Na tropie wielkiej powieści. „Śleboda” i inne kryminały Małgorzaty i Michała Kuźmińskich

Wszyscy go wypatrują, nikt go nie dostrzega. Gdzie jest to wielkie dzieło, które wreszcie kompletnie opisze Polskę? Ono jest, ale nie tam, gdzie szukacie.
Czyta się kilka minut
Małgorzata i Michał Kuźmińscy, autorzy etnokryminałów. Na podstawie jednego z nich SkyShowtime zrealizował serial „Śleboda”. Kraków, styczeń 2025 r. // Fot. Grażyna Makara
Małgorzata i Michał Kuźmińscy, autorzy etnokryminałów. Na podstawie jednego z nich SkyShowtime zrealizował serial „Śleboda”. Kraków, styczeń 2025 r. // Fot. Grażyna Makara

Kto już nie próbował opisać tej naszej Polski? Trudne historie, prywatne i nie, obsesyjne szczegóły, osobiste perspektywy, specyficzne oświetlenia, wycinki, trendy. Od Witkowskiego przez Dehnela po Masłowską i Tokarczuk. Ja też się staram, żeby nie było. Perspektywy, ironie, czułości, obserwacje.

I mimo że wydawać by się mogło, iż napisanych już zostało wiele książek, które na polu zadania pt. „opisz Polskę” odniosły sukces, to co jakiś czas wpadamy w ten sam od 1989 r. smutek: gdzie jest ta „wielka polska powieść”? Gdzie wielkie dzieło, które opisze nasz świat i naszą rzeczywistość całościowo?

Literatura gatunkowa ma wiele do powiedzenia na temat Polski

Poszukując daremnie takiej powieści, omijamy jednak całkiem poważny obszar, w którym można coś podobnego znaleźć. Zerknijcie do literatury gatunkowej. Niby już od dawna nie jest ona traktowana po macoszemu, już od jakiegoś czasu nie jest uznawana za proste czytadło. Ale taki kryminał nie otrzymuje nominacji i laurów innych niż te gatunkowe. Nie wiem, czy nie gra w literackiej „pierwszej lidze” słusznie czy niesłusznie, ba, ledwie intuicyjnie wychwytuję również zasięg tej „pierwszej ligi”, jak i jej domniemane pierwszeństwo, ale nie chodzi o to, żeby robić tutaj remanent w definicjach i szufladkach.

Nie wiadomo nawet, czy autorzy gatunkowej literatury chcieliby grać w tej „pierwszej lidze” – sprzedaje się ona bowiem o wiele gorzej niż ich kryminały i horrory. I tylko czasem ze snobizmu jakiś poczytny gatunkowy autor napisze pod pseudonimem „poważną”, „artystyczną” powieść, zatytułuje ją w odpowiednio pretensjonalny sposób, i czeka na laury. Nie oceniam: snobizm z jednej, snobizm z drugiej, i nikt, ile by się nie zapierał, od jakiejś formy snobizmu wolny nie jest. Wiem jednak, jak wiele literatura gatunkowa ma ciekawych rzeczy do powiedzenia na temat Polski. I doceniam to niesłychanie.

Weźmy postać detektywa. Niekoniecznie przerysowanego chandlerowskiego typa pocącego się w noirowym prochowcu i fedorze w kalifornijskim upale, ale, powiedzmy, Doca Sportello z „Wady ukrytej” Pynchona. To detektyw będący przedstawicielem swojego środowiska i czasu: wiecznie upalony marihuaną, żyjący w hipisowskim, kalifornijskim quasi-raju, w dzieciokwiatowych latach 70. Dziecię swoich czasów. Chcielibyście teraz kogoś takiego, ale bardziej swojskiego? Detektywa, który by żył i pracował w tym samym świecie, który wam się codziennie wyświetla za oknami? Proszę bardzo.

Wojciech Chmielarz w gliwickim cyklu składającym się z trzech książek – „Wampir”, „Zombie” i „Wilkołak” tworzy idealnego polskiego detektywa noir. Zajmuje się on zdradami małżeńskimi i innymi równie fascynującymi sprawami, cienko przędzie (ma, co prawda, bogatego ojca, ale wiadomo: nie cierpi go), mieszka w kawalerce w Gliwicach, ścigają go wierzyciele, ma starego laptopa i podrywa nastolatki w studenckich knajpach. Realia u Chmielarza są do tego stopnia dostrojone do przeciętnego polskiego czytelnika, że gdy – wzorem klasyki literatury kryminalnej całego świata – dochodzi w końcu do sceny, w której bohaterowie mierzą do siebie z broni, nasz detektyw robi to samo, co zrobiłaby większość z nas. Wrzeszczy do nich: „czy was popierdoliło?!”. I bohaterowie opuszczają broń.

Polskie gatunkowe dzieła dowodzą, że z naszej rzeczywistości można robić opowieści w każdym typie. I to, że da się również ulepić z tej rzeczywistości opowieści doskonale ją tłumaczące i przepracowujące. Czyli tę uparcie wypatrywaną wielką polską powieść właśnie.

Etnokryminały Kuźmińskich opowiadają Polskę od Tatr po Dolny Śląsk. Na SkyShowtime ruszył serial „Śleboda” według ich pierwszej książki

Małgorzata i Michał Kuźmińscy, małżeństwo mieszkające w Krakowie, już od ponad dekady opowiada w kryminałach Polskę bardzo przekonująco. Właśnie na SkyShowtime ruszył serial „Śleboda” według ich pierwszej książki z cyklu „etnokryminałów” (tak go określili sami autorzy). Kryminalne „etno” wypełza tu jednak z przeszłości i obyczajów, ale i mocno wpływa na teraźniejszość, i to tak, że przepoczwarza się w „socjo”. A co więcej – o wiele wyraźniej i klarowniej objaśnia jedno i drugie niż prace naukowe czy historyczne traktaty.

Powieść z 2015 r. dzieje się w Tatrach, więc jest tu i „Goralenvolk” (pamiętajmy, książka jest wcześniejsza niż film „Biała odwaga” Marcina Koszałki), i góralski sprzeciw wobec wykopywania tej historii, ale Kuźmińscy żadnego głębszego zjawiska nie oceniają w radośnie prosty sposób, znany nam z polskiej debaty publicznej. Przeciwnie, u nich motywacje ludzi, którzy dokonywali takich czy innych wyborów, można nie tylko zrozumieć, ale i zwyczajnie postawić samych siebie obok nich i zadać sobie pytanie: czy bylibyśmy w stanie stanąć na wysokości naszych własnych moralnych oczekiwań?

I tak jest w wielu opisywanych przez nich sprawach: czy to kwestia Goralenvolk, czy polskiego udziału w zainicjowanym przez niemieckich nazistów mordowaniu Żydów (sprawa tzw. Judenjagd, „polowania na Żydów” opisana w „Marze” z 2019 r., powieści dziejącej się w podtarnowskiej części Galicji). U Kuźmińskich opisane mamy wszystkie ludzkie postawy, a do tego przekonująco sportretowane piekło wiecznego dramatycznego wyboru: jeśli ktoś nie uległ szantażowi okupantów, ukrywał Żydów czy choćby odmówił udziału w ich zabijaniu i przeżył, narażał się na piętno nakładane mu we własnej społeczności, podsycane przez tych, którzy nie byli w stanie przejawić takiego hartu ducha czy skłonności do postawienia na szali życia swojego – i często swoich rodzin. Z różnych powodów. Od niskich do wysokich.

Piętno nakładane z zawiści, z bezsilnej wściekłości na siebie, że nie było się w stanie nie być „zdrajcą” czy „mordercą” albo choć „kolaborantem”, na los, na historię, na Niemców. A czasem i przez zwykły antysemityzm. Który, z kolei, bierze się znów: z zawiści, z ksenofobii, z podsycanego przez ideologicznych macherów poczucia niesprawiedliwości i tak dalej. Przed żadnym z tych pytań Kuźmińscy nie uciekają, żadne nie jest zbyt trudne. A wszystkie te kwestie są czytelnie – przejrzyście wręcz – rozpisane w akcji kryminału. Który, zresztą, przez te tragiczne wybory wcale nie traci na wartkości. Przeciwnie.

Kuźmińscy nie mają zresztą wątpliwości, że książkowy heroizm jest rzeczą, no właśnie – głównie książkową. Główna bohaterka, przesłuchiwana, pęka już na pierwszym etapie wymuszania zeznań, i trudno mieć wątpliwości, że zrobiłaby to większość czytelników, niezależnie od gromkości teoretycznych deklaracji. Czy chociażby społecznych oczekiwań, które zmitologizowała i nieco toksycznie zabsolutyzowała opowiadana historia polskiego oporu, czy to wobec okupantów, zaborców czy totalitarystów. Dziś, gdy zaraz za naszymi granicami prawdziwi ludzie masowo muszą naprawdę stawiać czoła torturom (bo właściwie takiej czy innej ich formy nie unika prawie żaden brany do niewoli żołnierz), taki kubeł zimnej wody na głowę jest szczególnie ważny.

Bastian Strzygoń i Anna Serafin na tropie. Dokąd zabierają czytelnika kolejne po „Ślebodzie” kryminały Kuźmińskich

Dla Kuźmińskich żaden temat uznany powszechnie za ciężki nie wydaje się zbyt trudny pisarsko. Gdy brałem się za lekturę „Kamienia” (2017), dziejącego się w Beskidach, w tym pomiędzy żyjącymi tam w trudnych warunkach polskimi Romami, zastanawiałem się, jak Kuźmińscy to uniosą. Jak uda się, z jednej strony, nie wpaść w przesadną polityczną poprawność i w perspektywę wielkomiejskiej quasi-lewicowej bańki i jej ostentacyjnego współczucia uprawianego głównie po to, by sobie nim dobrze zrobić, a z drugiej – nie wejść w orientalizację czy wręcz umniejszające wartościowanie Romów przez opisy warunków, w których w tych osadach żyją. Efekt jest zaskakujący.

Kuźmińscy używają tu – podobnie jak w „Marze” – jasnego i przejrzystego stylu, absolutnie bezpretensjonalnego, a z drugiej strony, wręcz werystycznego. Ba, nie sadząc nawet żadnych mieszczańskich piruetów typu „musimy zrozumieć tych nieszczęsnych ludzi”, opisują romskie domy i panujące w nich realia tak, że czytelnik nie tylko rozumie, z czym ma do czynienia, ale i nabywa do opisywanych ludzi zwyczajnej sympatii.

Okazuje się, że można o trudnych sprawach pisać w sposób taki, by nie wpaść ani w pretensjonalność, ani w oceniające krytykanctwo. A fakt ten ma, uważam, niezwykłą wartość. Szczególnie w czasach, gdy każdy – czy to z lewa, czy to z prawa – daje sobie prawo do uprawiania kontroli dyskursu i potępiania na wszelki wypadek tych, którzy nie idą z główną linią ideologiczną. I odbierają argumenty tym, którzy chcą założyć twórcom gorset, nie wierząc w siłę ich wewnętrznych moralnych szkieletów.

Kuźmińscy nie dość, że sami w tę wielkopańską polityczną poprawność nie wpadają, to jeszcze ją elegancko, w swoim stylu wyśmiewają, tworząc, dajmy na to, postać pewnej empatycznej na pokaz publicystki warszawskiego pisma o ogólnopolskim zasięgu. Zresztą w ogóle medialne realia są u Kuźmińskich opisane doskonale. Sam Bastian Strzygoń, jeden z głównych bohaterów, dziennikarz drapieżnik, który przechodzi kmicicowską wręcz transformację w człowieka nieco bardziej etycznego (tak, tylko nieco bardziej: nikt chyba się nie spodziewał, czytając „Potop”, że Kmicic po win odkupieniu zupełnie przestanie być wirażką i zamieni się w świątobliwego mnicha), jest pokazany przecudownie. Z całym tym łowczo-medialnym środowiskowym slangiem, cwaniactwem, bucostwem i brakiem zasad.

To samo można powiedzieć o środowisku naukowym, w którym zanurzona jest Anna Serafin, kolejna z głównych bohaterów „etnokryminałów”, które to środowisko mieli każdego, kto choćby na milimetr wystaje poza średnią wydziałową. Historia Anny jest tak cudownie realistyczna i odpowiadająca doświadczeniu ludzi borykających się z tego typu problemami, że trudno się powstrzymać przed fotografowaniem odpowiednich fragmentów książki i wysyłaniem ich do znajomych posiadających podobne doświadczenie.

Jest też tu nienachalna satyra na miejskich intelektualistów romantyzujących góry i góralszczyznę, oraz – nieco bardziej nachalna, ale wygłaszana ustami samych górali krytyka tych, którym „żal dawnych czasów”, kiedy to „chleb był prawdziwy”, a teraz nie jest, bo przynosi się go z Lewiatana czy Biedronki. Pojawia się więc u Kuźmińskich dosadne stanowisko jednej z góralskich bohaterek mocno sprowadzające nostalgicznych ceprów na ziemię: owszem, chleb może i kiedyś był „prawdziwy”, bo wypiekany w domu, bo innego wyjścia nie było, i poza tym chlebem w ogóle było niewiele, więc trudno się nie cieszyć, jeśli dziś pod nosem jest rzeczona Biedronka czy Lewiatan, a w kieszeni trochę dutków na zakupy. „Prawdziwe Murzasichle, czyli jakie? – pyta jedna z bohaterek, góralka. – Z dyskretną nutką gnojówki i sraczem na podwórku”?

A co do dutków, to Kuźmińscy w swoim kryminale góralskim nie przyłączają się do szyderczego i szczególnie w ostatnich latach aktywnego nurtu nagonki na „chciwych górali”, utrzymanego (również, co zabawne, przez napięte bardzo na woke’istowską poprawność lewicowe środowiska) w kategoriach, które w odniesieniu do ludzi z innego kraju, o innym kolorze skóry czy z wszelkiej innej mniejszości uznalibyśmy za ksenofobiczne czy rasistowskie.

Kuźmińscy w ogóle są dobrzy w opisywaniu prowincji. I nie chodzi tylko o fakt, że w mniejszym czy większym stopniu się z niej wywodzą, w końcu, jak rzuca w pewnym momencie w „Marze” wściekły na „Dawcia” Bastian, „wszyscy jesteśmy ze wsi”. Nie tylko gdy jest mowa o tym, w jaki sposób inna postać słucha zmieniającego się tembru głosu, gdy bohaterka przechodzi z polskiego kraszonego góralszczyzną na czystą góralszczyznę, wchodząc w cień „matowego altu” („a kto powie, że tu oto / w orientalizację wpadłem /, temu zęby porachuję / pod kościołem Piotra z Pawłem”). Ale też wtedy, gdy pojawiają się zwyczajne opisy zwyczajnego życia małomiasteczkowej klasy średniej, tej bez kompleksów wobec wielkiego miasta i za bardzo do niego nie aspirującej.

Serial „Śleboda”: jak blisko jest mu do książki Kuźmińskich

Widać, najzwyczajniej w świecie, że Kuźmińscy znają Polskę, czują ją i rozumieją. Do tego dochodzą inne niuanse, często charakterystyczne dla pokolenia, z którego się Kuźmińscy wywodzą, i z którego wywodzę się sam: przełom późnego pokolenia X i wczesnych milenialsów. Wchodzenie w dorosłość młodzieży w „małych i średnich ośrodkach” wychodzącej ze świata subkultur (metale w „Ruinach” z 2024 r.), czy wymuszane rzeczonym wchodzeniem w dorosłość zdradzanie zasad tych subkultur (dawne punkowe ideały Kaśki, która dziś pomaga kosić bratu kasę na ceprach w „Ślebodzie”). 

Czy, co w kryminale w końcu ważne, detale pracy policjantów, głównie tych z polskiego zadupia, razem z ich środowiskowym żargonem (piękny zwrot „realizować kogoś” używany przez policjantów wtedy, gdy chcą kogoś zatrzymać) i realiami pracy. Serial, który na kanwie „Ślebody” powstał, nawet się, niestety, nie zbliża ani do wielu poruszonych przez Kuźmińskich w powieści kwestii, ani do wytrawności opisu rzeczywistości.

Sami Kuźmińscy twierdzą, że literatura kryminalna jak mało który gatunek nadaje się do opisywania rzeczywistości. Szukania odpowiedzi na dręczące pytania i rozpracowywania traum.

– Co robi śledczy? – pyta Michał Kuźmiński, gdy spotykamy się przy piwie w jednej z krakowskich knajp. – Odpowiada na jakiś rodzaj zagrożenia czy niepokoju. Zadaje sobie pytanie, co się tu wydarzyło, dlaczego stała się jakaś krzywda. A następnie próbuje to rozbierać. Próbuje postawić hipotezę śledczą. Drąży, kwestionuje, zastanawia się, dlaczego było tak, a nie inaczej. Czy na pewno prawidłowo rekonstruuje wypadki.

– W kryminale chodzi o odkrywanie czegoś  – dodaje Małgorzata Kuźmińska. – Kryminał nie ma aspiracji do tworzenia czegoś nowego, tylko do zdejmowania kolejnych warstw rzeczywistości. Kryminał ma nam opowiedzieć o tym, co sprawiło, że świat się rozleciał, a następnie doprowadzić ten rozpęknięty świat z powrotem na prawidłowe tory.

Tak to wygląda. Kryminał, z jednej strony, musi, a przynajmniej – w klasycznym ujęciu – powinien mieścić się w narzuconych sobie granicach. Ja osobiście za granicami nie przepadam i automatycznie się przeciw nim buntuję. Ale przyznać muszę jedno: kryminały Kuźmińskich pokazują, że granice te są bardzo szerokie i pojemne.

Da się pisać ciekawie: Kuźmińscy, Stelar, Siembieda, Chmielarz i reszta

Tak, lubię polskie kryminały. Wcisnąć się potrafią w każdy zakamarek polskiej rzeczywistości i polskiej historii. Albo i szerszej niż polska, ale nadal swojskiej. Marek Stelar, na przykład, pisze o polsko-niemieckim pograniczu i o żyjących we wschodnich Niemczech słowiańskich Łużyczanach, o których w Polsce, poza znawcami tematu i geekami klimatów typu „mniejszości i pogranicza”, nikt w ogóle nie wie. Maciej Siembieda z kolei dotyka kwestii żyjących w Polsce Greków, z których wielu po II wojnie światowej wylądowało na polskich ziemiach poniemieckich. 

I choć nie są to powieści, oczywiście, stricte społeczne, to – mam wrażenie – migocze w nich, szczególnie u Chmielarza, polska codzienność tak mocno, że człowiek się dziwi: to tak się w ogóle da pisać? Da się tak ciekawie przemielić przez literaturę te wszystkie nasze opróżnione małpki alkoholi ustawione na żółtych skrzynkach od gazu, wejścia do bloków z domofonami (numer mieszkania, kluczyk, kombinacja cyfr), budki TRAFO, salony telefonii komórkowej, polbruk i osiedla domków jednorodzinnych z tabliczkami „Uwaga,  dobry pies, ale ma słabe nerwy”?

Czy naprawdę da się utkać z tego wszystkiego rzeczywistość równie fascynującą jak ta, którą na przykład z własnej – nudnawej przecież obiektywnie i powtarzalnej – rzeczywistości utkali Amerykanie tylko dlatego, że większość światowej popkultury dzieje się u nich i ich dotyczy? Już od jakiegoś czasu wiadomo, że się da. I na szczęście powstaje takich dzieł coraz więcej.

Autor jest reporterem i pisarzem. Ostatnio wydał „Wymyślone miasto Lwów” (Czarne 2022).


NIE TYLKO „ŚLEBODA”

Zekranizowany przez SkyShowtime pierwszy z kryminałów Kuźmińskich „Śleboda” był opowieścią o tym, co się dzieje z przeszłością zamiecioną pod dywan. Dokąd zabierają czytelnika kolejne?

PIONEK (2016) dzieje się na Śląsku, gdzie zostaje zamordowana studentka, a na wolność ma wyjść skazany na 25 lat więzienia Wampir z Szombierek. To książka o osobistych i zbiorowych lękach, które działają jak szkody górnicze, a także polemika z popkulturą otaczającą kultem figurę seryjnego mordercy.

Kuzminscy pionek

KAMIEŃ (2017) zaczyna się od znalezienia pod romską osadą na Sądecczyźnie zwłok blondwłosego dziecka. Polska wersja apartheidu, uchodźcy, antyszczepionkowcy i wspólny mianownik: strach przed nieznanym. Choć „Kamień” powstał długo przed pandemią i kryzysem na wschodniej granicy, jest coraz aktualniejszy.

kuzminscy kamien

MARA (2019) z fabułą osadzoną na Powiślu Dąbrowskim, gdzie badania nad trzecią fazą Zagłady prowadził prof. Grabowski, skupia się na pytaniach o współudział i współwinę bystanderów – czyli spektrum postaw rozciągającego się pomiędzy tymi, którzy ratowali, a tymi, którzy katowali: od bezsilnych po gapiów.

kuzminscy mara

RUINY (2024) to z kolei Dolny Śląsk, który jest jak główna bohaterka powieści: jego tożsamość została gwałtownie zerwana. Jest też scenerią dla teatru, w którym przyglądamy się mechanizmom przemocy właściwym niejednej grupie z charyzmatycznym liderem. Ta książka to także podróż do lat 90., źródła wielu traum.

kuzminscy ruiny

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 4/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Na tropie wielkiej powieści