Mydło i powidło na poczcie jest w sumie całkiem niezłe. Jak żyć w świecie bez kiosków i sklepów przemysłowych

Świat, w którym nie da się nic kupić czy załatwić po drodze, to świat pozbawiony beztroski i kurczący radykalnie margines ryzyka. Świat coraz bardziej pusty – jak centra naszych miast.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

Staromodne dowcipasy o zawartości przepastnych torebek zapobiegliwych dam nie wychodzą z obiegu. Taka torebka może pomieścić glebogryzarkę, pingwina, średni baobab i pełen skład Rady Miasta Sędziszowa, przy czym nie zawsze da się te niezbędne rzeczy od razu znaleźć. Są jednak niezbędne, i to wszystkie, ponieważ nigdy nie wiadomo, co może się przydać w tarapatach i lepiej na wszelki wypadek mieć wszystko pod ręką.

Śmieszki śmieszkami, ale teraz ze stylem życia zapobiegliwych pań warto się będzie przeprosić. Co bowiem zrobimy, gdy nagle, kiedy jesteśmy w drodze, daleko od domu, zdarzy się nam nagła potrzeba skorzystania np. z agrafki? Albo taśmy klejącej? Człowiek dwudziestowieczny w mojej głowie od razu myśli sobie: oczywiście, należy pójść do kiosku. Ale nie ma dokąd iść: tam, gdzie przez lata stały kioski – nie ma kiosków, musieli wywieźć je na słynne cmentarzysko pod Łodzią. Albo są, ale zmieniły specjalizację – z mydła i powidła na kebab albo kawę. Zdumiona patrzę na znajome okolice, w których kiedyś co kilka przecznic mogłam znaleźć kioski, 1001 drobiazgów i rozmaite usługi, gdzie świat wydawał się gościnny i pomocny, bo można było powiedzieć sobie: jeśli coś się zepsuje, to wiem, gdzie i jak znaleźć pomoc.

Albo powiedzmy, że potrzebujesz plastikowej miski typu miednica. Każdemu się to może zdarzyć. Prawdziwa zapobiegliwa gospodyni ma z pewnością w domu nie jedną miednicę (oraz stolnicę, parownicę, pierożnicę), ale jeśli akurat dopiero zaczynasz przygodę z praniem ręcznym lub myciem włosów na sposób harcerski, bo z powodu remontu nie ma ciepłej wody w bloku – miednicę trzeba zdobyć. W XX w. kupowało się je w sklepie przemysłowym albo na takimż dziale w miejscowym Społem. Ale gdzie w waszej okolicy jest najbliższy przemysłowy i czy przypadkiem po jedną miednicę nie musicie się wybrać na drugi koniec miejscowości, jak przed stu laty konno na targ? Taka to ta nasza epoka lotów na Marsa.

Oczywiście, modele handlu zmieniają się przez cały czas i klient się przyzwyczaja. Samoobsługa, płatności kartą, niedziela niehandlowa – tego przecież jeszcze względnie niedawno nie było. Ale tu nie chodzi jedynie o same zakupy, lecz o całkowitą zmianę myślenia o tym, co to znaczy „pod ręką”, „od ręki”, „na poczekaniu”, „po drodze”.

Przecież miednicę i agrafkę można kupić sobie przez internet, wszyscy dzisiaj kupują przez internet, ktoś powie. Albo snują wizję przyszłości, w której agrafkę w dowolnej chwili przyniesie mi drogą powietrzną dostawca-dron. Oczywiście, ale to wyklucza możliwość rozwiązania problemu po drodze. Zamawiając miednicę i agrafkę, zakładamy, że będą nam potrzebne, a nie kupujemy je na szybko, gdy ta potrzeba się pojawia. I co ważne – nie można ich zapomnieć.

Najlepiej wtedy przeobrazić się w tę zapobiegliwą panią, która nosi wszystko w torebce jak ślimak w swoim domku. I założyć, że skoro po drodze nie będzie się dało nic zrealizować, to lepiej być na każdą drogę przygotowanym na zapas. Co oczywiście wymusza również inne planowanie dróg – najlepiej bez przygód i maksymalnie efektywnie.

Świat, w którym nie da się niczego kupić ani załatwić po drodze, to świat pozbawiony beztroski i kurczący radykalnie margines ryzyka. Jeśli nie można sobie powiedzieć „najwyżej poradzę sobie z tym gdzieś po drodze”, to znaczy, że trzeba ściśle planować i zamienić własne życie w niezawodnie efektywny łańcuch logistyczno-spedycyjny.

Nasze miasta stają się puste – często, przemierzając ich centra, mijamy kolejne kartki „do wynajęcia”. To nie świadczy tylko o niezrozumiałej polityce czynszowej. To również smutny dokument tego, jak zmienia się (zakładam, że niekoniecznie z woli samych mieszkańców) sposób, w jaki w tych miejscowościach żyjemy. Przede wszystkim zmienia się na taki, który eliminuje zatrzymywanie się: wejście gdzieś na chwilę, przy okazji. Zamiast tego – elektryczna hulajnoga wiezie naprzód, bez zbędnego rozglądania się i marnowania czasu na jakieś tam pauzy. Małe sklepy samoobsługowe, w których nie ma agrafek, i aplikacje mobilne obiecują nam, że zaoszczędzimy czas (który możemy przeznaczyć na zamawianie przez internet). Dobrze, że przynajmniej w niektórych kioskach jest jednak ten kebab i kawa.

Po internecie nadal krążą memy o stale rozwijanym asortymencie mydła i powidła w placówkach pocztowych – że można nabyć tam wszystko, zwłaszcza z zakresu kulinariów zakonnych i konfekcji łazienkowej, ale na najbardziej szarym z szarych końców znajdują się koperty i znaczki. Poczekajcie sobie śmieszki, myślę sobie czasami w duchu – Poczta Polska nie miewa się podobno najlepiej i jeśli zamkną część placówek, to pozostanie wszystkim czekanie na dostarczenie zamówionej przez internet agrafki drogą kurierską. 

Poproszę agrafkę // Fot. Olga Drenda

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 37/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Świat bez kiosków