Komunikat o błędzie

Aby zalogować się do tej strony, twoja przeglądarka musi akceptować cookies z domeny www.tygodnikpowszechny.pl.

Misją się nie najesz. Jak w polskich parafiach łamie się prawa pracownicze

Organiści, kościelni, gospodynie – świeccy pracownicy Kościoła to wielotysięczna grupa osób na łasce biskupa i proboszcza.
Czyta się kilka minut
Sprzątanie kościoła w podwarszawskiej parafii. Wrzesień 2015 r. // Fot. Włodzimierz Wasyluk / Forum
Sprzątanie kościoła w podwarszawskiej parafii. Wrzesień 2015 r. // Fot. Włodzimierz Wasyluk / Forum

Czy jestem antyklerykałem? – Wojciech, organista, 35 lat, początkowo jest pytaniem zdziwiony. Po chwili odpowiada: – Kocham Kościół. Ale rzeczywiście praca w nim wpływa na postrzeganie księży. Gdy zaczynałem, miałem inne wyobrażenie na ich temat. Teraz jest prawdziwsze: bywają święci, a bywają też podli. I dlatego nie powinni mieć aż tyle władzy.

Kim są świeccy pracownicy Kościoła

„Nic tak nie wpływa na wzrost antyklerykalizmu w człowieku jak praca w Kościele” – mówił mi Karol Kleczka, obecnie w miesięczniku „Znak”, niegdyś pracujący w portalu Deon.pl, gdy rozmawialiśmy do książki „Pastwisko”. „Im niższe miejsce zajmujesz, tym mniej możesz. Najgorzej mają świeccy, zwłaszcza kobiety” – dodawał.

Mowa tu o kilkuset tysiącach osób będących w bardzo różnych sytuacjach. Według danych podawanych przez Katolicką Agencję Informacyjną, 40 tysięcy osób pracuje w katolickich organizacjach charytatywnych. Nie wiadomo, ile dokładnie osób świeckich jest zatrudnionych na katolickich uczelniach wyższych czy w bibliotekach. Katecheci i katechetki są zatrudniani przez szkoły, ale jednocześnie pozostają zależni od biskupów i proboszczów, a często muszą także wykonywać dodatkowe zadania na rzecz parafii w ramach niepłatnych nadgodzin. Kolejna grupa to dziennikarze i dziennikarki katolickich mediów, często mierząca się z dylematami dotyczącymi tego, komu mają służyć: wizerunkowi instytucji czy prawdzie i etosowi zawodowemu. 

Świeccy to także około 30 proc. pracowników administracyjnych kurii biskupich, gdzie na ogół znajdują się w pozycji silnie podległej względem księży, a niekiedy są również wyzyskiwani, o czym mówiła więcej na łamach „Tygodnika Powszechnego” prof. Katarzyna Leszczyńska, autorka badań na temat wzorców płciowych wśród pracowników i pracownic kurii.

Uruchamianie odtwarzacza...

Wreszcie: w Polsce działa ponad 10 tysięcy parafii. W wielu z nich pracują osoby zajmujące się plebanią, kościołem, oprawą muzyczną liturgii i tak dalej. To na nich skupiam się w tym tekście: organistach, kościelnych, gospodyniach. Przeprowadziłem rozmowy z dziewięcioma osobami z dwóch wybranych diecezji: jedna to diecezja duża, z wielkim miastem jako stolicą, druga – mała diecezja uznawana za prowincjonalną. 

Dotarcie do nich było dużym wyzwaniem, wymagającym uruchomienia licznych kontaktów i przekonywania o mojej dobrej woli. W większości rozmowy były krótkie, trzy – zdecydowanie dłuższe. Dwoje moich rozmówców ostatecznie nie zgodziło się na publikację ich wypowiedzi. Wszyscy pozostali – dwóch organistów i organistka, dwie gospodynie i dwóch kościelnych pracujących łącznie w sześciu różnych parafiach – poprosili o pełną anonimowość.

Pańska łaska biskupa i proboszcza

Warunki pracy na parafiach są silnie zróżnicowane. Część różnic ma podłoże systemowe, część – indywidualne.

Marek, 57 lat, organista z dużej diecezji, mówi: – U nas jest w porządku o tyle, że stawki za granie na mszach i podczas uroczystości, w tym ślubów, są ustalone odgórnie, na poziomie diecezji, która wymusiła też na proboszczach podpisywanie umów o pracę. To standard czy „luksus”, o którym niektórzy gdzie indziej mogą tylko marzyć.

Jego słowa potwierdzają opowieści Wojciecha oraz Małgorzaty, również organistów, po czterdziestce, pracujących w małej diecezji, w których podobnych regulacji diecezjalnych nie ma. – U nas o wszystkim decyduje proboszcz. Jak bardziej sensowny, to da umowę o pracę albo chociaż zlecenie i ogłosi zasady odpłatności za granie na ślubach – opowiada Wojciech. – Ale inni organiści mają umowy wolontariackie, choć przecież dostają pieniądze, albo w ogóle nie mają żadnych umów. Jeśli proboszcz płaci słabo, a u nas w ogóle mało się zarabia, nie tylko w Kościele, to żyją z tego, co wynegocjują z wiernymi.

– To przykre, nawet upokarzające, że muszę się wykłócać z państwem młodymi o każde 100 złotych – komentuje Małgorzata. – Są źli na mnie, obgadują mnie po wsi, żem chytra, proboszcz umywa ręce, mówi, że to sprawa między nimi a mną. A dla mnie to kwestia przeżycia, muszę utrzymać siebie i dwójkę dzieci, jedyne, co naprawdę dobrze robię, to granie na organach. Co niby mam zrobić?

Małgorzata zdecydowanie trafiła na „mniej sensownego” proboszcza. Pracuje bez umowy (a więc także bez składek i ubezpieczenia), ksiądz płaci stabilnie, ale mało, a wierni niechętnie patrzą na wzrastające stawki za grę podczas uroczystości. – Rozumiem, że obecnie ślub i wesele to jeszcze większy wydatek niż kiedyś, że ludzie liczą każdy grosz, ale ja przecież też nie kupuję w sklepach po innych cenach – dodaje Małgorzata.

Regulacji pracy organistów i organistek na poziomie krajowym nie ma. Dlatego wszystko zależy od podejścia biskupa oraz – gdy brakuje polityki diecezjalnej – proboszcza. To samo dotyczy pracowników kancelarii parafialnych, kościelnych czy gospodyń. Także w tych sferach rozpiętość rozwiązań jest pełna: od umów o pracę, przez umowy cywilnoprawne oraz wolontariackie, po pracę całkiem bez umowy. Umowy wolontariackie to zresztą na ogół zakłamywanie rzeczywistości. 

Sławomir, lat 58, kościelny z małego miasteczka w mniejszej z diecezji, pod presją proboszcza podpisał taką umowę, choć co miesiąc dostaje wynagrodzenie. – Powiedział, że jeśli mi się nie podoba, mogę szukać pracy gdzie indziej. A u nas z robotą ciężko, więc podpisałem – opowiada. Gdy pytam, czy oczekiwałby, że jednak w Kościele będą panowały inne praktyki, odpowiada: – Proszę pana, ja już nie mam złudzeń. Praca jak praca, z czegoś żyć trzeba. Szkoda mi tylko składek, bo nie wiem, jak sobie poradzę na emeryturze. Pewnie będę pracował do śmierci albo tak długo, jak mi zdrowie pozwoli, a potem pójdę do DPS-u.

Także stawki różnią się w zależności od diecezji oraz parafii. – Ale możliwość zmiany parafii często jest iluzoryczna – komentuje Wojciech. – Księża się znają, nie chcą sobie „podbierać” pracowników, żeby nie psuć relacji, liczba parafii jest ograniczona, a przecież i tak po obecnym proboszczu może przyjść inny, który wszystko zmieni. Dlatego wielu z nas trzyma się tego, co ma.

I dlatego również systemowe rozwiązania byłyby tu tym bardziej niezbędne.

„Janusze” polskiego Kościoła, czyli mobbing po katolicku

Systemowe rozwiązania mogłyby też przynajmniej częściowo ograniczyć zróżnicowanie sytuacji pracowników parafii tak silnie zależnych od tego, na jakiego proboszcza trafią – o czym wspomina Wojciech. Halina, 63 lata, gospodyni na plebanii na wiejskiej parafii w małej diecezji, opowiada, że długo pracowała u jednego proboszcza, który traktował ją uczciwie i z szacunkiem. – Można powiedzieć, że nawet się przyjaźniliśmy – dodaje. Kiedy jednak przeszedł na emeryturę, okazało się, że jego następca przyjechał ze swoją gospodynią, a dla Haliny nie ma na plebanii miejsca. – Miałam 60 lat i nagle zostałam bez pracy i noclegu. Dał mi dwa tygodnie na wyprowadzkę – wspomina. Udało jej się znaleźć pracę w innej parafii oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów, gdzie akurat gospodyni zrezygnowała. – Proboszcz tutaj jest w porządku, ale zdystansowany. Tak, jak kiedyś, już nie będzie. Ale nie narzekam.

– Jak masz dobrego proboszcza, to się go trzymasz, a jak wszystko wskazuje na to, że zostanie w tej parafii na długo, że nie pójdzie zaraz gdzie indziej, to trzymasz się go rękami, nogami i zębami – gorzko śmieje się Andrzej, lat 47, kościelny w niewielkiej parafii w dużej diecezji. Jego uposażenie i forma zatrudnienia są uregulowane przez kurię, ale poprzedniego proboszcza określa mianem „chama”, o obecnym zaś mówi z szacunkiem i sympatią. – Tamten potrafił się czepiać o wszystko. Nigdy nie było dobrze, zawsze skrytykował, nawet jeśli robiłem dokładnie tak, jak powiedział – wspomina. – Groził ponadto, że mnie wywali, czasem płacił mniej, niż było na umowie, a jak się dopominałem, to mówił, że droga wolna, chętnych do pracy na moje miejsce nie brakuje. Wie pan, taka typowa „januszerka biznesu”, szkoda, że w Kościele.

Podobne słowa słyszała Maria, lat 53, gospodyni w tej samej parafii. Komentuję, że według katolickiej tradycji zatrzymywanie należnej pracownikowi wypłaty należy do kategorii grzechów wołających o pomstę do nieba. – Podobne argumenty nie działają. Mówiliśmy o przepisach, regułach w diecezji. Odpowiadał tylko, że tutaj on rządzi, zna biskupa pomocniczego, bo był z nim na roku w seminarium, a i tak go przecież nie odwołają za „takie nic” – odpowiada Maria. Owo „nic” w istocie spełnia prawne znamiona mobbingu.

Oboje zostali i teraz chwalą sobie, że wytrwali, bo z nowym proboszczem relacje określają jako wzorowe. – Podniósł nam pensje, sam robi bardzo dużo, a gdy zachorujemy, to nie dość, że zasuwa za nas, to jeszcze zawsze przyjdzie, zapyta, jak się czujemy, zatroszczy się – opowiada Maria. – Jest świetnie, ale nigdy nie wiadomo, jak pan trafi.

„Masz misję”, czyli jak wykorzystać pracownika

Potwierdzają to także inne historie. Marek nie narzeka. Wojciech mówi, że proboszcz jest „nijaki”, ale nie wrzeszczy i nie komentuje podczas ogłoszeń doboru pieśni, jak ten z parafii obok. I płaci na czas. Małgorzata marzy nie tylko o stabilnych, wyższych stawkach, ale też o lepszym traktowaniu. – W niedzielę spędzam większość dnia na parafii. Proboszcz nigdy nie poczęstował mnie kawą czy herbatą, nie mówiąc o obiedzie. Muszę przynosić swoje jedzenie. Zastanawiałam się, czy w ogóle mnie zauważa, a od kiedy poszłam na rozmowę do kurii, przestał się nawet ze mną witać – mówi. Sławomir czuje się wykorzystywany przez brak składek, ale też przez ogrom obowiązków. – Gdy próbowałem coś powiedzieć, słyszałem, że tutaj budujemy coś większego i trzeba się czasem poświęcić. A potem widziałem, jak proboszcz idzie na drzemkę.

Odwołania do misji czy szczególnego posłannictwa to również powtarzający się motyw w opowieściach pracowników kościelnych – nie tylko parafialnych. Jak na łamach Magazynu „Kontakt” pisał swego czasu Tomasz Pliszewski: „Wiara pracowników kościelnych w budowę niecodziennego dzieła (…) skutkuje wytwarzaniem ogromnych pokładów tak zwanej nadpracy. Oddanie wspólnocie, pasja, wiara, zawód – wszystko to zlewa się w jedno, czyniąc z pracownika wiernego budowniczego wspólnej sprawy. Nie tyle osobę świadczącą pracę, co funkcjonariusza i misjonarza”. – Ja naprawdę chcę pracować dla Kościoła. Wierzę w Boga, wierzę w Kościół i chciałabym się mu przydawać. Ale muszę coś włożyć dzieciom do garnka – komentuje Małgorzata. Sławomir zaś lapidarnie stwierdza: – „Misja” nie jest uznawana w szpitalach zamiast ubezpieczenia.

Jak biskupi reagują na łamanie praw pracowniczych przez proboszczów

Czy podobne przypadki da się dokądś zgłosić? Oczywiście tak. Niektórzy pracownicy kościelni wygrywają w sądach, gdy po latach pracy, domagając się dokumentów, słyszą, że byli wolontariuszami. Jednocześnie zwłaszcza w przypadku organistów jest to droga trudna, gdyż ich możliwości zarobkowania w ramach wykształcenia poza strukturami Kościoła są skrajnie ograniczone. W regionach, gdzie generalnie trudno znaleźć pracę, część osób nie chce zyskać łatki „problematycznych” – nawet jeśli zdają sobie sprawę, że prawdziwie problematyczne są praktyki, które stosują proboszczowie.

Niektórzy pracownicy decydują się na zgłaszanie spraw w kuriach. Także w tym wypadku trudno przewidzieć ciąg dalszy. W klerykalnym systemie, w którym pełnia władzy spoczywa w rękach duchownych, świeccy znajdują się w sporze z księdzem na strukturalnie słabszej pozycji wyjściowej. Jest im jeszcze trudniej, jeśli ów ksiądz ma znajomości w kurii. Maria i Sławomir, mimo opowieści proboszcza o relacji z biskupem pomocniczym, zdecydowali się pójść ze sprawą do drugiego z sufraganów. Wysłuchał ich, przyznał rację, że to, co opowiadają, jest niezgodne z regulacjami w diecezji, wyrównał im z pieniędzy kurii zaległości w wypłatach, a także obiecał, że porozmawia z proboszczem. – Od tego czasu proboszcz płacił na czas, ale traktował nas jeszcze gorzej, skarżąc się czasem, że musi pracować z „konfidentami”, i nadając na nas, choć niby bez nazwisk, podczas ogłoszeń duszpasterskich – opowiada Sławomir. – Na szczęście niedługo później nastąpiła zmiana. Proboszcz poszedł do kolejnej parafii. Nie sądzę, by zmienił podejście.

Gorzej – bo zupełnym niczym – skończyła się wspominana interwencja Małgorzaty. Od biskupa, do którego udało jej się dostać po dłuższych staraniach, usłyszała, że w „Kościele musimy się dogadywać i że trzeba rozmawiać”, a on nie będzie ingerował w sposób, w jaki proboszcz reguluje z nią kwestie wynagrodzenia. – Poczułam się zupełnie zlekceważona – opowiada. – A nawet gorzej, bo proboszcz szybko się dowiedział, że byłam w kurii. I zaczął mnie ignorować jeszcze usilniej niż wcześniej.

Halina, wyrzucona z tygodnia na tydzień z parafii, w której była gospodynią, twierdzi, że zgłoszenie nie miałoby żadnego sensu. – Moja koleżanka próbowała w podobnej sytuacji coś wskórać. Kanclerz powiedział jej, że każdy proboszcz może sam dobierać sobie współpracowników, kurii nic do tego, a sama diecezja nie ma jej nic do zaproponowania po 25 latach pracy dla Kościoła.

Społeczne nauczanie Kościoła polskiego proboszcza nie obowiązuje?

Ostatecznie więc w Kościele najwięcej zależy od konkretnych osób. Po pierwsze, od świadomości i polityki biskupa – od tego, czy wprowadzi regulacje na poziomie diecezji, czy będzie tworzył atmosferę sprzyjającą zgłaszaniu nieprawidłowości oraz jak będzie na nie reagował. Po drugie, od moralnego i osobistego poziomu proboszcza: czy będzie szanował pracowników, czy nimi pomiatał, godziwie wynagradzał czy płacił grosze, dbał o zabezpieczenie społeczne w postaci składek czy uznawał, że to – jak usłyszał Sławomir – „sprawa do załatwienia we własnym zakresie”.

Kluczowe problemy dotykające świeckich pracowników parafii są trzy. Pierwszym jest właśnie często występujący brak zabezpieczenia społecznego, którą daje umowa o pracę albo przynajmniej umowa zlecenie. Drugim – brak mechanizmów chroniących przed przemocą i nieprawidłowościami oraz pozwalających na reagowanie na nie. Trzecim – skala zależności od przełożonego.

Odpowiedzią na pierwszy problem byłoby ujednolicenie systemu zatrudniania i wynagradzania (zarówno w kwestii sposobu, jak i stawek) świeckich pracowników kościelnych w całej Polsce oraz wymuszenie stosowania się do tych regulacji przez proboszczów i przełożonych instytucji kościelnych. Drugi problem można rozwiązać poprzez wprowadzenie procedur antymobbingowych i chroniących kościelnych sygnalistów i sygnalistki. Trzeci znacząco straciłby na znaczeniu, gdyby rozwiązano dwa pierwsze.

Wszystko to razem miałoby zaś szereg pozytywnych efektów. Zabezpieczałoby Kościół przed postępowaniami w sądach pracy. Budowałoby wizerunek Kościoła jako przyjaznego miejsca zatrudnienia. Rodziło lojalność pracowników Kościoła opartą na innym niż narracja o „misyjności” źródle. Zapewniałoby spójność między praktyką a teorią zawartą w katolickiej nauce społecznej, encyklikach o godności pracy czy nawet tradycji nauczania choćby kard. Stefana Wyszyńskiego, Jana Pawła II czy ks. Jerzego Popiełuszki.

Wreszcie, najważniejsze, chroniłoby godność oraz prawa pracowników i pracownic Kościoła, pozwalając unikać ich krzywdy i wykorzystania zarówno w trakcie ich pracy w Kościele, jak i na emeryturze czy w okresach chorowania. To niezbędne, gdyż składanie ludzkich losów na karb dobrej woli, dzielności moralnej i przyzwoitości poszczególnych ludzi to igranie z ogniem. Część moich rozmówców się przy nim ogrzewa, inni jednak kończą z poparzeniami. To więc hazard o zbyt wysokiej stawce.

Autor jest redaktorem Magazynu „Kontakt” i autorem książki „Pastwisko. Jak przeszłość, strach i bezwład rządzą polskim Kościołem”.


Biblia i Kościół o prawach pracowniczych

  • Nie będziesz niesprawiedliwie gnębił najemnika ubogiego i nędznego, czy to będzie brat twój, czy obcy (…). Tegoż dnia oddasz mu zapłatę (…), by nie wzywał Pana przeciw tobie, a to by cię obciążyło grzechem (Pwt 24, 14-15)
  • Oto woła zapłata robotników, żniwiarzy pól waszych, którą zatrzymaliście, a krzyk ich doszedł do uszu Pana Zastępów (Jk 5, 4)
  • Jeśli pracownik zmuszony koniecznością, albo skłoniony strachem przed gorszym nieszczęściem, przyjmuje niekorzystne dla siebie warunki, które zresztą przyjmuje tylko pod przymusem, ponieważ mu je narzuca (…) pracodawca, wtedy dokonuje się gwałt, przeciw któremu głos podnosi sprawiedliwość (Leon XIII, encyklika „Rerum novarum”, 34)
  • Sprawiedliwa płaca staje się w każdym wypadku konkretnym sprawdzianem sprawiedliwości całego ustroju społeczno-ekonomicznego (...) Obok płacy wchodzą tutaj w grę jeszcze różne świadczenia społeczne, mające na celu zabezpieczenie życia i zdrowia pracowników, a także ich rodziny. (…) Inną dziedziną świadczeń jest ta, która wiąże się z prawem do wypoczynku (…). Wreszcie chodzi również o prawo do emerytury, zabezpieczenia na starość (Jan Paweł II, encyklika „Laborem exercens”, 19)
  • Nie ja, lecz Jezus powie: Biada wam, którzy wyzyskujecie ludzi, którzy wyzyskujecie pracę, którzy płacicie na czarno, nie płacicie składki na emeryturę, nie dajecie wakacji. Biada wam! Oszczędzacie na pracy, oszukujecie i nie płacicie tego, co się należy, oszukujecie na pensjach – to wielki grzech (Franciszek)

(oprac. ID)

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 17-18/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Misją się nie najesz