Z Suczawy – dawnej stolicy Hospodarstwa Mołdawskiego, położonej w Rumunii, na południowej Bukowinie – ruszam na wschód. Lasy i góry Karpat ustępują tu wzgórzom pokrytym polami i pastwiskami. Im bliżej dzisiejszej granicy rumuńsko-mołdawskiej, tym ruch na szosie staje się mniejszy. Za Botoszanami, oddalonymi w linii prostej od granicznego Prutu o mniej niż 50 km, miejscami niemal zamiera.
Mijam kilkanaście ostatnich wsi po stronie rumuńskiej i dojeżdżam do rozległego zbiornika zaporowego. Droga prowadzi koroną tamy. Rumuński punkt kontrolny pokonuję niemal bez zatrzymywania się. Mołdawski pogranicznik szybkim krokiem okrąża samochód i rzuca z przekornym uśmiechem: „Coś do oclenia? Broń? Narkotyki?”.
Zagląda tylko do bagażnika i daje znak, że można jechać.
„Mała Warszawa” w Mołdawii. Polacy, którzy zostali
Na stacji benzynowej (należy do rumuńskiej sieci Petrom), tuż za przejściem, ruch jest większy. Ceny o kilkanaście procent niższe niż w Rumunii. Ci, którzy regularnie jeżdżą przez granicę, a jest ich niemało, paliwo kupują na tym brzegu Prutu.
Pierwszy cel to Styrcza, zwana „Małą Warszawą”. Założyli ją pod koniec XIX w. Polacy, przybyli m.in. z Chocimia i Kamieńca Podolskiego. Dziś żyje tu nieco ponad trzysta osób, z czego przeszło jedna trzecia to potomkowie założycieli – w tym pani Katarzyna.
Otrzymuję wskazówkę, by szukać jej gospodarstwa w pobliżu Domu Polskiego. Znak rozpoznawczy: bocianie gniazdo. Z ludźmi we wsi rozmawiamy po rosyjsku. Choć językiem urzędowym w Mołdawii jest rumuński, na co dzień króluje rosyjski – pozostałość po Mołdawskiej Socjalistycznej Republice Sowieckiej.
Kręte drogi są szutrowe, niektóre z koleinami. Odnajduję właściwy dom. Zanim usiądziemy do rosołu, kawy i ciasta, pani Katarzyna pokazuje skromne obejście. Jej wzrok zatrzymuje się na wieży nieodległego kościoła. Bije od niej zadowolenie i duma.
Nastrój zmienia się, gdy dopytuję o życie w dzisiejszej Mołdawii. Pani Katarzyna nie szczędzi słów krytyki wobec obecnych władz. Twierdzi, że od upadku Związku Sowieckiego jest coraz gorzej. Młodzi w większości wyjechali, niektórzy do Polski. Okolica jest piękna, ale co z tego, skoro nie ma pracy i perspektyw na dobre życie.
– Zostaliśmy tylko my, starzy – stwierdza pani Katarzyna.
Masowa emigracja to nie tylko problem mniejszości polskiej, ale całej Mołdawii: o ile w połowie lat 90. XX w. liczyła ona 4,5 mln ludności, dziś ma niecałe 2,5 mln. To oznacza ubytek o ok. 40 proc., właśnie na skutek emigracji zarobkowej.
Bielce: miasto pamięci i emigracji
Zanim ruszę do Kiszyniowa, stolicy Mołdawii, zatrzymuję się w Bălți, po polsku Bielce. Choć to drugie co do wielkości miasto w kraju, a także największy ośrodek Polonii, panuje w nim, w najlepszym tych słów znaczeniu, atmosfera na wskroś prowincjonalna.
Parkuję przy głównej arterii imienia hospodara Stefana Wielkiego – wszechobecnego w całej Mołdawii patrona ulic i placów. Szukam monumentu poświęconego miejscowej społeczności żydowskiej. Przed II wojną światową stanowili tu większość. Gdy Rumunia sprzymierzyła się z III Rzeszą, większość mołdawskich Żydów padła ofiarą Holokaustu.
W dzisiejszym Bălți zachowały się domy z przełomu XIX i XX w., ale dominuje architektura postsowiecka – szerokie aleje, osiedla z wielkiej płyty i monumentalne budynki użyteczności publicznej. Jak cała północna Besarabia, i to miasto dotyka problem emigracji i starzenia się społeczeństwa. Jednak położenie na skrzyżowaniu szlaków komunikacyjnych działa na korzyść mieszkających tu Mołdawian, Ukraińców, Rosjan i Polaków.
Spacerując sennymi o tej porze dnia ulicami, myślę o sentymentalnej piosence „Majn sztetele Belz”, opiewającej przedwojenne Bielce. Powstała w 1932 r. w jidysz, na potrzeby nowojorskiego przedstawienia „Pieśń z getta” i szybko zawojowała świat, stając się może najtrwalszym pomnikiem świata skazanego na zagładę.
Rozmawiam z Mariną, studentką miejscowego uniwersytetu. Pytam o piosenkę, puszczam fragment na telefonie. Zna ją, ale sama – jak mówi, uśmiechając się porozumiewawczo – słucha innej muzyki.
Marina liczy, że Mołdawia szybko wejdzie do Unii. W przeciwieństwie do wielu, nie chce opuszczać kraju. Jeśli wyjedzie z Bălți, co nie jest przesądzone, to do Kiszyniowa. Rozmawiamy po angielsku. Marina zna rumuński, ale i ona zwykle posługuje się rosyjskim.
Kiszyniów: stolica bez złudzeń
Droga z Bălți do oddalonego o 100 km na południowy wschód Kiszyniowa pozwala zachwycić się – i nasycić – pejzażem Besarabii. Z poczucia błogiego osamotnienia wyrywają raz po raz niewielkie wsie, ukryte między zielonymi wzgórzami. Droga krajowa M5, której nawierzchnię na długich odcinkach wciąż stanowią betonowe płyty, przywołuje mgliste wspomnienia dawnej poniemieckiej autostrady A4 między Wrocławiem a Zgorzelcem.
Kiszyniów, położony na wzgórzach, od dawna musi stawiać czoło krzywdzącej opinii, że jest jedną z najbrzydszych stolic Europy. I choć wiele tu architektonicznego chaosu – wyrosłego na sięgającym XIX w. regularnym układzie ulic, pożenionym z „subtelnością” sowieckiej urbanistyki – Kiszyniów może się podobać. Zwłaszcza w reprezentacyjnym centrum.
Jeśli nie liczyć separatystycznego Naddniestrza, w stolicy mieszka 30 proc. obywateli Mołdawii. Ściągają do stolicy ludzie z wszystkich zakątków kraju.
Vlad, z którym spotykam się w kawiarni przy Parku Katedralnym, kilka lat temu przyjechał na studia z Ungheni, miasta przy granicy z Rumunią – i już został. Dziś pracuje dla zachodniej korporacji. Mówi, że decyzja o pozostaniu w Mołdawii nie była oczywista, ale że kraj na tyle się zmienił w ostatnich kilku latach, iż łatwiej było ją podjąć.
Gdy pytam, co zatrzymało go w ojczyźnie, mówi wprost, że rodzina. Do Ungheni nie wróci, ale w Kiszyniowie żyje się dobrze. Kupili z żoną mieszkanie na obrzeżach Parku Valea Morilor, słynącego z kaskadowej fontanny i malowniczego jeziorka, mają dwoje dzieci.
Mołdawia pamięta sowieckie represje
Kilka godzin później przyglądam się zdjęciom składającym się na wystawę umieszczoną w dwóch sowieckich wagonach kolejowych. Ustawione zostały przed siedzibą rządu – w najbardziej reprezentacyjnym miejscu, na Placu Wielkiego Zgromadzenia Narodowego, obok łuku triumfalnego i soboru katedralnego Narodzenia Pańskiego.
Na brązowych deskach bieleją coraz słabiej widoczne litery „CCCP”. Ekspozycja poświęcona jest represjom, jakich doświadczyli mieszkańcy mołdawskiej republiki sowieckiej. Jedna z wielu wstrząsających historii opowiada o wielkim głodzie z lat 1946-47. Wywołany początkowo suszą, został świadomie pogłębiony przez władze sowieckie, które nie obniżyły obowiązkowych kontyngentów zboża w regionach dotkniętych głodem. Według szacunków historyków, przeszło 100 tys. ludzi zostało tak skazanych na śmierć głodową.

Wieczorem wsłuchuję się w rozmowy dobiegające z restauracyjnych ogródków. Miasto tętni życiem. Także wśród młodych dominuje rosyjski. Gdy kilka godzin wcześniej pytałem Vlada o jego stosunek do Rosji, żachnął się, że Mołdawia miałaby mieć z nią cokolwiek wspólnego. Jej przyszłość to Unia Europejska. Gdy zwróciłem uwagę, że wielu, w tym on, dzieli z Rosjanami język, spojrzał z pobłażaniem: – Język nie jest w życiu najważniejszy.
Naddniestrze: parapaństwo, którego nikt nie uznaje
Ze stolicy ruszam do Naddniestrza. Oficjalnie to region autonomiczny Mołdawii, ale od roku 1990 – a więc roku oderwania się Mołdawii od Związku Sowieckiego, gdy lokalne władze Naddniestrza zadeklarowały chęć pozostania w strukturach Sojuzu – pozostaje republiką separatystyczną. Nikt jej nie uznaje, poza Abchazją i Osetią Południową. Żyje tu niespełna pół miliona ludzi.
Droga z Kiszyniowa do Tyraspola, głównego miasta Naddniestrza, to raptem kilkadziesiąt kilometrów. I tu obowiązuje zasada, że im dalej na wschód, tym ruch na drodze mniejszy. Z każdej strony, aż po horyzont, ciągną się pola uprawne. Mołdawskie ziemie słyną z urodzajności.
Na posterunku granicznym przy wjeździe do Naddniestrza witają mnie milczący uzbrojeni żołnierze. Jeden nieznacznym ruchem głowy wskazuje, by jechać dalej. Na poboczu stoją tankietki, pamiętające lepsze czasy.
Właściwy punkt kontrolny znajduje się jakiś kilometr, może półtora dalej. Atmosfera znacznie luźniejsza, niemal familiarna. Kontrola bagażu to formalność. Jeszcze tylko deklaracja, jak długo planuje się zostać w Naddniestrzu (wpisywana do dokumentu poświadczającego wjazd – niedotrzymanie terminu opuszczania republiki może się wiązać z komplikacjami) i obowiązkowa winieta.
Raptem pół kilometra dalej droga znów pustoszeje i nastaje śródpolna cisza. Do Tyraspola pozostało niespełna 10 kilometrów.
Tyraspol: postsowiecki skansen i Harry Potter
O Tyraspolu mówi się, nie bez powodu, że to postsowiecki skansen. Już na pierwszy rzut oka widać kontrast między poziomem życia w Kiszyniowie i w samozwańczej stolicy. Choć można znaleźć też przykłady inwestycji – jak imponujących rozmiarów, acz tandetny budynek centrum handlowego w sercu miasta, przy ulicy 25 października (upamiętnia rewolucję bolszewicką w 1917 r.).
Kieruję się w stronę pomnika Aleksandra Suworowa, carskiego generała i fundatora Tyraspola. Gdy mijam gmach kinoteatru, uwagę zwraca twarz Emily Blunt, spoglądająca z plakatu „Dnia objawienia” Spielberga. Choć Naddniestrze to rosyjska strefa wpływów, na każdym kroku widać zachodnie symbole. Jak np. rzeźba Harry’ego Pottera, postawiona kilka lat temu przed Wydziałem Fizyczno-Matematycznym miejscowego uniwersytetu.
Pomnik Suworowa prezentuje się imponująco. Obok monumentu powiewają flagi: dwie większe, rosyjska i naddniestrzańska, oraz cały rój mniejszych. Symbolizują regiony wchodzące w skład nieuznawanej republiki. Okolice pomnika to przestrzeń w ogóle nasycona polityką historyczną – po drugiej stronie alei stoi pomnik Katarzyny Wielkiej.
Naddniestrze: państwo prowizoryczne
W administracyjnym centrum miasta wszechobecne są ślady zarówno sowieckiej przeszłości, jak i dzisiejszych wpływów Federacji Rosyjskiej, która utrzymuje w Naddniestrzu swoje siły wojskowe.
W gmachu Domu Sowietów, z umieszczonym przed nim popiersiem Lenina, znajduje się dziś miejski ratusz. Tuż obok siedzibę ma Sheriff – największe przedsiębiorstwo w Naddniestrzu, założone w 1993 r. przed byłych funkcjonariuszy sowieckich tajnych służb.
Dziś to największy pracodawca w Naddniestrzu, kontroluje niemal wszystkie gałęzie gospodarki i obszary życia społecznego. Sto metrów dalej mieści się czterogwiazdkowy hotel „Rossija”.
Miasto sprawia wrażenie pogodzonego ze swoim statusem. Choć Naddniestrze nie ma szans na wybicie się na rzeczywistą niepodległość, a i Rosja w gruncie rzeczy nie wydaje się zainteresowana wciągnięciem marionetkowego państwa w swoje granice, to Tyraspol trwa w permanentnym zawieszeniu – jako prowizoryczna, ale jednak stolica.
Gagauzja i Budziak: kraniec mołdawskiego błamu
Z Naddniestrza jadę na południe. Kilkadziesiąt kilometrów od Kiszyniowa i Tyraspola jest jeszcze jedna stolica: Komrat. Jej mieszkańcy należą w większości do najbardziej chyba tajemniczego z narodów, składających się na wieloetniczny błam, jakim jest Mołdawia. Także pejzaż się zmienia: w miejsce pól uprawnych pojawiają się stepy.
Gagauzja to formalnie region autonomiczny w strukturach Mołdawii, z własnym parlamentem, systemem edukacji i budżetem. Choć żyjący tu ludzie, Gagauzi, są pochodzenia tureckiego, przynależą do Kościoła prawosławnego. Mają własny język, ale – podobnie jak w innych regionach Mołdawii – dominuje rosyjski.
Na południe od Komratu, niedużego miasteczka, na spieczonych słońcem wzgórzach Budziaku, jeszcze raz myślę o słowie „błam”. Do polszczyzny trafiło z rumuńskiego, do niego z kolei z bułgarskiego. Przodkowie Gagauzów prowadzili koczownicze życie na stepach Eurazji. Poza Mołdawią ich potomkowie żyją dziś w Bułgarii, Kazachstanie i Rumunii.
Znów przekraczam granicę rumuńsko-mołdawską, w miasteczku Kaguł (rum. Cahul), na południowych krańcach Mołdawii. Z jednego z ostatnich besarabskich wzgórz spoglądam na tylko nieco oswojoną, pełną historii dolinę Prutu.
Nie opuszcza mnie poczucie i obcości, i zarazem bliskości.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.











