Zupa na Plantach. Co słychać u krakowskich wolontariuszy, którzy osiem lat temu wyszli do ludzi ulicy?

Zupa jest już właściwie tylko symboliczna – gotują ją raz w miesiącu. Fundacja skupia się dziś bardziej na innych działaniach: prowadzi program mieszkaniowy, koordynuje wyjazdy na pustostany.

[ tekst ]
[ zdjęcia ]
Czyta się kilka minut
Żywa Pracownia. Wolontariusze "Zupy na Plantach" przygotowują posiłki, które zawiozą dla bezdomnych żyjących w pustostanach. Kraków, 13 lutego 2025 r. // Fot. Jacek Taran
Żywa Pracownia. Wolontariusze "Zupy na Plantach" przygotowują posiłki, które zawiozą dla bezdomnych żyjących w pustostanach. Kraków, 13 lutego 2025 r. // Fot. Jacek Taran

Da się pomóc każdemu?

– Zależy co masz na myśli, mówiąc o pomocy.

– Na przykład wyprowadzenie z bezdomności...

– Jeśli tak będziemy podchodzić do sprawy, szybko się rozczarujemy. Wyjście z bezdomności to bardzo długi i skomplikowany proces. Naszym głównym celem nie jest wyciąganie ludzi z ulicy, ale bycie z nimi. Wrażliwe towarzyszenie ludziom, którzy żyją w skrajnie trudnej sytuacji, jest wartością samą w sobie.

Piotr Żyłka doskonale pamięta pierwsze wyjście na ulicę, z kilkoma znajomymi. Był rok 2016, wyjątkowo zimny listopad. Dwaj mężczyźni stali pod Bramą Floriańską. Pretekst do rozmowy – papieros. Trochę pytań o to, jak się mają, czy mają gdzie w miarę bezpiecznie spędzić noc. Słuchanie. Mężczyźni pokierowali dalej, na skwer, który dziś nosi imię Andrzeja Wajdy. Tam miało być więcej takich jak oni. Byli. Znów papieros, opowieści o ulicznej codzienności.

– Wrócicie jeszcze? – usłyszeli na koniec.

Piotr Żyłka. Jeden z założycieli i prezes zarządu fundacji "Zupa na Plantach". Kraków, 30 stycznia 2025 r. // Fot. Jacek Taran

Początki fundacji Zupa na Plantach

Tak zrodziła się Zupa na Plantach, dziś dobrze znana fundacja, a wtedy grupa osób, którą łączyło przekonanie, że ludzi żyjących na ulicy warto wysłuchać, próbować lepiej zrozumieć, traktować z szacunkiem i zobaczyć, co z tego wyniknie. Gotowali więc zupę i przywozili ją na krakowskie Planty – najpierw raz, potem dwa razy w tygodniu. To było miejsce spotkań, poznawania się, także dla ich „podopiecznych”, żyjących w różnych punktach Krakowa, w pustostanach, na działkach, w altanach śmietnikowych i kanałach ciepłowniczych pod ulicami. Bo przecież nie zadzwonią do siebie, nie umówią się w kawiarni, nie wyjdą na obiad do restauracji. A na Plantach są u siebie.

– Każda osoba to inna historia. Jeśli chcemy pomóc, musimy być jak najbliżej człowieka, próbować go poznać, zawiązać nić zaufania. Dlatego naszym głównym narzędziem działania jest dawanie drugiemu człowiekowi czasu. Jeśli się regularnie spotykamy, możemy zauważyć, że ktoś ma w sobie siłę i zasoby, żeby zawalczyć o zmianę w swoim życiu. Naszą rolą jest wtedy takiej osobie podpowiedzieć, gdzie może znaleźć profesjonalną pomoc, i wspierać ją w tym, by z niej skorzystała – tłumaczy Piotr Żyłka.

Zmiana dla każdego może znaczyć coś innego. Dla jednego będzie to pierwsza od lat wizyta u lekarza, dla drugiego wejście w proces ubiegania się o mieszkanie socjalne. U jeszcze innego będzie to próba odbudowania relacji z bliskimi, zmierzenia się z własnymi emocjami albo nałogami.

Kim są ludzie bezdomni

Alkohol to jeden z najczęściej powtarzających się tematów w rozmowie o bezdomności. Zofię Chmaj, wolontariuszkę Zupy, wyjątkowo irytują stwierdzenia, że każdy pije, i że sobie na bezdomność „zasłużył” albo ją „wybrał”.

– Nie zawsze jest tak, że najpierw jest alkohol, a potem trafia się na ulicę. Czasem jest zupełnie odwrotnie. Aż nasuwa się pytanie: gdybyś ty trafił na ulicę, czy twoją pierwszą reakcją nie byłoby właśnie sięgnięcie po butelkę? – mówi.

W Zupę zaangażowane były jej mama i siostra. Tłumaczy, że ona także miała w sobie potrzebę „zrobienia czegoś bardziej przydatnego niż siedzenie w pracy przed komputerem”. Przyznaje, że jest osobą dość skrytą i nie nawiązuje łatwo kontaktów, dlatego Zupa, jako pretekst do spotkania, stała się ważną częścią jej życia. Pozwala budować relacje z ludźmi, o których – jej zdaniem – mało kto dziś myśli i pamięta.

– A jeśli nawet pamięta, to najczęściej krytykuje lub traktuje jak przedmiot, który można przestawić i wyrzucić, bo nie pasuje do wizji miasta. A przecież sytuacje są naprawdę różne. Każdemu wydaje się, że jest królem życia, dopóki jakoś sobie radzi. Nikt z nas przecież nie wie, co może się zdarzyć w przyszłości – dodaje.

Podobnie jak Piotr podkreśla, że każda historia jest inna. Bezdomność może mieć oblicze kobiety, która uciekła od katującego ją partnera, przestępcy, który po więziennej odsiadce nie wie, jak wrócić do poprzedniego życia, czy dorosłego, który nie mógł liczyć na wsparcie systemu po młodości spędzonej w domu dziecka i przerosło go zderzenie z trudną rzeczywistością. Na ulicy są też osoby skrzywdzone seksualnie, z zaburzeniami psychicznymi, uzależnione od różnych substancji i takie, które złamała jakaś osobista tragedia, na przykład śmierć bliskich.

Zofia Chmaj, wolontariuszka fundacji "Zupa na Plantach". Kraków, 15 lutego 2025 r. // Fot. Jacek Taran

Pandemia zmieniła sposoby pomagania bezdomnym

Tych historii słyszą wiele. Nie tylko na Plantach, bo Zupa jest dziś już tylko symboliczna – gotują ją raz w miesiącu. Od wybuchu pandemii fundacja skupia się bardziej na innych działaniach – prowadzi program mieszkaniowy, rozbudowała tzw. wyjazdy na pustostany.

– Był lockdown, miejsca pomocy się pozamykały, zmniejszyła się dostępność posiłków, trzeba było zmienić sposób działania i w jakiś inny sposób dotrzeć do osób w kryzysie. Stwierdziliśmy, że będziemy częściej wyjeżdżać w teren – wspomina Katarzyna Cholewa, kolejna wolontariuszka Zupy. Jest lekarką, osobom w kryzysie pomagała jeszcze na studiach, w Przychodni Lekarskiej dla Ludzi Bezdomnych i Ubogich. Do Zupy trafiła, bo nie chciała czekać, aż ktoś sam zgłosi się po pomoc. Chciała wyjść na ulicę, tam, gdzie osoby w kryzysie żyją na co dzień. Zrobić dla nich coś więcej, niż tylko opatrzyć ranę, przykleić plaster, dać lekarstwo – po prostu ich poznać.

Dziś Katarzyna jest jedną z osób koordynujących wyjazdy. W każdy czwartek wolontariusze ruszają w miasto, odwiedzając kolejne osoby doświadczające bezdomności. Przywożą im ciepłą herbatę, kanapki, czasem książkę czy czekoladę. Jednak nie o samą pomoc materialną chodzi. Jak tłumaczy Piotr, takie spotkania, w mniejszym niż na Plantach gronie, stwarzają szansę do dłuższych rozmów i głębszego poznania się, co może zaowocować dalszymi działaniami.

– Ale nie musi – zastrzega. – Może ktoś będzie potrzebował pilnej, doraźnej pomocy, może ktoś zdecyduje, że chce iść do MOPS-u, poszukać innego wsparcia. Wtedy jesteśmy, wskażemy kierunek. Ale tylko, jeśli osoba w kryzysie sama będzie tego chciała. Naszą podstawową zasadą jest to, że nikogo do niczego nie zmuszamy. Ekspertów, którzy doskonale wiedzą „co powinieneś zrobić, jeśli chcesz zmienić swoje życie”, a nie potrafią usłyszeć drugiego człowieka, nikt na ulicy nie potrzebuje.

Katarzyna Cholewa, wolontariuszka "Zupy na Plantach". Kraków, 17 lutego 2025 r. // Fot. Jacek Taran

Wielu lekarzy pomaga na ulicy

Czekać, aż osoby w kryzysie same przyjdą po pomoc, nie chciała też Maria Maciaszek – lekarka, specjalistka chorób wewnętrznych. Przez lata zaangażowana w Stowarzyszenie Lekarze Nadziei, później kierująca Przychodnią Lekarską dla Ludzi Bezdomnych i Ubogich, w końcu stwierdziła, że pora iść tam, gdzie być może nikt nie dociera. I nie selekcjonować, kto na pomoc zasługuje, a kto nie, bo może jest pod wpływem albo znów przychodzi z tym samym problemem.

– Część społeczeństwa nie zauważa osób w kryzysie, część nimi gardzi, wręcz nie traktuje jak ludzi. Mało kto zdaje sobie sprawę, ile na ulicy jest człowieczeństwa, wrażliwości i mądrości – mówi.

Na początku pomagali na Plantach, świadcząc doraźną pomoc medyczną przy Zupie. Szybko jednak okazało się, że potrzeby są znacznie większe. Pojawili się w kolejnym miejscu – noclegowni przy ul. Makuszyńskiego. Zaczęli działać na coraz szerszą skalę. Do Przystani Medycznej, jak nazwali swoją organizację, dołączały kolejne osoby: lekarze, ratownicy, pielęgniarki, studenci medycyny. Ale nie tylko.

– Na Plantach to była partyzantka: plecak opatrunkowy na plecy i kombinujemy – wspomina początki Jędrzej Kubala, informatyk. Kurs kwalifikowanej pierwszej pomocy zrobił w 2016 r. w harcerstwie, przed Światowymi Dniami Młodzieży. Do Przystani trafił przez koleżankę, pielęgniarkę. Dziś pomaga nie tylko na dyżurach, ale i organizacyjnie, bo spraw do ogarnięcia nie brakuje. 

W Przystań zaangażowanych jest już ponad setka wolontariuszy, a partyzantka zamieniła się w, jak mówi Jędrzej, samonapędzającą się maszynę. To nakręca dalsze działania, choć warunki łatwe nie są. Ulica to nie oddział szpitalny – nie ma izby przyjęć, sal operacyjnych, łóżek, sprzętu. Dlatego większość interwencji to opatrunki: na owrzodzenia, rany po urazach czy pogryzieniach. Na ulicy nawet drobne skaleczenie potrafi stać się przyczyną poważnych problemów. Pojawiają się też odmrożenia, stopa cukrzycowa czy inne schorzenia, z którymi trzeba pacjenta posłać dalej.

Przystań Medyczna. Wolontariusze – Jędrzej Kubala i Zygmunt Czyżycki oraz dr Maria Maciaszek w biurze organizacji. Kraków, 5 lutego 2025 r. // Fot. Jacek Taran

Spotkania i rozmowy

Pomoc medyczna to jednak tylko część działań Przystani. Tak jak w przypadku Zupy, Maria podkreśla, że to także nawiązywanie relacji, rozmowy, budowanie zaufania. Być może pchnięcie kogoś do pozytywnej zmiany, nawet najmniejszej.

– Bez tego się nie da – mówią w Przystani. – Opatrunek na ranę możemy nałożyć, ale jej przyczyna może leżeć znacznie głębiej. I dopóki człowiek, który żyje poza systemem, nie poczuje, że komuś na nim jednak zależy, tą przyczyną się nie zajmie.

Zygmuntowi Czyżyckiemu, studentowi medycyny, te spotkania i rozmowy dają najwięcej. W Przystani działa od 3 lat i jak przyznaje, dziś nie wyobraża sobie już bez niej życia.

– Praca w sterylnych warunkach szpitala ma odmienną specyfikę. Wyjście na ulicę, udzielenie pomocy, a jednocześnie nawiązanie relacji innej niż stricte lekarz–pacjent, daje nową perspektywę. Nie wyobrażam sobie, by nie widzieć tych ludzi, nie rozmawiać z nimi, nie nawiązać kontaktu. Nic nie może się równać z uczuciem, gdy spotykamy pacjenta, któremu dwa lata wcześniej opatrywaliśmy owrzodzenie i nawet nie wyobrażaliśmy sobie, że z tego wyjdzie. A on chodzi, chce się z nami spotkać, spędzić czas, porozmawiać.

Nie wszystkie chwile są jednak radosne. Słyszymy to i w Zupie, i w Przystani. Najtrudniejsze? To zawsze śmierć. Na ulicy spotyka się ją częściej, co nie znaczy jednak, że łatwiej się z nią pogodzić.

W pomaganiu nie można zapominać o sobie

– Zdarza mi się myśleć, że robię za mało, że może powinnam pomagać jeszcze inaczej, lepiej. Trzeba to sobie poukładać. Nie można się w tym pomaganiu przekraczać – mówi Zofia.

Bo ulica to trudna przestrzeń, która wymaga wrażliwości, ale nie za wiele. Łatwo się wypalić.

Piotr nie kryje, że nie zawsze radził sobie z emocjami. Trudnych sytuacji było wiele, do tego mnożyły się wyzwania organizacyjne, na Planty potrafiło przyjść ponad 200 osób, wszystko trzeba było ogarnąć. Chwila wytchnienia przyszła z pandemią, z czego osoby odpowiedzialne za Zupę wyciągnęły ważny wniosek: trzeba dbać nie tylko o innych, ale i o siebie. Zupa przeorganizowała swoje działania, a wolontariusze mają od tamtego czasu możliwość korzystania ze wsparcia psychologicznego.

Dla Jędrzeja najtrudniejsza jest bezradność. Przypomina sobie pacjenta mieszkającego pod jednym z mostów. Zagrożenie życia, konieczny SOR. Jędrzej przekonał się wtedy, co z człowiekiem potrafi zrobić bezdomność. Mężczyzna nie chciał iść do szpitala, bo kiedyś źle go tam potraktowano, nie udzielono pomocy.

Inna historia – kobiety po gwałcie, którą udało się zawieźć na SOR, ale w szpitalu nie chciała powiedzieć, co się stało. Bała się postępowania, zeznań. Z mężczyzną, który ją zgwałcił, mieszkała na pustostanie.

– Nie mogliśmy nic zrobić – mówi Jędrzej.

– Niemoc bywa przytłaczająca – dodaje Katarzyna. Przytacza historię z 2018 r. Mężczyzna, do którego docierali z Zupą, mówi, że jego partnerka fatalnie się czuje, nie jest w stanie się ruszać. Pojechali na miejsce. Namiot pod mostem, kobieta mocno cierpi, boli ją brzuch. W szpitalu okazało się, że to ciąża. Następnego dnia kobieta urodziła.

– Pytam ją, czy niczego nie zauważyła? Czy miała okres? Odpowiada mi, że nigdy nie miała regularnych miesiączek. Na ulicy zdarza się to często, trudne warunki, złe odżywianie – wyjaśnia Katarzyna.

Wszystko wyglądało na historię z happy endem. Kobieta z dzieckiem trafiła do domu samotnej matki, partner odwiedzał ją regularnie, potem udało się im wynająć mieszkanie. Wolontariusze świętowali z nimi pierwsze urodziny dziecka, miały być chrzciny. Ale doszedł alkohol, kobieta rozstała się z partnerem.

– Nie wiem, gdzie teraz jest, gdzie jest jej były partner. Wiem tylko, że dziecko trafiło do domu dziecka – opowiada Katarzyna. – Trudno oczekiwać, że każda historia skończy się happy endem. Zwłaszcza na ulicy.

Cierpliwość i akceptacja

Maria wspomina, że jej też na początku wydawało się, że to takie proste: pójdą, pomogą... Bo przecież na ulicy wszyscy tylko czekają, żeby do nich wyciągnąć rękę. Rzeczywistość okazała się inna. Maria przyznaje, że bywała sfrustrowana bezsilnością. Czasem chciała rozszarpać jednego czy drugiego, gdy miesiącami naprawiała mu życie, a on znowu wracał do punktu wyjścia. Z biegiem lat i kolejnymi rozmowami przyszło zrozumienie, że nie każdy jest gotowy, nie każdy chce, nie każdy może lub potrafi. Że bezdomność jest znacznie bardziej skomplikowana i nie da się kogoś tak po prostu „naprawić”.

– Na pewno przybyło nam pokory, cierpliwości i akceptacji dla drogi drugiego człowieka – mówi dziś szefowa Przystani.

I ona, i Piotr zastanawiali się, jak na bezdomność wpłynie pandemia i wojna w Ukrainie. Ale liczba mieszkańców ulicy jest mniej więcej stała. Zmieniają się jedynie twarze – jedne znikają, pojawiają się nowe, niektórzy wracają po latach. 

– Przybywa natomiast ludzi, którzy dbają o to, by osoby w kryzysie były lepiej odżywione, ubrane, zaopiekowane – mówi Maria.

Piotr zaznacza jednak, że Kraków to nie „Eldorado dla bezdomnych”, jak kiedyś usłyszał. Owszem, duże aglomeracje przyciągają, bo łatwiej w nich o anonimowość, a bezdomność to także poczucie wstydu. Mówi, że kiedy Zupa startowała, osiem lat temu, ktoś zapytał go o największe problemy ulicy. Wymienił brak pracy, środków do życia i dachu nad głową, używki. Dziś odpowiada inaczej.

– Samotność. Kiedy jesteś poturbowany przez życie i lądujesz na ulicy, a do tego dojdzie samotność, cholernie trudno jest nie poddać się myśli, że nic nie jesteś wart. A długotrwały brak poczucia własnej wartości prowadzi do wniosku, że już nic dobrego się w twoim życiu nie wydarzy – mówi.

I dodaje: – Odbudowywanie poczucia godności, wiary we własne siły i w to, że jeszcze nie wszystko stracone – to jest prawdziwe wyzwanie. Dużo trudniejsze niż danie komuś pracy czy dachu nad głową. 

Ada Chojnowska debiutuje w tym numerze „Tygodnika”


Wrocławska "Zupa na Wolności" // Fot. Eliza Skrycka

ZUPA W POLSCE

Krakowska Zupa na Plantach była inspiracją dla kilkunastu innych „Zup” w różnych miastach Polski, m.in. na Głównym (Poznań), na Wolności (Wrocław), na Pietrynie (Łódź), w Kato (Katowice), za Ratuszem (Bielsko-Biała), na Skwerze (Kielce) czy Spotkań przy Zupie (Szczecin). Rzeszowska Zupa na Placu została założona przez wolontariuszkę, która wcześniej działała w Krakowie, a po przeprowadzce rozpoczęła działalność w swoim mieście. Z kolei gdańska Zupa na Monciaku powstała w tym samym czasie co inicjatywa krakowska, trudno więc mówić o inspiracji.

– Nie jesteśmy formalnie połączeni, ale gdy powstawały kolejne Zupy, to często ludzie z innych miast najpierw przyjeżdżali do nas, by pogadać, zobaczyć, jak to robimy. Albo my jechaliśmy do nich i dzieliliśmy się know-how – mówi Piotr Żyłka, dodając, że  rezygnacja z instytucjonalizacji Zup była świadomą decyzją.

– Zdarzały się pytania czy sugestie, byśmy się wspólnie zorganizowali, ale my wolimy być jak najbliżej ludzi, a nie zajmować się zarządzaniem rozrastającą się instytucją. Każde miasto ma też inną specyfikę i lepiej,  jeśli decyzje podejmują tam ludzie, którzy dobrze znają lokalne uwarunkowania. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 12/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Towarzysze z ulicy