„Ależ mnie denerwuje ta książka”, a zaraz potem: „ale nie mogę przestać tego czytać!” – takie reakcje, sądząc po przeprowadzonej przeze mnie naprędce ankiecie, towarzyszyły różnym znajomym podczas lektury kolejnych tomów cyklu „Moja walka” Karla Ove Knausgårda, który przyniósł pisarzowi status gwiazdorski. Postanowiłam odwołać się do zbiorowej wiedzy, bo sama chowam w pamięci wspomnienie tego paradoksu: poczucia konieczności upartego brnięcia przez sążniste księgi, pomimo późnej nieraz godziny i towarzyszącej irytacji. Jak się okazało – nie było to jedynie moje doświadczenie. Ani też jedyna sprzeczność związana z książkami norweskiego pisarza. Oto bowiem wielostronicowe, szczegółowe opisy najbardziej prozaicznych czynności - wymian e-maili, przygotowywania posiłków, spacerów z dziećmi – które, wbrew wszelkiej logice, wciągają bez końca. Literatura niemal pozbawiona fabuły w czasach, w których liczy się akcja. Ambiwalentny, może wręcz kłopotliwy narrator-bohater w czasach zapotrzebowania na utożsamianie się. Ale przede wszystkim gatunkowa niejednorodność: powieść, autobiografia, luźna eseistyka, okołofilozoficzny traktat – jakby Knausgård wrzucał zbiór rozmaitości do bardzo pojemnego worka i zachęcał czytelnika: teraz poradź z tym sobie sam.
Co naprawdę myśli
Irytacja wydawała się tu wpisana w koszty przedsięwzięcia: przede wszystkim skala. Już samo porwanie się na proustowski rozmach niosło ze sobą posmak intrygującej megalomanii; ile można towarzyszyć jednemu autorowi w długiej próbie wyciągnięcia się z pisarskiego kryzysu? Sześć solidnych tomów poświęconych samemu sobie: to stopień zaabsorbowania sobą wyróżniający się nawet jak na standardy epoki mediów społecznościowych („Moja walka” ukazywała się od roku 2009).
Igraszki z zakazanym w tytule, nawiązującym oczywiście do najbardziej przeklętej z książek XX wieku. Brzęczące z tyłu głowy pytanie: co na to wszystko mimowolni bohaterowie drugoplanowi, czyli postacie całkowicie realne i łatwe do zidentyfikowania: matka, brat, stryj, była (wówczas obecna) żona, dzieci? To, co działo się wokół książki, towarzyszyło publikacjom i debatom na jej temat, wreszcie wprzęgało się w treść. Wstępne konsultacje nie zapobiegły wzajemnym żalom i oskarżeniom. W końcu stać się bohaterem książki to nie to samo, co stać się bohaterem książki, o której mówi pół świata. Irytował się i sam autor-narrator: na siebie, swoich bliskich, na aseptyczną, programowo sprawiedliwą Szwecję, w której zamieszkał z żoną Lindą Böström Knausgård (skądinąd tłumaczoną na polski i zdecydowanie godną uwagi autorką). Materia codziennego życia nieustannie wciągała się w orbitę literatury.
Wydarzenia na Festiwalu Conrada oraz treści związane z Festiwalem są bezpłatne. Jeśli chcesz, możesz wesprzeć jego powstawanie, kupując bilety dobrej woli i festiwalowe pamiątki na platformie Partnera Strategicznego Festiwalu – Allegro.
Czytelnik od początku stawał na pozycji obserwatora pewnego eksperymentu: zmagań z załamaniem wiary we własne pisarskie możliwości mimo dwóch dobrze przyjętych powieści. Eksperyment zaczął się od daremnych prób skrycia się w fikcji, a dokładniej – ujęcia trudnej relacji Knausgårda ze zmarłym ojcem w formułę prozy. Sposobem na wyjście z impasu okazał się ruch radykalny, przeobrażenie własnego życia w zapis: tak rekonstrukcji przeszłości, jak i dnia dzisiejszego, mówienie sobą i we własnym imieniu.
W tomie pierwszym znajdujemy wyznanie człowieka, który nie ma nic do stracenia: „Nigdy nie mówię tego, co naprawdę myślę, nigdy nie wyrażam swoich prawdziwych opinii, tylko zawsze staram się zbliżyć do tego, co myśli i uważa osoba, z którą rozmawiam, udaję, że interesuje mnie, co mówi”. Kilka tysięcy stron i kilka lat kierowania się strategią deklarowanej szczerości później, w tomie szóstym, przyznaje on: „To był eksperyment i zakończył się niepowodzeniem, ponieważ nawet się nie zbliżyłem do powiedzenia tego, co naprawdę myślę, i do opisania tego, co naprawdę widziałem, lecz nie był on pozbawiony wartości, przynajmniej niezupełnie, bo gdy opis rzeczywistości konkretnego człowieka, przedstawiony możliwie najszczerzej, zostaje oceniony jako nieetyczny i wywołuje skandal, ujawnia się moc tego, co społeczne, oraz sposoby regulowania i kontrolowania przez nie tego, co indywidualne”.
Więzień opowieści
Jeffrey Eugenides, miłośnik norweskiego pisarza, w rozmowie z Evanem Hughesem dla magazynu „New Republic” przyznał, że Knausgård w odniesieniu do powieści biograficznej „przekroczył barierę dźwięku”. Bo też przy całej swojej nieregularnej, hybrydowej formie „Moja walka” pozostawała mimo wszystko powieścią. Mimo płaszczyzny rozwoju wydarzeń w czasie rzeczywistym – nie był to spontaniczny livestreaming, a właśnie powieść, choć nie da się zastosować do niej klauzuli „zbieżność nazwisk bohaterów przypadkowa”. Leopold Buczkowski, mistrz poszarpanej, rozbieganej prozy, przypominał kiedyś, że łącząc zdarzenia w ciągi przyczyn i skutków już ulegamy złudzeniu, bo życie nie ma fabuły.
„Moja walka” to powieść szczególna, bo pozbawiona zasadniczo fabuły – a jednocześnie nie sposób uznać ją za surową materię zdarzeń. Autor jest bowiem więźniem opowieści. Opowieść kieruje mimowolnie myślą i ręką pisarza. Zdarzenia przytrafiają się człowiekowi, jak u Buczkowskiego, bez struktury i kontroli, lecz ludzka pamięć i mowa wybiera je i szereguje jak niewidzialny reżyser, montażysta i cenzor zarazem. By móc wiarygodnie odtworzyć naprawdę wszystko, trzeba byłoby być Pamiętliwym Funesem z opowiadania Borgesa.
Przystępujemy do własnych wyznań już ulepieni przez perspektywy innych autorów, co zresztą odnotowuje pokornie Knausgård, podsumowując rezultaty swojej walki: „Moje literackie »ja« było z pewnością zgombrowiczowane, ponieważ dzienniki Gombrowicza wywarły wielki wpływ na mój sposób myślenia o tożsamości, socjalności i literaturze, lecz było ono również zlarssonifikowane, sproustyfikowane i scélinizowane, zsandemosowane i uhamsunione”. Nawet jeśli eksperyment zakończył się niepowodzeniem, to Knausgårdowi udało się coś ważnego: dotrzeć do bariery szczerości, zarysować jej granice i uznać jej niemożliwość.
Ale może to właśnie programowa niedoskonałość książek Knausgårda i potencjał irytacji, który ze sobą niosą, czyni je tak frapującymi i znaczącymi. Zdumiewająca przejrzystość i wnikliwość, przypominająca moment założenia po raz pierwszy dobrze dobranych okularów, sąsiaduje tu z sekwencjami żarliwego zapętlania się w parafilozoficzne rozważania, a nawet momentami przypominającymi wręcz instrukcję BHP w kostiumie notatnika filozoficznego („Pole kempingowe jest wyodrębnionym miejscem przeznaczonym na nocleg” – to mój ulubiony fragment z cyklu „Pór roku”, pisanego dla córki).
Kiedy szarżuje, pozwalając sobie na zupełną niedoskonałość, bywa szczególnie przekonujący. Bałagan, paradoks, banały, groteska, pretensjonalność, ustawiczne podenerwowanie, maniera, znudzenie: to przecież relacja z zawartości umysłu, z procesu myślenia, zauważania i odczuwania. W mizerii codzienności może wszak znaleźć się i miejsce na wewnętrzną filipikę, i na kryzys egzystencjalny, który dopadnie nas akurat podczas kinderbalu. Przede wszystkim zaś wyeksponował coś, co fabuła programowo pomija: puste przebiegi, z których składa się prawdopodobnie większość naszych życiorysów, to wahanie się, przygotowywanie, zastanawianie, czekanie, czynności rutynowe, nadmiarowe lub zbędne. Knausgård oddaje im sprawiedliwość, rozciągając ich opisy na kilkanaście, kilkadziesiąt stronic.
Publikacja „Mojej walki” zbiegła się z epoką – z jednej strony – relacjonowania życia online i powszechnego zapotrzebowania na szczerość, z drugiej – czasem triumfu obszernej formy w kinie, telewizji i wśród bestsellerów; oczekiwanie na kolejne tomy sprawozdania z udręki wychodzenia z pisarskiego kryzysu przypominało napięcie przed ogłoszeniem kolejnego sezonu emocjonującej produkcji. Niepochlebny wobec Norwega autor William Deresiewicz skojarzył tempo jego pisarstwa z kanałami „slow TV”, nadającymi wielogodzinne transmisje z jazdy koleją lub rąbania drewna.
To niekoniecznie słuszny trop, gdyż telewizja taka ma wprowadzać w stan medytacyjnego odprężenia, podczas gdy u Knausgårda powolność i letnia temperatura skrywa w sobie zaskakujący nerw. Mając na uwadze liczne muzyczne odniesienia w jego książkach, porównałabym ich lekturę raczej do słuchania nagrań terenowych, w których na powierzchni również nic specjalnego wydaje się nie wydarzać, ale ich odsłuch wiąże się z rosnącą ciekawością i napięciem wyczekiwania drobnych, umiarkowanych wydarzeń (notabene z Norwegii wywodzą się świetni reprezentanci tego gatunku, tacy artyści dźwiękowi jak Biosphere czy Jana Winderen).
Potem posoliłem żółtko
Knausgård chciał oddalić się od fikcji – dziś, po wyprawie w głąb siebie, do niej powraca. I to, co może najmocniej zaskakiwać, jest to proza z pogranicza gatunkowej; umownie można nazwać jego nowe powieści metafizycznymi thrillerami, jest w nich bowiem tajemnica, niesamowitość, wreszcie – wtargnięcia przemocy. Nie jest to teren zupełnie dla tego autora nowy; „Wszystko ma swój czas”, jego druga powieść (w Polsce ukazała się w 2009 roku w przekładzie Małgorzaty Wild), dotyczyła współistnienia ludzi i aniołów, a fabuła przeplatała się w niej z elementami specyficznego traktatu teologicznego. W nowej trylogii, której dwa tomy – „Gwiazda poranna” i „Wilki z lasu wieczności” – ukazały się już w polskim tłumaczeniu Iwony Zimnickiej, powracającym wątkiem jest śmierć – a raczej namysł nad kresem śmiertelności, a może nawet powrotem do życia. Wśród banału zwyczajnego życia pojawiają się znaki – tajemnicze zjawiska na niebie, sny, przeczucia, synchroniczności, może sugestia działania losu.
Od samego początku zresztą jego ulubiona strategia to przeplatanie płaszczyzn: w autobiografii skacze swobodnie między przeszłością, teraźniejszością i spekulacją, jak w naturalnym, dalekim przecież od ścisłej chronologii procesie przypominania sobie. W powieściach – na zmianę udziela głosu poszczególnym bohaterom na dłuższy czas, uzupełniając te wymienne perspektywy „książką w książce”, tekstami literackimi napisanymi przez którąś z postaci. „Gwiazda poranna” uruchamia wiele wątków i perspektyw naraz – od niemal sensacyjnej fabularnej nitki o tajemniczym zabójstwie muzyków zespołu metalowego (trudno o bardziej norweski motyw), przez motyw pielęgniarki konfrontującej się z granicą życia i śmierci, po dramat rodzinny z chorobą dwubiegunową w tle.
„Wilki…” to z kolei opowieść bardziej kameralna, przywodząca na myśl pompatyczne słowo „przeznaczenie”: pewien sen prowadzi do odkrycia, które w końcu połączy po latach nieznające się wcześniej, żyjące w dwóch różnych miejscach świata rodzeństwo. Knausgård nie rezygnuje przy tym z ulubionej drobiazgowości w opisywaniu najbardziej banalnych wydarzeń; w „Wilkach z lasu wieczności” funduje na przykład opis spożywania jajka. „Obciąłem nożem czubek jajka, posoliłem od środka tę malutką przykrywkę, łyżeczką wyjąłem z niej białe wnętrze i wsunąłem je do ust. Potem posoliłem żółtko i wziąłem na łyżeczkę prawie pół jajka naraz”.
Rzeczy niezwykłe dzieją się tu w tle śniadań. Opowieść biograficzną autor traktuje tym razem jako matrycę dla postaci i wątków w prozie; świat Syverta, bohatera „Wilków z lasu wieczności”, to przecież ta sama szara Norwegia lat 80., z zupą kalafiorową w proszku i monotonią życia urozmaicaną czekaniem na nowe płyty, którą pamiętamy z wczesnych tomów „Mojej walki”. Ale skoro można się „zgombrowiczować”, to można i „unaboković”, bo o biografii jako generatorze fabuł opowiedział już ten właśnie autor w „Pamięci, przemów”. A skoro z doświadczenia można znów odbić się w inną, własną historię, to znaczy, że eksperyment podjęty wraz z „Moją walką” najwidoczniej okazał się wart trudu, a pacjent wrócił do sił. Ale czy do siebie?
W zbiorze esejów, który ukazał się po angielsku jako „In the land of the Cyclops”, Knausgård deklaruje, że „w swojej twórczości chciałby być absolutnie wolny”, skarżąc się, że „gdy patrzymy nawet na obraz drzewa, natychmiast wpadamy w polityczno-moralną sieć”. Na razie poszukiwania te zaprowadziły go najwyraźniej tam, gdzie kończy się bezpośredniość, realizm i autoanaliza, czyli nie tylko w obszar tajemnicy, ale również – dość niespodziewanie – fabuły.
KARL OVE KNAUSGÅRD (ur. 1968) – norweski pisarz i eseista. Studiował historię sztuki oraz literaturoznawstwo na Uniwersytecie w Bergen. Obecnie mieszka w Szwecji. Jako prozaik zadebiutował powieścią „Ute av verden” (W świat, 1998). Jego druga powieść „En tid for alt” (Jest czas na wszystko, 2004) nominowana była do nagród Rady Nordyckiej oraz Dublin Literary Award. Sławę międzynarodową i rozgłos medialny przyniósł mu tom pierwszy cyklu zatytułowanego „Min kamp” (Moja walka). Książka – która była początkiem sześciotomowego, ukończonego w roku 2011 cyklu – została entuzjastycznie przyjęta przez czytelników i krytyków. Szybko stała się też bestsellerem w Norwegii, w całej Skandynawii i na świecie – przetłumaczona na wiele języków, m.in. na niemiecki, włoski, angielski. W 2022 roku ukazała się w Polsce powieść „Gwiazda poranna”, a w obecnym kolejny tom tej trylogii, czyli „Wilki z lasu wieczności”.
Podczas tegorocznej edycji Festiwalu Conrada odbędzie się spotkanie z Karlem Ovem Knausgårdem, które poprowadzi Olga Drenda. Z autorem „Mojej walki” będziemy rozmawiać o wolności, o tym, czy szczerość, również z samym sobą, jest w ogóle możliwa, i być może również trochę o muzyce.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















