Reklama

Mój ból, twój ból i media

Mój ból, twój ból i media

w cyklu Woś się jeży
21.05.2020
Czyta się kilka minut
Afera wokół piosenki Kazika pokazuje fatalne relacje pracy w radiowej Trójce. Ale problem jest szerszy. Takie relacje pracy to, niestety, wstydliwa codzienność w większości polskich mediów.
Rafał Woś / FOT. GRAŻYNA MAKARA
S

Służalczość wobec życzeń przełożonych. Nawet tych niewypowiedzianych. Strach przed poddaniem w wątpliwość linii redakcyjnej, bo po co „kopać się z koniem”. Prawa pracy, istniejące zazwyczaj tylko teoretycznie, a i tak będące przejawem luksusu na rynku systemowo już przecież opartym o uśmieciowienie albo wymuszone samozatrudnienie. Wyciszanie głosów odmiennych od opinii kierownictwa. Opinie kształtowane jakże często przez interesy, sieć powiązań i uwikłań biznesowo-towarzyskich. Bo przecież wiadomo, że im słabsze i biedniejsze są media, tym bardziej potężni stają się patroni: nieważne, czy polityczni, czy też biznesowi. Już nawet nie oni muszą się starać o przychylność mediów. To same media szukają ich wsparcia jako jedynego gwaranta ekonomicznego przetrwania na rynku.

Jaki problem?

Nie, to nie jest opis dusznego klimatu jednego z filmów kina moralnego niepokoju lat 70. To charakterystyka, która pasuje do większości polskich mediów po trzech dekadach budowania wolności i demokracji. Oddaje zarówno logikę funkcjonowania mediów publicznych, jak i prywatnych. Różnica polega w zasadzie tylko na tym, że na  brak niezależności TVP czy Polskiego Radia raz na jakiś czas (jak teraz) przynajmniej się jeszcze oburzamy. Próba wskazania na problem dyspozycyjności i stronniczości tych drugich bywa zazwyczaj kwitowana niecierpliwym „kapitał prywatny może robić ze swoimi mediami, co mu się podoba”.

Nie zgadzam się głęboko z tym ostatnim stwierdzeniem. Uważam, że media (niezależnie od struktury własności) to rodzaj dobra publicznego i powinniśmy wymagać niezależności w każdej własnościowej konfiguracji. Inaczej wylądujemy w sytuacji ruchu drogowego, którego reguł muszą przestrzegać tylko autobusy miejskie i radiowozy policyjne. Więcej argumentów na ten temat znajdą Państwo w tekście sprzed kilku miesięcy.

Ale dziś chciałbym zejść trochę głębiej. Pokazać, że w trójowym „Kazikgate” da się zauważyć sedno problemu polskich mediów. NIE JEST nim (wbrew rozpowszechnionej opinii) ani polaryzacja polskiego życia politycznego, ani jakieś tajemnicze różnice w stosunku do etyki zawodowej pomiędzy ludźmi o odmiennych poglądach politycznych. Tym problemem jest strukturalna słabość pracownika, która na polskim rynku medialnym XXI w. jest wyjątkowo dobrze widoczna.

Dlaczego to problem?

Dlaczego słabość pracownika powinniśmy uważać za problem? Powód jest prosty. W kapitalizmie pozycja pracownika jest zawsze słabsza. Dzieje się tak dlatego, że pracodawca MOŻE pracę zaoferować. Natomiast pracownik znaleźć ją MUSI. Oczywiście, czasem o pracownika jest trudniej, a czasem łatwiej – wszystko zależy od zewnętrznej koniunktury albo od specyfiki danego zawodu. Ale co do zasady nie jest tak, że jak pracodawca nie znajdzie pracownika, to zagrożona będzie jego fizyczna egzystencja. Najczęściej po prostu nie będzie w stanie wykonać jakiegoś zlecenia. Przeżyje, ale zarobi mniej. Inaczej wygląda to z punktu widzenia pracownika. On zazwyczaj pracę zdobyć musi. No chyba, że jest rentierem i pracuje wyłącznie dla przyjemności czy samorealizacji. To jednak dotyczy ledwie minimalnej części populacji. W większości przypadków zdobycie i utrzymanie pracy jest warunkiem koniecznym fizycznego przetrwania i czerpania jako takiego zadowolenia z życia. 

Zwolennicy elastycznych form zatrudnienia nie biorą (lub nie chcą brać) tej różnicy pod uwagę, twierdząc, że praca na zasadach kodeksowych (etat, ochrona zatrudnienia, prawo do urlopu) jest niedzisiejsza, a wszystko można dogadać na drodze umowy cywilnej. Dającej – powiadają – obu stronom więcej wolności.

Akurat w świecie dziennikarskim popularność umów pozakodeksowych zawsze była spora. Działo się tak dlatego, że dopóki rynek medialny rósł (mniej więcej lata 1989-2009), dopóty przed dramatycznym pogorszeniem położenia dziennikarzy chronił spory popyt na ich usługi. Temat „etat czy śmieciówka” nie miał aż tak wielkiego znaczenia. Potem jednak sytuacja zaczęła się pogarszać. Dziennikarzom długo zajęło uświadomienie sobie, że jako branża popadają w galopującą prekaryzację. Wielu do dziś oszukuje się, że np. zmiana warunków zatrudnienia na pozakodeksowe to szansa, by „wreszcie mieć więcej czasu” albo „zajmować się tylko tym, co nas naprawdę kręci”.


Polecamy: "Woś się jeży" - autorska rubryka Rafała Wosia co czwartek w serwisie "Tygodnika Powszechnego"


Dopiero w połowie ubiegłej dekady pracownicy mediów zaczęli się orientować, że ich los nie jest kompatybilny z opowieścią o bogacącej się wolnej Polsce. Podwyżki w branży stały się odpowiednikiem Yeti – trudno znaleźć kogoś, kto widział je na własne oczy. A i wolności jest przecież coraz mniej. Gdy szczyt marzeń to zachowanie stanowiska, mówienie o „etyce i niezależności” zaczyna zakrawać na marzycielstwo. Nie muszą go tępić przełożeni – zadbają o to współpracownicy. Jak w sztuce Janusza Głowackiego „Kopciuch”, gdzie nowa i stawiająca się klawiszom dziewczyna z zakładu karnego dla dziewcząt zostaje przywołana do porządku przez koleżanki. Żeby się nie wywyższała i nie ryzykowała zakłócenia kruchego status quo. Bo zawsze może być gorzej.

Nigdy po roku 1980 nie udało się też w Polsce stworzyć spójnych i zdolnych do przemawiania jednym głosem dziennikarskich organizacji branżowych. Takich, które mogłyby chronić członków przed wyzyskiem ekonomicznym i wszechmocą kierownictwa w sposób strukturalny.

Co wynika z problemu?

Na takim fundamencie trudno wznieść media wolne i niezależne. Zdolne do odgrywania swojej roli w ładzie demokratycznym. Przeciwnie: to, co tutaj rośnie, coraz mocniej zaczyna przypominać fabrykę wystandaryzowanego produktu mediopodobnego. Z wierzchu zachowującego pozory normalności, ale w środku w zasadzie sprowadzającego się do jednej roli. Samoutwierdzenia z góry przyjętych założeń na temat Polski i świata. 

Niestety, pomysły, aby temu zaradzić, zazwyczaj sprowadzają się do jednej z trzech ścieżek. Z których żadna nie wydaje się dobra.

Ścieżka pierwsza, to sposób rozumowania dominujący wśród zwolenników PiS. Powiadają oni (cytat niedokładny): „Nie jesteśmy ślepi, wiemy, że tak jak jest (zwłaszcza w mediach publicznych), jest źle. Ale to rodzaj odreagowania za te wszystkie lata, gdy byliśmy zewsząd wypychani, a nasz punkt widzenia demonizowano. Jeszcze chwila, a potęga medialna naszych wrogów (obecnie głównie mediów komercyjnych) zostanie złamana, a wtedy i my odpuścimy. Nastanie normalność”. Niestety, coraz bardziej się wydaje, że jest to scenariusz z gatunku pogoni za uciekającym horyzontem. Do owej normalności nigdy on nie doprowadzi. Zawsze pojawi się argument, że to jeszcze nie teraz, że jeszcze nie możemy opuścić gardy, bo nas nasi wrogowie znokautują. 

Drugi scenariusz to ulubiona śpiewka opozycji. Zapowiedź wielkiej czystki w mediach.  Ostatnio podchwycił ją Rafał Trzaskowski, zapowiadając likwidację publicystyki w mediach publicznych. Ta droga jest równie ponura, co pierwsza. Oczywiście, patrząc z punktu widzenia kogoś rozumującego w kategoriach dobra wspólnego. 

W tle jest jeszcze scenariusz trzeci. Obecnie wysuwany przez raczej drugoplanowe postacie naszego życia publicznego. Ale jednak realny. Zwłaszcza biorąc pod uwagę plany istniejące w przeszłości. Chodzi o prywatyzację mediów publicznych. To scenariusz najgorszy.

Rozwiązanie?

Wszystkie te scenariusze są złe nie dlatego, że zgłasza je PiS albo PO. Są złe, bo zła jest przyjęta przy ich konstruowaniu perspektywa. One chcą polskie media zmieniać od góry. Poprzez decyzje polityków albo (jeszcze gorzej) pozornie bezstronnych technokratów. Tymczasem do sprawy dałoby się podejść „od dołu”. Bo to tam tkwi problem. Problem słabego pracownika. Gdyby ludzie mediów mogli pracować w warunkach bardziej stabilnych. Gdyby przeprowadzić akcję odśmieciowienia branży – np. przy użyciu państwowych dotacji na ten cel. Trochę na podobnej zasadzie co tarcza antykryzysowa. Zatrudniasz ludzi normalnie? Wzmocnimy twoje medium z uwagi na wartość, jaką media mają dla społeczeństwa.

A gdyby tak pójść jeszcze dalej? Promować w redakcjach instytucje demokracji pracowniczej? Dlaczego naczelnego ma wybierać jakiś nieprzejrzysty zarząd? A czemu nie robić tego w głosowaniu pracowniczym? Czy media byłyby od tego gorsze? Wątpię. Myślę, że wręcz przeciwnie.

Albo pomysł dziennikarskich „Erasmusów”, czyli czegoś na kształt studenckich wymian. Brzmi z pozoru niepoważnie, ale czy nie miałoby to jakiegoś sensu? Niechby się raz na jakiś czas redakcje wymieniały reporterami, publicystami, kierownikami albo redaktorami. Niechby ten i ów wyrwał się od czasu do czasu ze swojej bańki. I zobaczył coś, czego nie dostrzega. Bo ludzka natura już taka jest. Podatna na mechanizmy stadnego myślenia i samoutwierdzenia.

Zdaję sobie sprawę, że wielu Czytelników uzna ten tekst za zawracanie głowy. Przecież „w Trójce cenzura!!”, a poza tym „co ten PiS robi z naszymi mediami”. Przypomnę im tylko jedno: Wasz ból nie jest lepszy niż mój.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz ekonomiczny, laureat m.in. Nagrody im. Dariusza Fikusa, Nagrody NBP im. Władysława Grabskiego i Grand Press Economy, wielokrotnie nominowany do innych nagród dziennikarskich, np...

Dodaj komentarz

Uwaga! Przypominamy o ciszy wyborczej. Trwa ona od północy z 10 na 11 lipca do momentu zakończenia głosowania w wyborach prezydenckich 12 lipca. W tym czasie nie wolno prowadzić agitacji wyborczej, również w internecie. Za złamanie zakazu agitacji grozi kara grzywny.

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Uwaga pierwsza. Nie spodziewałem się, że dożyję takiej chwili, że jeden drugiemu będzie zazdrościł tego, że ten poszedł na cmentarz. Tradycyjnie było tak, że ludzie zazdrościli sobie dobrej pracy, szybkiego auta albo ... ładnej żony/ przystojnego męża. Zazdrość z powodu wizyty na cmentarzu to jest zdecydowanie nowa jakość. Uwaga druga. Przez kilka majowych dni przebywałem na urlopie w Bieszczadach. Świadomie ograniczyłem prawie do zera kontakt z wszelkimi mediami. W miniony poniedziałek dowiedziałem się o zamieszaniu w Trójce. We wtorek wracałem przez całą Polskę słuchając audycji prowadzonych przez pozostałych w Trójce dziennikarzy. Byłem zaskoczony pozytywnie. Pewnie świadomość tego, że uwaga wielu została skierowana na to medium spowodowała, że poziom audycji był naprawdę niezły. Nie było miejsca na rutynę, trzeba było się starać aby przyciągnąć uwagę słuchaczy. Zwłaszcza poranna audycja Mariusza Cieślika była bardzo urozmaicona muzycznie i generalnie przyjemna dla ucha. Po powrocie do domu dowiedziałem się, że pan Cieślik, który jest - o tym też nie widziałem - kojarzony ze stroną rządową - także zrezygnował z pracy w Trójce. Uwaga trzecia. Ciekawostka z czasów kierowania Trójką przez panią Jethon. "Cejrowski pisze, że tuż przed świętami Bożego Narodzenia Magda Jethon, szefowa "Trójki" wezwała go na dywanik i oświadczyła mu, że jego audycja zostanie przeniesiona z godziny 10 na 14. "Podzwrotnikowa to jest audycja wymyślona do wstawania, do sprzątania, do gotowania, do porannego korka w drodze na zakupy, ale nie na trawienie po obiedzie... Mogę wziąć godzinę 6,7,8,9,10,11,12, albo mogę Pani poprowadzić sobotnie "Zapraszamy do Trójki" tak, jak Wojciech Mann prowadzi w piątki" - przekonywał Cejrowski. "Niech pan bierze godzinę 14, bo pan pożałuje" - miała mu odpowiedzieć szefowa. Gdy usłyszał, że w to miejsce wejdzie audycja Marka Niedźwiedzkiego odparł, że jest go już sporo na antenie, a radio publiczne powinno serwować różnorodność. Ale Magda Jethon miała odpowiedzieć: Jak pan teraz nie weźmie czternastej, to potem może pan nie wracać, bo już się nie ugnę. Dziennikarz relacjonuje, że wstał, złożył Pani Jethon życzenia z okazji Bożego Narodzenia i wyszedł z Trójki. "Nieroztropne decyzje dyrektorów można zmienić, nieroztropnych dyrektorów też, a zatem Podzwrotnikowa zabłyśnie znowu. Nie tu, to tam" - skomentował na koniec."

widać nie przechodzi Panu przez palce prosta prawda, że nie o zazdrość o cmentarz tu chodzi, a o bezczelną arogancję i poczucie bezkarność bolszewickiej władzy PiS [p.s. fragment o 'trójce' równie prymitywnie naciągany]

Problem trafnie zdiagnozowany ale niesłusznie zawężony jedynie do mediów . Problem bylejakości kadry kierowniczej opiera się na motywacji ludzi aspirujących do kierowniczych ról. Sam od 30 lat kieruję ludźmi i bywam podwładnym .Moje spostrzeżenia są dość smutne. Spora grupa jeśli nie większość spośród kadry zarządzającej nie ma pojęcia o swojej roli . Samo "rządzenie " to jest kwestia poboczna , podstawę stanowi dobra koncepcja , adekwatna organizacja , szacunek do zespołu ( najbardziej manifestowany do stojących najniżej w hierarchii) umiejętność motywacji i włączania pracowników do projektu.Spowodowanie by pracownik ,członek zespołu traktował zadanie jako swoje dzieło był podmiotem a nie narzędziem .To nie jest łatwe ale bez tego nie ma dobrego zarządzania . Wilewu uczestników łańcucha zarządzania leczy sobie swoje leki i frustracje .Odczuwają perwersyjna przyjemność z możliwości kazania pracownikowi czegoś, zmuszania przy jednoczesnym lekceważeniu nieocierającym się o pogardę . Paradoksalnie w poprzednim systemie kładziono nacisk by takich postaw było jak najmniej , określenie "karierowicz" dotyczyło właśnie takich ludzi .Po 89 roku ta postawa stała się cnotą , patologia tej sfery jest przerażając głęboka. I co jest ważne ta postawa nie ma nic wspólnego ze światopoglądem czy politycznym przywództwem, to po prostu kod kulturowy który będzie bardzo ciężko złamać

przy czym, ten pisany - jak mawiają niektórzy - przez "o" kreskowane (wbrew pozorom ortografia ma znaczenie patrz np.: "trujka" przez "u" zwykłe) jest natury leksykalnej. Bo czy ból jest stopniowalny? Jakiej przydawki przymiotnej lepiej byłoby użyć? "Większy" ból czy może "lepszy" ból? Czy Kazik analizował ten problem? Czy brał pod uwagę osoby chore na przeczulicę? Czy analizował również problem pod kątem fizykalnym? Że stopień bólu jest wprost proporcjonalny do stopnia pokrewieństwa? Próg bólu każdy ma pewnie inny. *** Najlepiej jednak byłoby gdyby wszyscy sobie życzyli, żeby nikt go nie doznawał.

Idźmy dalej. Podobne stosunki panują zapewne i w wielu redakcjach prasowych (szczególnie, iż poza bulwersowaniem publiki i wtłaczania im do głów ustalonej narracji, liczy się jeszcze zysk, czyli oszczędności). „Zaprzyjaźniony” będzie zbierał profity, inny zostanie na gołej pensji… A co do Trójki. Na pewno źle się dzieje, bo uznani prowadzący sami odchodzą lub są znienacka zwalniani. Nie mówię o wszystkich, bo kadrę też czasem trzeba wymieniać (odmładzać), ale z głową i na godnych w miarę następców. Rozumiem, że nie może iść na antenie tylko blues, jazz, rock-jazz, muzyka elektroniczna. Ale właśnie ta muzyka była (jest?) znakiem rozpoznawczym stacji. Powinno to być kontynuowane. Już teraz odczuwamy, my po 50-tce, brak ulubionych audycje. Dyrektorem stacji powinien być ktoś, kto zna i docenia dorobek swoich poprzedników. Polityka nie powinno się mieszać do muzyki. Nawet jak inni chcą ją (muzykę) wykorzystać do niecnych celów. Redaktorzy Baron i Strzyczkowski, proszę się trzymać.

"Różnica polega w zasadzie tylko na tym, że na brak niezależności TVP czy Polskiego Radia raz na jakiś czas (jak teraz) przynajmniej się jeszcze oburzamy." Myli się Pan! Różnica polega na tym, że media "publiczne" są finansowane przez podatników, bez względu na ich poglądy polityczne. Zacieranie tego podstwowego faktu, jest typową zagrywką pisowców i ich (świadomych lub nie) pomagierów.

R.W. pisze, że najczęściej pracodawca bez pracownika mniej zarobi. Możliwe, ale czasem jednak wpadnie w długi lub zbankrutuje. Ale to R. W. nie interesuje. A jeśli chodzi o pracowników, to do czasu epidemii trzeba było się bardzo starać, aby nie znależć pracy. Teraz może się to zmienić, ale ciężko może być i pracownikom, i pracodawcom. Szkoda, że brakuje na łamach TP opinii innych ekonomistów, z chęcią zapoznałbym się z krytyką poglądów R.W. przez fachowca.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]