Oto wszystko jest jasne, jak było już od dawna. Wystarczająca synteza sytuacji politycznej brzmi: w wyborach prezydenckich zmierzą się kandydat PO i PiS-u. Każdy wie, że od jakiegoś czasu, by wystartować w wyborach i je wygrać, nie można mieć żadnego programu. Ba, program stał się poważnym problemem, by nie rzec – zasadniczą przeszkodą w kandydowaniu, w wygrywaniu i w rządzeniu. Popatrzmy. Gdy kandydat ma program przemyślany i – o zgrozo – spisany, mamy pasztet. Gdy program nie polega na rozdawaniu worów pieniędzy, a jest spójny, poważny, merytorycznie piękny, realny, na lata, skomponowany z kalendarzem, a na dodatek ogłoszony publicznie, mamy receptę już nie na przegraną, a na klęskę.
Utarło się, że program przedstawiony w kampanii trzeba – w wypadku wygrania wyborów – zrealizować, a realizacja wystawia kandydata i partię na zupełną śmieszność. Realizowanie programów to same kłopoty – począwszy od komentarzy tzw. ekspertów po protesty, wiece, palenie kukieł i strajki. To oczywiste przecież, że programów z kampanii nikt nie realizuje, bo się nie da, pomijając drobiazg – czyli że nikomu się nie chce. Konkurencja jednak nie śpi i ową nierealizację wytyka, wyśmiewa, komentuje, słowem – nierealizacją się żywi.
Dlatego osobników z programami gremia wyłaniające kandydatów na funkcje obieralne w wyborach powszechnych zrzucają natychmiast ze skał tarpejskich, defenestrują, podają im czarną polewkę, tabletki przeczyszczające, bądź po prostu spychają ze schodów, a czasem profilaktycznie donoszą na nich do CBA. – „Żegnamy ozięble” – powiadają do takiego naiwniaka i pięknoducha, i szukają sobie kogoś bez programu, a to nie jest wcale proste. Ludzie odruchowo mają programy, życiowe, nieżyciowe, mądre lub głupie, realne albo wzięte z sufitu. Takich ludzi nam w polityce nie trzeba. I to jest od jakiegoś czasu wiadome.
Ponieważ wszystko się zmienia, a kampanie wyborcze mają coraz to nowe oblicza, doszliśmy do kolejnej modyfikacji. Oto dziś nie tylko program jest zbędny, ale zbędne jest takoż nazwisko kandydata. Możemy nie mieć ani programu, ani się nie nazywać, byleśmy byli wskazani przez partię lub jej lidera. Na ulotce bądź na afiszu wyborczym mógłby dziś widnieć niepodpisany nazwiskiem wizerunek kogoś, kto mógłby tak naprawdę stać tyłem. To by wystarczyło. Ktoś powie, że ważne są atrybuty kandydata – wzrost, wyraz twarzy, wykształcenie, znajomość języków obcych, hobby, żona bądź mąż wielkiej urody, dzieci, pies, kot, konto, auto... Nie. Wszystko to nie ma już żadnego znaczenia albo ma minimalne. Minęły czasy, w których kandydat na prezydenta kraju musiał być miłym, kulturalnym i wykształconym człowiekiem, dobrze znającym podstawowe zasady fizyki, operującym arytmetyką w zakresie liczb dwucyfrowych, mającym iloraz inteligencji na granicy liczb trzycyfrowych, umiejącym powiedzieć kilka zdań w obcym języku, z uregulowanym życiem rodzinnym, ubranym w coś innego niż krótkie spodenki. To przeszłość. Dlatego zaczęliśmy nasze rozważania zdaniem, które dowodzi naszej przenikliwości, powtórzmy je zatem: w wyborach zmierzą się kandydat PO i PiS-u.
Ktoś teraz powie, że jesteśmy jednak nie na czasie i że przegapiliśmy hipernowość. No więc tego nam zarzucić nie sposób i dlatego zdanie to szybko modyfikujemy: w wyborach zmierzy się kandydat PO z kandydatem zupełnie niezależnym i bezpartyjnym, popieranym przez PiS. Tę bezpartyjność i niezależność musiał wymyślić ktoś zorientowany w trendach i ludzkich możliwościach kojarzenia, które, zdaje się, spadają. Jest to pomysł nowy. Czy skuteczny – zobaczymy.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















