Jarosławowi Gowinowi partię Porozumienie, by następnie, już jako Republikanów, przyłączyć do PiS.
Osoby z kręgu kierownictwa tej partii przyznają, że Bielan ma wyjątkowy talent w docieraniu do ucha prezesa i dziś jego zdanie liczy się choćby w tak kluczowej sprawie, jak wybór kandydata na prezydenta. Wiedza, jak do szefa dotrzeć, cechuje zresztą wielu długoletnich współpracowników Jarosława Kaczyńskiego czy wcześniej obu braci. Obaj zawsze dawali szczególny posłuch tym, którzy dostarczali kompromitujących plotek na temat konkurentów lub podwładnych, a także wszelkiej ekskluzywnej wiedzy. Stąd szczególne upodobanie do spotkań z przedstawicielami służb specjalnych.
Cechą Jarosława Kaczyńskiego jest również zdolność do współpracy wyłącznie z osobami bardzo zaufanymi, co latami utrudniało mu wszelką instytucjonalną współpracę w ramach struktur państwowych. Stąd brały się np. kariery kierowców, z którymi prezes spędzał wiele godzin w podróżach po Polsce, a którzy potem dostawali awanse w strukturach partyjnych, ciułając przy okazji majątek dzięki różnym funkcjom pełnionym w spółkach powiązanych z PiS, jak np. Jacek Cieślikowski.
Kaczyński posiada tę zdolność, że potrafi czasem dopraszać do najbliższego kręgu doradców reprezentujących młode pokolenie. Przez jakiś czas jego ważnym współpracownikiem był Michał Moskal, młody poseł PiS, zaś najnowszym nabytkiem w bezpośrednim otoczeniu prezesa jest Piotr Milowański. To on podobno wpadł na dobrze początkowo przyjęty przez Kaczyńskiego pomysł zmiany nazwy partii na Biało-Czerwoni.
Podobnie postępuje Donald Tusk, do bliskiego grona co jakiś czas wprowadzając świeżą krew. Gdy wrócił do Polski, by w 2021 r. przejąć PO, a dwa lata później stanąć na czele rządu – miał inne niż za pierwszych rządów otoczenie. Znaleźli się w nim Marcin Kierwiński, Borys Budka, a przede wszystkim rzecznik PO Jan Grabiec, obecnie szef KPRM. Jednak najbliższy krąg wtajemniczenia wokół premiera stanowią wciąż jego dwaj dawni współpracownicy – Paweł Graś, który obecnie jest szefem gabinetu politycznego, a także doradca ds. PR Igor Ostachowicz.
Obaj odgrywali kluczowe role już w latach 2007-14. Graś był najpierw koordynatorem służb specjalnych, a następnie rzecznikiem rządu, Ostachowicz zaś zajmował stanowisko podsekretarza stanu w KPRM. Obecnie tylko Graś pełni formalną funkcję, Ostachowicz jest schowany w cieniu, ale przez cały czas pozostaje w kontakcie z szefem rządu. W otoczeniu Tuska można usłyszeć, że doradził mu np. niedawne złagodzenie linii wobec prezydenta Dudy.
Biznesmeni u władzy
Bardzo spektakularnym przykładem wpływu zewnętrznych doradców na politykę była epoka rządów SLD. Duże wpływy miał wówczas szef gabinetu prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego Marek Ungier, zaś w rządzie Leszka Millera „szarą eminencją” stał się Lech Nikolski. Spore wpływy miała też Aleksandra Jakubowska, co zresztą zaowocowało niemal zabójczą dla SLD aferą Rywina.
Jednak osobą pociągającą za najwięcej sznurków był wówczas nieżyjący dziś biznesmen Jan Kulczyk. To on decydował o składach rad nadzorczych kluczowych spółek, np. Orlenu, on również wpływał na wiele decyzji gospodarczych. Znaczenie miała jego szczególnie bliska relacja z Kwaśniewskim oraz zdolność docierania do różnych środowisk.
– Kontakty z Kulczykiem ułatwiały komunikację z ludźmi biznesu, ale byli oni nie tylko lobbystami swoich środowisk czy wręcz samych siebie. Przekazywali też informacje na temat ustrojowych problemów, oczekujących na rozwiązanie – mówi Bartłomiej Biskup.
Szczególne miejsce na liście „szarych eminencji” zajmuje Artur Balazs, który nieraz postrzegany był jako człowiek do politycznych zadań specjalnych. W AWS-owskim rządzie Buzka pełnił funkcję ministra rolnictwa, a wcześniej zasiadał w gabinetach Tadeusza Mazowieckiego i Jana Olszewskiego. Zarazem to jego nieformalne wpływy w środowiskach rolniczych i wiejskich zaowocowały mocno w okresie pierwszych rządów PiS, gdy doprowadził do zawarcia koalicji tej partii z Samoobroną. To on zaprosił na wspólny obiad Jarosława Kaczyńskiego i Andrzeja Leppera, podczas którego obaj liderzy się do siebie przekonali i przypieczętowali sojusz.
Balazs nie znikł ze sceny politycznej. Ostatnio wywarł istotny wpływ na to, że z list KO w 2023 r. wystartował lider AgroUnii Michał Kołodziejczak, co odebrało część wpływów PiS na wsi.
Medialne lobby
W naszej układance nie sposób zapomnieć o mediach. W obu okresach rządów PiS duży wpływ na decyzje polityków miał o. Tadeusz Rydzyk. Jego siła brała się z tego, że kierowana przez niego rozgłośnia oraz telewizja cieszą się dużą popularnością w elektoracie prawicy. Paradoksalnie, kiedyś podobną rolę u innych wyborców odgrywał redaktor naczelny niezwykle wpływowej w latach 90. i na początku XXI w. „Gazety Wyborczej”, czyli Adam Michnik. Był on nawet kimś w rodzaju „superdoradcy” prezydenta Kwaśniewskiego, co wyszło na jaw przy okazji prac pierwszej komisji śledczej, badającej aferę Rywina.
Dziś tenże Kwaśniewski sam bywa doradcą, choć np. kierownictwo obecnej lewicy rzadko korzysta z jego usług, a powodem są animozje personalne między nim a Włodzimierzem Czarzastym. Część ekspertów jest zdania, że gdyby lewica z rad Kwaśniewskiego potrafiła korzystać częściej, nie groziłaby jej polityczna anihilacja.
Bo doradcy, wbrew rozpowszechnionej opinii, niekoniecznie muszą być złymi duchami polityków. Nierzadko są ich aniołami stróżami, potrafiącymi ustrzec przed poważnymi wpadkami. O tym jednak najczęściej się nie dowiadujemy, na szczęście.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















