Od pewnego czasu żyję z dala od tych spraw. I wszystko, co do mnie dociera, raczej upewnia mnie, żeby od tych spraw trzymać się z daleka. Te sprawy bowiem mają się zupełnie nijak do moich spraw. W tych sprawach wszystko jest jakieś „nie takie”. Niby to obecne „nie takie” nie jest tak bardzo „nie takie” jak to, które było poprzednio, ale powodów do świętowania mało. Niby dobrze, a niedobrze. Im większe wyzwania, tym więcej pary idzie w organizowanie widowisk. Jakoś mnie te widowiska nie cieszą, słowo daję.
Możliwe, że celem widowisk jest coś odwrotnego, niż ja odczuwam. Możliwe, że tym celem jest tak zwana mobilizacja elektoratów. Przykład amerykański pokazuje, że sama ruchliwość, samo przebieranie nogami nie wystarczą. Można się nabiegać i nic nie osiągnąć. Politycy – a niech już padnie to słowo – jak ognia boją się społecznego niezadowolenia. Społecznego – czyli naszego. Naszego – czyli również mojego. I wyobrażają sobie, albo też wyczytali w podręcznikach marketingu, że jak zorganizują widowiska, to powody do niezadowolenia znikną. A w każdym razie o nich zapomnimy. Mam wrażenie, że ostatnie wybory w Polsce dały rezultat, jaki dały, bo powodów do niezadowolenia zebrało się już tak wiele, że chciało się krzyczeć. I pójście do urn było tylko rezultatem. Tym, którzy przegrali, nic widowiska nie pomogły, choć ładowali w nie, jak to dziś doskonale widać, mnóstwo naszych pieniędzy. Zresztą przegrali wygrywając, co też powinno być niejaką nauczką.
Dziś mamy sytuację, o której właściwie nie wiadomo, co myśleć. Główna partia opozycyjna aż się rwie do rozliczania obecnie rządzących, choć nie rozliczyła się jeszcze sama z sobą, o reszcie społeczeństwa nie wspominając. Zastawiwszy uprzednio na siebie pułapkę, lamentuje i włosy drze, że w nią wpadła. W rezultacie głównym motywem widowiska staje się oczekiwanie. I to podwójne: czekamy, jakie jeszcze klęski na tę partię spadną, ale czekamy także, co pozytywnego partia zaproponuje. Z przecieków wynika, że nie będzie raczej „polskiego Trumpa”, że będzie raczej „Duda-bis”. Ja się cieszę, nie wiem, jak inni. Ja się cieszę, bo jednak „Duda-bis” to nie jest wyraźnie lepiej dla poziomu debaty, ale odrobinę lepiej. Cieszę się, chociaż – jak powiedziałem na wstępie – nic mnie to nie obchodzi.
Po stronie sprawujących rządy podejmowane są ruchy niewątpliwie ciekawsze. Np. założyciel i szef jednej z koalicyjnych partii ogłosił, że w najbliższych wyborach wystartuje jako kandydat niezależny. Jest to konstrukt zaiste imponujący: partyjny, ale w zasadzie bezpartyjny, w strukturach, ale właściwie poza. Bycie w partii i określanie siebie niezależnym już, zdaje się, przerabialiśmy. Historia jest nauczycielką życia, możemy więc przerobić tę lekcję jeszcze raz. Prawdę rzekłszy, mamy w tej chwili dwóch kandydatów, którzy jako członkowie partii określili się mianem niezależnych. Słowo „niezależność” to jest piękne słowo i można się o nie wygodnie oprzeć. Czy dla jakości widowiska wystarczy, że bohaterowie będą mieć wygodne oparcia? To raczej my, publiczność, chcielibyśmy wygodnie się rozsiąść. Ale od kilku ładnych lat przyzwyczajani jesteśmy do siedzenia na mało stabilnych stołeczkach.
Zgrabny pomysł z niezależnością został jednak przykryty jeszcze zgrabniej pomyślanym widowiskiem, zorganizowanym przez partię, która w koalicji rządzącej jest najmocniejsza. Prawybory to jest rzecz trochę dla mnie niejasna, bo próbuje się w ten sposób ściągnąć moją uwagę, chociaż sprawa jest czysto partyjna, nie dotyczy całego społeczeństwa. Oczywiście, nawet z daleka widać różnice między oboma kandydatami i sam się mogłem pozastanawiać, którego bym ewentualnie wolał. Ale moja wola, jak na razie, nie miała nic do rzeczy. Decydują doły partyjne? Powiedzmy, że doły. W każdym razie odbywa się to poza mną. Niemniej, chcę czy nie chcę, jestem w to zaangażowany. Oczywiście, niepokoi mnie sytuacja, w której dwaj ważni urzędnicy zajmują się widowiskiem, a nie swoimi obowiązkami. Tym bardziej że jeden z nich będzie to musiał robić przez kilka najbliższych miesięcy. Ale może przesadzam.
Mądrzejsi ode mnie powiadają, że dziś wszystko jest spektaklem, więc i polityka musi być widowiskiem. Może i tak. Chyba na pewno tak. Bez widowiska się nie obędzie. Należę zapewne do tej mniejszości, która chciałaby, żeby jak najmniej energii zużywano na organizowanie widowisk, a jak najwięcej na… rozwiązywanie konkretnych problemów. Uch, jakoś tak nagle poczułem… Nadchodzą wybory, nadchodzi czas słów okrągłych. Sformułowanie „rozwiązywanie konkretnych problemów” też pewnie się pojawi, bo jest przecież dostatecznie okrągłe. A mnie od okrągłych sformułowań jakoś nieprzyjemnie się robi. Trzeba się ratować. Trzeba się trzymać z dala od tych spraw.
Trzeba się trzymać z dala od tych spraw, choć – jak widać – zupełnie mi to nie wychodzi.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















