„Dzień objawienia" Spielberga. Bliskie spotkania z rozczarowaniem

Kino w rękach Spielberga jest sprawnie działającą, acz trochę staroświecką zabawką, w którą da się upchać rozmaite ważkie dyskursy i filmowe atrakcje.
Czyta się kilka minut
Emily Blunt w filmie „Dzień objawienia”, reż. Steven Spielberg // materiały prasowe
Emily Blunt w filmie „Dzień objawienia”, reż. Steven Spielberg // materiały prasowe

Mały rowerzysta raz jeszcze przecina tarczę księżyca – i chyba wszyscy rozpoznajemy to magiczne logo, należące do firmy Amblin Entertainment, współtworzonej przez Stevena Spielberga. Dokąd zmierza teraz i co próbuje ocalić? Amerykę, świat czy może swój niepodważalny od kilku dekad mistrzowski status?

Tym razem dzieckiem podszyty marzyciel w bejsbolówce bierze na rowerowy bagażnik Największe Sprawy Naszych Czasów: rządowe spiski i szerzącą się dezinformację, lęk przed trzecią wojną światową, przed różnej maści obcymi i oczywiście big techami, które coraz zuchwalej przejmują władzę nad światem i rządem dusz. 

Tworzy widowisko, które po dwu i półgodzinie pozwala odzyskać na chwilę wiarę w transparentne władze, rzetelne media, nawróconych łotrów i ludzką empatię. Jeśli komuś tylko tego potrzeba w naszych niełatwych czasach, może się poczuć usatysfakcjonowany.

Gorzej, gdy poszukuje w kinie tajemnicy spod znaku „czy jesteśmy sami we Wszechświecie”, albo stawia poważne pytania z pogranicza wiedzy i wiary. Film traktuje to nazbyt instrumentalnie, podobnie jak wspomniane treści społeczno-polityczne. „Dzień objawienia” zdaje się bardziej „Pojedynkiem na szosie” na sterydach dawnego science fiction, choć lata świetlne dzielą go od „Bliskich spotkań trzeciego stopnia” (1977), kiedy popularne kino bywało zbiorowym objawieniem.

Dziś w rękach Spielberga jest sprawnie działającą, acz trochę staroświecką zabawką, w którą da się upchać rozmaite ważkie dyskursy i filmowe atrakcje. Przede wszystkim pragnie być wielką maszyną empatii, choć produkuje raczej doraźne emocje. I zamiast zgłębiać Nieznane, najchętniej opowiada rzeczy znane aż za dobrze – głównie o nas samych.

A ludzkość, jak wiadomo, jest na krawędzi globalnej katastrofy. Kiedy więc spec od cyberbezpieczeństwa Daniel Kellner wykrada utajnione informacje z agencji Wardex, pracującej dla amerykańskiego rządu, zawarta w nich wiedza może równie dobrze zniszczyć świat, co go zbawić. 

Są to bowiem materiały z czasów Nixona, dowodzące lądowania w USA istot pozaziemskich, oraz filmowe zapisy okrutnych eksperymentów, jakich się na nich dopuszczano. Zatem przez pół wieku ludzkość żyła w ściśle kontrolowanej niewiedzy i ujawnienie tego faktu może spowodować jeszcze większy chaos. 

W filmie nie jest też wiedzą tajemną, że gra toczy się o posiadane przez Obcych technologiczne supermoce. Bohater uciekający z plecakiem pełnym tajemnic pozna rychło na własnej skórze, jaki można zrobić z tego użytek – hakowanie ludzkich umysłów czy przewidywanie przyszłości są bronią, której stawić muszą czoła odważni ziemscy śmiertelnicy. Ale, jak się okaże, odwiedzający Ziemię kosmici zdążyli wyposażyć co poniektórych w nadludzkie umiejętności – matematyczne, językowe czy psychotroniczne.

Największą jednak bronią i zarazem najwyższym stadium ewolucji, które pozytywnie odróżnia Obcych od wielu Ziemian, okazuje się empatia.

Historię tę napisał sam Spielberg, zainspirowany artykułem w „New York Timesie” o sekretnych związkach Pentagonu ze sprawą UFO. Życie zaś właśnie stworzyło do niego epilog w postaci informacji o odtajnieniu przez rząd USA materiałów dotyczących niezidentyfikowanych obiektów powietrznych (co traktuje się niczym próbę odwrócenia uwagi od spraw jak najbardziej identyfikowalnych i ziemskich). 

A w ramy scenariusza ujął tę opowieść częsty współpracownik reżysera, David Koepp, i może w tym tkwi główny problem z „Dniem objawienia” – że to historia jakby skądś już znana i filmowo przetrawiona. 

Również przez Spielberga, toteż nic dziwnego, że nowy film sporo ma z „E.T.” (1982), „Mostu szpiegów” (2015) i tytułów przywołanych wcześniej. Także z „Czwartej władzy” (2017), albowiem media, i to w swoim tradycyjnym wydaniu, odgrywają tutaj rolę niebagatelną: oto w morderczej walce o prawdę Kellnerowi towarzyszy obdarzona niezwykłymi mocami Margaret, pogodynka z lokalnej telewizji.

Ale tak jak „Fabelmanowie” (2022) byli piękną autobiograficzno-kinofilską fantazją o przeszłości, tak wybiegający w przyszłość i zarazem stęskniony za analogowymi czasami „Dzień objawienia” jawi się powtórką z rozrywki. Nawet popisowa scena z rozpędzonym pociągiem wydaje się autocytatem z wysadzenia zabawkowej kolejki w poprzednim filmie, a dorobek kina s-f i wielu dzisiejszych technologii zostaje częściowo wzięty w nawias. 

Lecz są tu ambicje dużo większego kalibru. Na przykład wątek religijny, kiedy to Jane, dziewczyna sygnalisty i niedoszła zakonnica, próbuje zablokować tytułowe „objawienie”, jako że prawda o istnieniu inteligentnych kosmitów może zagrozić pozycji zarówno wszechmocnego Stwórcy, jak i człowieka uważanego za koronę stworzenia. Stąd w omówieniach filmu pojawiają się tu i ówdzie odczytania teologiczne, utrzymane w duchu Apokalipsy, jakkolwiek Spielberga zdecydowanie bardziej interesuje wiara w człowieka, a jeszcze bardziej w dziecięcą niewinność.

Bo wszędzie tam, gdzie próbuje dotknąć nadprzyrodzonego albo zapuszcza się w rejony ufologiczne, film staje się naiwny i wtórny. Owszem, dzieje się magia, są świetliste gadżety, kręgi w zbożu, wcielanie się w dzikie zwierzęta i to ich zdumiony wzrok zastąpi „spielbergowskie spojrzenie” (pisał o nim niedawno Michał Walkiewicz, przedstawiając sylwetkę amerykańskiego reżysera). 

Wygenerowały go jednak komputery i gaśnie on w natłoku kina akcji, w którym wirtuozerskie zdjęcia Janusza Kamińskiego, kręcone na taśmie 35 mm, mają co prawda oldskulową szlachetność, ale już hollywoodzka muzyka Johna Williamsa dudni jak w ocembrowanej studni.

I jeśli ta „droga w nieznane” mogłaby poprowadzić w sfery nie do końca ograne, to za sprawą aktorów, głównie zresztą europejskich w tym turboamerykańskim spektaklu. 

Josh O’Connor jako owładnięty misją Kellner, Colin Firth, czyli jego antagonista, i Eve Hewson (prywatnie córka Bono), grająca Jane, nie mają tu co prawda wiele do roboty, lecz starają się przemycić (Firth zwłaszcza) swój „wyspiarski” sznyt. Podobnie Emily Blunt w roli mówiącej językami prezenterki – odkryta niegdyś przez Pawła Pawlikowskiego w „Lecie miłości” (2002) i zbyt pospiesznie przebrana za diablicę od Prady, próbuje traktować z lekką ironią swoją płaską postać. 

Bo w filmie, zamiast charakterologicznych i filozoficznych subtelności, słychać przede wszystkim dmuchanie w gwizdek. Że w dobie postprawdy sypie się zaufanie do publicznych instytucji i że czasem warto posłuchać tego, co mówią do nas Obcy – nie przypadkiem przypominający ofiary XX-wiecznych hekatomb. Tyle że kaznodziejski ton, jakim wysyła Spielberg swoje przesłanie dla Ameryki i całej ludzkości, sprawia, że jeszcze trudniej wyobrazić sobie istnienie rozumnych i wrażliwych form życia na innych planetach. E.T. miał przynajmniej rozpoznawalną twarz i swój własny głos.

DZIEŃ OBJAWIENIA” („Disclosure Day”) – reż. Steven Spielberg. Prod. USA 2026. Dystryb. UIP. W kinach.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł