Reklama

Gra z sumą zero

Gra z sumą zero

10.11.2019
Czyta się kilka minut
A gdyby po prostu, bez tanich usprawiedliwień, przestawić codzienność w tryb, w którym radość z kupowania można zastąpić wolnością od zakupów? Po kilkunastu takich dniach wiem już, że to trudne – ale wykonalne.
G. RONALD LOPEZ / ZUMA PRESS / FORUM
Z

Zaczęło się od tego, że na warszawskim Mokotowie – a przynajmniej w tej jego części, gdzie mieszkamy – na prawie miesiąc zniknęły kontenery na segregowane odpadki. Sąsiad twierdził, że firma, która dotychczas wywoziła śmieci, nie sprawdzała się i miasto postanowiło podpisać umowę z inną. Przetarg musiał jednak iść jak po grudzie, bo przez dłuższy czas nie mieliśmy gdzie wyrzucać kartonów po sokach, plastikowych i szklanych butelek czy pudełek z tektury. Zabrakło nawet brązowych pojemników na bioodpady. Część mieszkańców bloku niewiele sobie z tego robiła i wszystko upychała po prostu do jedynych dostępnych kontenerów na odpady zmieszane. Nie pochwalałem, ale też nie dziwiłem się szczególnie. Wiadomo, że choćby rencista o kuli z naprzeciwka czy małżeństwo emerytów z góry nie będą wozić tramwajem worków z posegregowanymi śmieciami, by wyrzucić je tam, gdzie wciąż jeszcze stoją kolorowe pojemniki.

Co innego my, małżeństwo pracujących czterdziestolatków z dwójką nastoletnich dzieci, bez poważniejszych problemów zdrowotnych, do tego zmotoryzowani.

Parę razy zapakowałem worki do auta i wyrzuciłem kilka przecznic dalej do pojemników do segregowania. Za każdym razem w innym miejscu, bo podrzucanie śmieci mimo okoliczności wydawało mi się mało taktowne. Kursowałbym tak pewnie jeszcze długo, gdyby pewnego wieczora, podczas ostrzejszego hamowania, zawartość worka z gromadzonymi od kilku dni bioodpadami nie wysypała mi się (a właściwie – nie wlała) do bagażnika. Szorując do późnej nocy lepkie, śmierdzące pozostałości, przyrzekłem sobie solennie, że nigdy więcej.

Pozostawały dwa wyjścia: wyrzucać wszystko jak leci do zmieszanych albo... przestać produkować śmieci. Gdy jednak nieśmiało zaproponowałem, by – tylko do czasu powrotu kontenerów – zarzucić segregowanie, trzynastoletnia córka spojrzała na mnie takim wzrokiem, jakim w kuluarach szczytu klimatycznego ONZ Greta Thunberg przeszywała Donalda Trumpa. Pozostawał wariant numer dwa. I tak oto wkroczyliśmy we czwórkę na wyboistą ścieżkę zero waste.

Dzień 1

W ograniczaniu zakupów nie byliśmy, prawdę powiedziawszy, debiutantami. Wcześniej już kilka razy, z różnymi efektami, próbowaliśmy zmieniać nawyki zakupowe w stronę mniej kompulsywnych. W zeszłym roku żona zaordynowała, by w sobotę wyruszać do sklepów z listą potrzebnych produktów i bez kart płatniczych, bo nic tak nie studzi fantazji przy kasie jak odliczone pieniądze. Nie chodziło tylko o oszczędności; od dawna mieliśmy poczucie, że kupujemy więcej, niż potrzebujemy. Co kilka dni opróżnialiśmy lodówkę z jedzenia, które dzieci omijały ze wstętem w poszukiwaniu świeższych serów czy bardziej jędrnych pomidorów. W zakamarkach pokojów dziecięcych walały się nadal, jak wyrzut sumienia, nieodpakowane gry i plastikowe zabawki, którym nasza progenitura nie zechciała przed laty poświęcić nawet chwili uwagi.

Tym razem największym (objętościowo) problemem również był plastik i kartony, które – jak chyba w każdym polskim domu – pod koniec każdego dnia bezczelnie panoszyły się już w szafce pod zlewem. Dawno zrezygnowaliśmy ze słodzonych napojów gazowanych, a wodę mineralną zastąpiliśmy kranówką, ale codziennie wypijaliśmy około 2-3 litrów soków owocowych sprzedawanych w kartonowych opakowaniach lub plastikowych butelkach. Rozwiązanie problemu podsunęła nieoczekiwanie teściowa, przywożąc starą, ale sprawną sokowirówkę. Był sok, zniknęły za to kartony. Syn narzekał wprawdzie, że mętny i smakuje „dziwnie”, ostatecznie uległ jednak argumentom starszej o dwa lata siostry. Mam nadzieję, że z czasem się przyzwyczai.

Dzień 2

Skórki z pomarańczy, które wycisnęliśmy wczoraj, wrzuciłem nie do worka, ale luzem do małego wiaderka (stojącego, oczywiście, pod zlewem). Tam powędrowały też resztki po jabłkach, z których również zrobiliśmy sok, woreczki po herbacie ekspresowej (ale bez sznureczków), plasterki wyciśniętej cytryny i skórki po bananach. Co z tym wszystkim zrobimy, gdy wiaderko będzie pełne? Wrzucimy do minikompostownika!

Dzień 3

Wiaderko z bioodpadami wypełnia się przeraźliwie szybko, a kompostownika nadal nie mamy. W przydomowym ogródku to fajna rzecz, jednak gdy mieszka się w bloku – pozostaje balkon. Kompostownik urządzę w starej skrzynce, która od lat leży w piwnicy: trochę ziemi na dno, warstwa bioodpadków i znowu ziemia. Tak przynajmniej podpowiada internet.

Zabawne: gdy wchodzę do sklepu, zastanawiam się, czego nie kupić.

Dziś na przykład nie kupiłem ziemniaków w plastykowej siatce. Wybrałem za to kilkanaście większych sztuk ze skrzynki, w których ziemniaki leżą luzem. Brudniejszych, ale tańszych o prawie 20 proc. Nie kupiłem też nawilżanych chusteczek do sprzątania. Przypomniałem sobie, że zgodnie z ideą zero ­waste lepiej stosować sprzęty wielokrotnego użytku. Ściereczki do kurzy w domu mamy. Będziemy je po prostu częściej prać. Nie muszę już chyba dodawać, że nie kupiłem też jednorazowej torby. Na zakupy od dawna staram się chodzić z własną, bawełnianą. Zawdzięczam to córce, która za każdym razem, gdy się zapomnę i muszę spakować zakupy w sklepową foliówkę, obciąża mnie domową grzywną w wysokości 20 zł.

Dzień 4

Dziś mecz! A jak piłka, to też piwo. Po ostatnim, oglądanym z kolegami, wyniosłem do śmietnika osiem puszek. Ale wtedy stał tam jeszcze kontener. Dzisiaj kupię więc piwo w butelkach zwrotnych. Postanowiłem też, że tym razem wybiorę produkt wytwarzany w browarze, gdzieś w okolicy. Najbardziej smakują mi wprawdzie czeskie lagery, ale bądźmy szczerzy: ściąganie piwa z innego kraju, gdy pod nosem ma się nie gorsze, to – jak mawiał kawaler de Talleyrand: „gorzej, niż zbrodnia – to błąd”.

Żona nie przepada za piwem. Woli wino, najchętniej białe półwytrawne. Na Węgrzech, jak ostatnio wyczytałem, pewna duża sieć handlowa skupuje butelki po winie. U nas szkło po winie ląduje w śmietniku. Za to niedawno natknąłem się w naszej okolicy na sklep, w którym sprzedają włoskie wina lane z beczki. Wcześniej nie przyszło mi do głowy, by tam zajrzeć, wygodniej było wziąć zakorkowaną flaszkę z półki w sklepie. Kolejny błąd, ale dziś wieczorem go naprawię.

Dzień 5

O meczu wolę zapomnieć, ale to włoskie verdicchio po 17 zł za litr na stałe włączamy do listy zakupów. Dziś wprawdzie niedziela niehandlowa. Na śniadanie będzie jednak świeże pieczywo. W każdym razie smakuje tak samo jak świeże, choć kupiliśmy je przed kilkoma dniami i zaraz potem zamroziliśmy. A, zapomniałem dodać, że wczoraj do meczu zajadaliśmy własnoręcznie zrobione chipsy z ziemniaczanych... obierek. Inne niż te z paczek, bo mniej tłuste. Spodziewałem się, że w smaku będą gorsze. Najgorsi byli zresztą piłkarze. Kolejna warstwa organicznych resztek wylądowała w kompostowniku. Wcześniej nie było ich aż tyle? Miejsca wystarczy jeszcze tylko na jedną. A co potem? Drugi kompostownik? Gdzie go postawić?

Dzień 6

Rewolucja zero waste pożera mi dzieci. Córka rozstaje się ze sklepowym żelem pod prysznic! Będzie go robić sama w oparciu o receptury z internetu. Mamy obawy, dlatego zaproponowaliśmy jej, by przygodę z chemią zaczęła od wytworzenia płynu do mycia naczyń.

Syn wyrósł z kolei z ulubionej bluzy. Na długość byłaby jeszcze dobra, dyskwalifikują ją tylko rękawy. Poza tym to dobrej jakości bawełna. Żona pół dnia straciła na poszukiwanie krawcowej, która nie ma zadatków na dyktatora mody. W końcu się udało. 70 zł za obcięcie rękawów i obłożenie materiału przy ramionach. W tej cenie kupiłbym dwa nowe ­T-shirty w sieciówce, ale nie o oszczędność idzie przecież w naszym teście. W weekend przeglądnę swoją szafę. Z pewnością znajdę tam coś, co nadaje się do podobnej przeróbki i ma szansę zyskać drugą młodość. Wizyta u szewca przydałaby się także siedemnastu parom butów, które wciąż leżą w pawlaczu czekając na wymianę fleków, nowy obcas lub podzelowanie. Tylko gdzie to zrobić? W zakładzie legendarnego warszawskiego Kielmana, u którego swego czasu zamawiał buty na miarę Andrzej Lepper? Obawiam się, że w tym przypadku zero waste będzie oznaczać zbyt wiele zer. Na rachunku.

Dzień 7

Okazuje się, że zamrażalnik mamy o wiele pojemniejszy, niż nam się dotąd wydawało.

Mrozimy chleb, ciasto, mięsa i wędliny, nawet warzywa – wszystko, czego nie zdołamy zjeść na bieżąco. Wzmożona eksploatacja już dała o sobie znać, pękły drzwiczki do jednej z komór. Kiedyś byłby to powód do wymiany lodówki, teraz postanowiłem spróbować ją naprawić. Zobaczymy, jak długo będzie trzymać klej.

Dzień 8

Mamy drugi minikompostownik. Stoi na tym pierwszym. Trzeba było też dokupić ziemi ogrodowej. Plastykowe torby po niej wykorzystujemy jako worki na odpady zmieszane. Są mniejsze niż tradycyjne, ale i śmieci produkujemy chyba trochę mniej niż kiedyś.

Papier toaletowy na szczęście można już kupić taki jak za PRL, z makulatury, szary, w wielkich rolkach i niezapakowany w folię. Kosztuje prawie 3 zł za sztukę, ale cztery rolki wystarczają nam na ponad tydzień.

Co do śmieci, podobno warto dążyć do tego, by rocznie produkować ich tylko tyle, ile mieści się w... słoiku. Tak przynajmniej twierdzą internetowi guru zero waste. Na tym etapie wydaje się nam to niewykonalne.

Dzień 9

Klej trzymał krótko. Lodówka znowu nie ma jednych wewnętrznych drzwiczek i klamki. O dziwo wciąż działa bez zarzutu i zaczynamy się przyzwyczajać do tego stanu rzeczy. Chyba jeszcze u nas trochę postoi.

Dzień 10

Nocą wiatr przewrócił górny kompostownik i jego zawartość (szczęśliwie był wypełniony tylko w połowie) wysypała się na balkon, a część wybrała się nawet z wizytą do sąsiada piętro niżej. Trzeba coś jednak zrobić z tym domowym kompostem. Chyba nawiozę nim dziś pod osłoną nocy sąsiedni park.

Dzień 11

To jakiś bunt maszyn? Kilka dni temu lodówka, a teraz pralka. Nagle, oczywiście w trakcie prania, odmówiła współpracy. Śmierć kliniczna w wieku czterech lat. Oczywiście siadł programator, tak skonstruowany i zamontowany, że nie ma sensu go wymieniać. Kosztowałoby to prawie tyle samo, ile zakup nowej pralki podobnej klasy. A ta – jak zapewniał producent – miała nam służyć przez minimum dekadę i kosztowała tyle, ile dwie zwykłe. Jak tu być zero waste?

Czeka nas zakup nowej. W Holandii działa firma, która wynajmuje pralki. Podpisuje się umowę, dostaje do domu urządzenie, dostawca bierze na siebie wszelkie naprawy i nawet dowozi proszek, który jest w cenie wypożyczenia. Jedno pranie kosztuje podobno 4 euro, a pralki podobno są tak zmontowane, że mogą działać latami.

„Podobno” nasz ekologiczny płyn do zmywarki, który kupiliśmy w plastikowej butelce, można też uzupełniać z dużej ekopaki. Podobno – bo od dawna próbuję kupić tę ekopakę, ale w sklepie są jedynie płyny w półlitrowych butelkach. Nie kupuję. Nie będę mnożyć w domu plastików.

Dzień 12

Nareszcie! Pod blokiem stanęły nowe, kolorowe kontenery na posegregowane odpady.

Moglibyśmy już wrócić do starych nawyków, ale nie wrócimy, przynajmniej nie w pełni. To raptem kilka dni, ale inaczej oceniamy domowe potrzeby. Chyba zaczynamy dostrzegać różnicę między zaspokajaniem potrzeb a poszukiwaniem pretekstu, by pójść na zakupy. Poza tym zasmakowaliśmy w świeżo wyciskanym soku, a ja także w lokalnym piwie. Zaczęliśmy doceniać również to, że ubraniom można dać drugie życie. Przekonaliśmy się jednak i o tym, że w polskich warunkach ortodoksyjne wdrażanie idei zero waste jest arcytrudne, jeśli nie niemożliwe. Nie dam się już chyba namówić na kupno droższego sprzętu, który będzie służył przez dekady.

No i nikt mnie więcej nie namówi na kompostownik na balkonie! ©

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Córka czyta po angielsku? Niech już nie szuka przepisów na domowy żel pod prysznic. Proszę jej podsunąć to: https://www.theguardian.com/lifeandstyle/2019/aug/05/i-dont-smell-meet-the-people-who-have-stopped-washing. Do tego też przywykniecie. ;)
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]