Reklama

Nauka ciekawości

Nauka ciekawości

10.06.2019
Czyta się kilka minut
Prof. MACIEJ ŻYLICZ: Sektor prywatny nigdy nie zastąpi państwa w finansowaniu nauki, bo nie każda nauka jest bezpośrednio aplikowalna do rzeczywistości. Często się o tym zapomina, niestety w Polsce również.
M

MICHAŁ SOWIŃSKI: Czerwiec w tym roku sprzyja podsumowaniom. Co zmieniło się w polskiej nauce w ciągu ostatnich 30 lat?

PROF. MACIEJ ŻYLICZ: Na szczęście – wszystko. W PRL-u nie było systemu grantowego, raz uzyskana posada na uczelni była „na zawsze”, do tego byliśmy odcięci od reszty naukowego świata. Dziś możemy narzekać na wiele drobnych problemów, ale skala zmian, jakie zaszły w ciągu ostatnich 30 lat, jest trudna do wyobrażenia.

Czyli nie ma już wstydu?

Nie ma. Według wielu parametrów zbliżamy się wręcz do światowej czołówki – wciąż jesteśmy poza pierwszą dziesiątką, ale już nam blisko do niej. Natomiast jeśli chodzi o poziom finansowania nauki z pieniędzy podatników, to jesteśmy dopiero na 25. miejscu. I ta różnica jest szczególnie dotkliwa. Można powiedzieć, że sukcesy naszej nauki mają miejsce pomimo braku finansowego wsparcia ze strony państwa, a nie za jego sprawą.

Gdzie jest najlepiej?

Szczególne osiągnięcia mamy w fizyce, zwłaszcza w fizyce wysokich energii, cząstek elementarnych i jądrowej. Oprócz tego nieźle radzimy sobie w analizie matematycznej czy biologii strukturalnej. W rankingach tych dyscyplin zajmujemy wysokie miejsca, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę relatywnie niskie nakłady finansowe.

Relacja między rozwojem nauki a ilością przeznaczanych na nią pieniędzy wciąż bywa nieoczywista dla wielu osób, szczególnie przedstawicieli władz.

A przecież to relacja podstawowa, o fundamentalnym znaczeniu. W 2004 r., gdy wchodziliśmy do Unii Europejskiej, Polska wydawała na naukę w sumie tyle, co jeden porządny uniwersytet w USA.

Daje to wyobrażenie o skali problemu. Jak jest teraz?

Od tego czasu nakłady wzrosły prawie trzykrotnie – to duży sukces, ale wciąż w tej kwestii jesteśmy w Europie na szarym końcu. Niemniej udało się stworzyć strukturalne podstawy dla działania nauki, które w swoim kształcie przypominają już najlepsze zagraniczne wzorce. Możemy dyskutować o szczegółach działania takich instytucji jak Narodowe Centrum Nauki czy Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, ale jedno jest pewne – udało się już stworzyć sprawny i wydajny system funkcjonowania nauki w Polsce. Wreszcie po 30 latach Polska – z perspektywy świata nauki – stała się krajem normalnym. Choć wciąż z nienormalnie niskimi nakładami na rozwój nauki.

Na czym polega ta normalność?

System stał się szczelny finansowo – nie ma już mowy o nadużyciach czy marnotrawieniu pieniędzy, nie licząc oczywiście pojedynczych przypadków. Powstała też gęsta i stabilna siatka współpracy międzynarodowej, a bez tego trudno poważnie i efektywnie zajmować się nauką. Trzecim elementem są oczywiście ludzie – młodzi, zdolni i ambitni, choć akurat w tej kwestii zawsze byliśmy mocni. Gdy w 1986 r. zdecydowałem się wrócić do Polski ze Stanów Zjednoczonych, zrobiłem to właśnie z tego powodu. Udało mi się wtedy stworzyć niezwykły zespół, który miał świetne wyniki i bardzo mi pomógł w pracy badawczej.

A może w realiach późnego kapitalizmu to biznes powinien wziąć na siebie finansowanie nauki?

Sektor prywatny nigdy nie zastąpi państwa w finansowaniu nauki, bo nie każda nauka jest bezpośrednio aplikowalna do rzeczywistości. Wiele państw – w tym niestety Polska – o tym zapomina. To pułapka, w którą często wpadają kraje rozwijające się. Zastosowanie dla wielu badań naukowych odkrywane jest po latach, a nawet dekadach. I dopiero to przynosi korzyści, które nawet trudno oszacować. Stawianie wyłącznie na doraźną użyteczność to błąd. Wydaje się, że idziemy na skróty, a tak naprawdę trafiamy w ślepą uliczkę. Znajdowanie konkretnych zastosowań dla różnych wyników badań faktycznie powinno leżeć po stronie biznesu – i tak to działa w USA czy Niemczech. Natomiast państwo powinno wspierać badania, które z angielska nazywa się curiosity-driven, czyli motywowane przede wszystkim ciekawością badacza. Prawie wszystkie odkrycia i wynalazki, które zmieniły nasz świat, powstały właśnie w ten sposób.

A jaka jest w tym wszystkim rola humanistyki? Bo tutaj naukowość jest problematyczna, podobnie zresztą jak aplikowalność.

W zachodnim sposobie myślenia o nauce wykracza się poza wąskie ramy dyscyplin. Powołując zespoły naukowe, nawet jeśli mają typowo ścisły charakter, zawsze dołącza się do nich przedstawicieli nauk humanistycznych, co znacząco poszerza horyzont myślenia. Tego jeszcze w Polsce nie rozumiemy. Być może największym błędem naszej nauki jest to, że wciąż szczelnie zamykamy się w granicach własnych dyscyplin i instytucji.

Co do humanistyki – tu w ogóle jest problem z parametryzacją czy próbą zamknięcia w naukowych ramach.

Karkołomne i zbyteczne jest szukanie wspólnego mianownika i metod ewaluacji dla nieprzystających do siebie dyscyplin naukowych. Korzyści z takiego podejścia czerpie wyłącznie aparat administracyjny. Nie istnieje uniwersalny sposób oceny pojedynczych badaczy. Niestety, ten błąd popełniamy nieustannie – jest także wyraźnie widoczny w ostatniej reformie szkolnictwa wyższego.

Co zatem zrobić z humanistyką?

W tym wypadku żadna parametryzacja nie ma sensu. Jestem z wykształcenia fizykiem, ale jest to dla mnie najzupełniej oczywiste – nie można w sensowny sposób porównać ze sobą jabłka, gruszki i śliwki. Najlepszym sposobem jest metoda peer review, czyli anonimowa ocena dokonywana przez równych sobie przedstawicieli tego samego środowiska. Stosowanie indeksów Hirscha czy innych wskaźników cytowań w takiej sytuacji jest absurdalne. Jedyny sposób, by ocenić wartość projektu badawczego, to wczytać się dokładnie w plan badań oraz dotychczasowy dorobek badacza i ocenić, na ile dany projekt jest ciekawy i czy wnosi coś nowego do dyscypliny. Ale to dotyczy także nauk ścisłych, w których parametryzacja ma sens wyłącznie w odniesieniu do dużych grup badaczy. W przypadku jednostek nie ma ona sensu tak samo jak w humanistyce. Tych standardów trzymamy się również w Fundacji.

Jest Pan prezesem Fundacji na rzecz Nauki Polskiej od 2005 r. Co udało się od tego czasu zrobić?

Na początku, zaraz po wejściu do Unii, otrzymaliśmy duży zastrzyk pieniędzy z funduszy strukturalnych. Wykorzystywaliśmy je, aby nadrobić najbardziej palące zaległości związane przede wszystkim z umiędzynarodawianiem nauki w Polsce, tworzeniem zespołów przez młodych ludzi, dobrym wynagradzaniem liderów projektów badawczych, co w dużej mierze się udało. Rzeczy, które dziś już są standardem i nikomu nie imponują, wtedy były ledwie marzeniem. Warto o tym przypominać, zwłaszcza w kontekście licznych dziś podsumowań. Dorobiliśmy się światowych standardów funkcjonowania nauki. Obecnie jednak mierzymy się z nowymi problemami – przede wszystkim narastającą biurokratyzacją i coraz bardziej restrykcyjnymi przepisami, nie tylko w Polsce, ale również na poziomie Unii.

Dlatego tak bardzo podobają mi się stypendia START przyznawane przez FNP – element biurokratyczny ograniczony jest w nich do minimum.

Program START finansujemy z własnych środków, więc możemy sobie pozwolić na to, co cenimy najbardziej, czyli pełną wolność.

Sami ustalamy reguły konkursu, powołujemy ekspertów, do tego program kierujemy do osób ze wszystkich dyscyplin nauki w Polsce. Co szczególnie ważne – nasi stypendyści pochodzą ze wszystkich ośrodków naukowych, a nie tylko tych dwóch czy trzech największych. Bazujemy na zaufaniu, które potem procentuje. Oczywiście selekcja kandydatów jest ostra, bo mamy bardzo dużo zgłoszeń. Niemniej, kiedy badacz przejdzie już przez gęste sito naszych ekspertów, otrzymuje od nas pełną swobodę działania.

A co z kontrolą?

Oczywiście, że jest potrzebna – trzeba zwalczać wszelkie oszustwa i nadużycia. Nie można jednak podporządkować jej całego systemu, bo wtedy wylewa się dziecko z kąpielą. Z mojego wieloletniego doświadczenia wynika jasno i niezbicie, że absolutnie przeważająca większość badaczy działa uczciwie. Powoływanie olbrzymiego i kosztownego systemu kontroli nie ma więc sensu także z ekonomicznego punktu widzenia, o licznych korzyściach wynikających z budowania atmosfery zaufania nie wspominając.

A co z zaufaniem do samej nauki?

To poważny problem – nie włączamy społeczeństwa do naszych badań. I nie chodzi mi wyłącznie o popularyzację nauki, ale o otwartą postawę w dzieleniu się wynikami badań. Podam przykład z mojej dyscypliny – onkologii. W USA istnieją olbrzymie, powszechnie dostępne bazy danych najróżniejszych badań. Ostatnio grupa informatyków – zupełnie niezwiązana z tą dyscypliną – podjęła się analizy jednej z nich, przez co odkryli nowy rodzaj nowotworu piersi. O tego typu synergię mi chodzi, gdy mówię o społecznej otwartości nauki.

To szczególnie ważne w obliczu narastającej niechęci wobec naukowości w ogóle.

Nauka musi się nauczyć na nowo komunikować ze społeczeństwem. Trzeba też porzucić system oparty na niezdrowej rywalizacji – obecnie wciąż dominuje model, w którym naukowcy, ubiegając się o stypendia i granty, składają najróżniejsze obietnice. Na przykład, że znajdą lekarstwo na jakąś chorobę. A przecież tego nie da się przewidzieć. W ogóle nie da się z góry założyć efektów jakichkolwiek badań. Każdy naukowiec to wie, ale system wymusza tego typu nieetyczne deklaracje. A to z kolei napędza spiralę środowiskowej oraz społecznej nieufności. I tu ogromną rolę do odegrania mają odpowiedzialne media, jak choćby „Tygodnik” – potrzebujemy ludzi, którzy będą krzewić społeczne zrozumienie nauki. A to zadanie równie potrzebne, co trudne w realizacji. ©℗

PROF. MACIEJ ŻYLICZ (ur. 1953) jest biochemikiem i biologiem molekularnym. Od 2005 r. prezes zarządu Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk.

Dodatek do „Tygodnika Powszechnego” 24/2019

REDAKCJA: Michał Sowiński  Typografia: Marta Bogucka
 
FOTOEDYCJA: Grażyna Makara, Edward Augustyn

KOREKTA: Sylwia Frołow, Grzegorz Bogdał, Maciej Szklarczyk

Na okładce: Stypendyści programu START 2019 | FOT. MATERIAŁY PRASOWE

PARTNER: Fundacja na rzecz Nauki Polskiej

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Krytyk literacki, stale współpracuje z Tygodnikiem Powszechnym. Redaktor literacki Conrad Festival, doktorant na Wydziale Polonistyki UJ. Prowadzi podkast literacki „Book’s not dead”.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]