Pamiętacie krzesła w swojej podstawówce? Czarne metalowe nogi, twarde drewniane siedziska i proste oparcia. Skrzypiały przy odsuwaniu, a po lekcjach wystawiało się je na ławki, żeby ułatwić woźnym zamiatanie. Nigdy się im nie przyglądałam. Ale dzieci i meble to przecież wielki temat. Ile razy trzeba się było wspinać, siedzieć na encyklopediach, kombinować podnóżki albo deskę na fotel u fryzjera. Miarą wszechrzeczy jest wszak spory dorosły: słynny Modulor, wedle którego Le Corbusier kalibrował projektowaną rzeczywistość, miał 182 centymetry wzrostu.

Zmyślne i śliczne
Nagle sobie o tym wszystkim przypomniałam na poświęconej dizajnowi dla dzieci wystawie w Centre Pompidou w Paryżu. W muzeum tłumy maluchów. Rodzice zapewne uznali, że wystawa o dzieciach będzie również dla dzieci. Guzik. Pokazywane meble są oczywiście dizajnerskie, zabytkowe i cenne, więc nie można ich dotykać.
Ekspozycja prezentuje „wiek projektowania dla dzieci”. Wiek XX, kiedy, jak wiadomo, dużo się działo, a meandry wielkiej historii wpłynęły także na kształt mebelków. Początek XX w. to właściwie jeszcze końcówka wieku XIX – ery statecznego mieszczaństwa, pary, elektryczności i kolonialnego dobrobytu. Pod wpływem „nowych teorii wychowawczych” (przypuszczalnie Marii Montessori) zmienia się postrzeganie dzieciństwa – nie jest ono już uważane za larwalne stadium oczekiwania na prawdziwe życie, lecz, jak chciał Rousseau, doceniane jako wartość sama w sobie, okres swobodnej zabawy i meblowania głowy. Do tego potrzeba jednak własnego pokoju lub przynajmniej wygodnych krzesełek. Tak powstają pierwsze meble dla dzieci.
Początkowo, podobnie jak ubranka, sprzęty dla dzieci były po prostu miniaturami sprzętów dla dorosłych (Mateusz z „Pana Kleksa” urzęduje na „małym troniku”). Dopiero w XX w. architekci i dekoratorzy zaczynają projektować z myślą o potrzebach rozwojowych dzieci, albo, jak ujmuje to autorka muzealnej broszury, „w pracy nad pokojami dziecięcymi uwzględniają pryzmat pedagogiczny i ludyczny, przekraczając zwykłą utylitarność”. W praktyce przekłada się to na przykład na sprytne schowki – okrągły stolik Pierre’a Chareau z dwóch stron ma siatkowe szuflady, do których można wrzucić zabawki, a potem wsunąć je pod blat. Jest zmyślny i śliczny, a przede wszystkim drewniany, co na początku wieku jeszcze było normą, później stało się przeżytkiem, jeszcze później modą vintage, a teraz jest ekologiczną zagwozdką.
Oprócz przestrzeni domowych trzeba było urządzić też szkoły, bo we Francji edukacja, także nowa i alternatywna, zaczęła się upowszechniać. I tu pojawiają się krzesełka, ławki i pulpity z dziurą na kałamarz, które dotrwały do naszych czasów. Wyposażenie francuskich klas bardzo przypomina mi to, które sami pamiętamy ze szkolnych czasów. Tym, czego w Polsce chyba nie mieliśmy, są pojedyncze ławki z przytwierdzonym krzesełkiem, używane w szkołach alternatywnych, pozwalające kształtować indywidualizm w grupie. Ponieważ swoją najlepszą przyjaciółkę poznałam w szkolnej ławie – obie byłyśmy wysokie, więc wychowawczyni zastosowała dobór naturalny – wcale nad tym nie ubolewam.
Choć z drugiej strony, kiedy oglądam zdjęcia szkoły pod gołym niebem w Suresnes, żałuję, że nie byłam małym francuskim gruźlikiem. Od lat 30. do 90. w podparyskim zielonym miasteczku działała placówka edukacyjna dla dzieci z chorobami płuc. Liczyła aż osiem przestronnych pawilonów z przeszklonymi, ruchomymi ścianami, które można było rozsuwać, żeby wiatrem i światłem wypędzać galopujące suchoty. Również zimą, bo budynki miały sprytnie zaprojektowane ogrzewanie i ciepłe nawiewy. Niezwykłe były też meble, na przykład lekkie leżaki z aluminium (wtedy nowość), które nawet drobne rączki mogły swobodnie przenosić. Fotografie uczniów, którzy siedzą w świetlistej sali otwartej na las albo wypoczywają na dachowym „solarium”, przywodzą na myśl raczej Davos niż placówkę dydaktyczną.

Przestrzeń rozwoju
We Francji po dwóch wojnach przychodzi Wspaniałe Trzydziestolecie (1945–1975) i kraj, krzepiony zastrzykami zamorskiego bogactwa, odbudowuje się i uprzemysławia. Meble dla dzieci, będące wcześniej przywilejem zamożnej burżuazji, u której liczba pokojów przewyższa liczbę domowników, trafiają pod strzechy jako symbol postępu społecznego. Mało tego, w związku z powojennym baby boomem popyt rośnie. Żeby go zaspokoić, pojawia się produkcja masowa, a wraz z nią „minimalistyczne i racjonalne” projekty Jacquesa Hitiera czy René Gabriela.
We Francji rozprzestrzenia się funkcjonalizm, zgodnie z którym dom ma być maszyną do mieszkania, a pokój dziecinny przestrzenią rozwoju intelektualnego. Pokoiki milusińskich zaczynają przypominać klasy: biurko, krzesło ze sztywnym oparciem, tablica. Porządek – ważną rolę odgrywają szafy i szafki pozwalające od najmłodszych lat się go uczyć. Meble miały być trwałe, żeby służyły kolejnym pociechom (planowane postarzanie było jeszcze pieśnią przyszłości), więc wykonywano je ze szlachetnych materiałów, takich jak drewno czy sklejka.
A że w latach 50. nadal dało się odczuć powojenne braki, projektanci stawiali na wielofunkcyjność i modularność: krzesła z elementami ruchomymi, które da się dostosować do wzrostu dziecka, odwracalne taborety, szafki, które można dokupywać na raty, jak kolejne tomy encyklopedii. Emblematycznym przykładem jest tu projekt Duńczyka Kristiana Vedela (tak, Skandynawowie już wtedy przodowali we wszystkim, co dotyczy dizajnu), który może być krzesłem, stolikiem, huśtawką czy kołyską dla lalek. Meble miały być trwałe i przystępne. Zresztą wiele z nich przetrwało do dziś i nadal są niedrogie, bo choć wyszły spod ręki wielkich projektantów, produkowano je na wielką skalę.

Od nauki do zabawy
W latach 60., aż do kryzysu naftowego w 1973 r., nad Sekwaną króluje plastik. Opiewa się jego zalety, z niskim kosztem na czele. Dzięki syntetycznym polimerom dizajn się zdemokratyzował. Ciekawe są tu projekty Marca Berthiera, który dla sieci supermarketów Prisunic zaprojektował kolorowe komody z szufladkami i takież krzesełka. Innym jego innowacyjnym pomysłem, którego na tej wystawie co prawda brak, ale Centre Pompidou pokazało go już w 1977 r., są meble do nauki. Projektant wygrał konkurs na wyposażenie dwudziestu placówek oświatowych i zamiast gotowych krzesełek i stolików dał dzieciom tysiące kolorowych rurek, tubek i deseczek, żeby same sobie wszystko zbudowały.
Paczki z meblami Mecanotube (nazwa nawiązująca do popularnej gry Meccano) przychodziły bez ikeowych instrukcji, za to z zachętą, by ruszyć głową. Berthier chciał w ten sposób stymulować wyobraźnię i kreatywność. Miał też nadzieję, że zgodnie z zasadą, iż „własnoręczne” to trochę „własne”, dzieci będą bardziej dbać o sprzęty. Przynajmniej tak mówił w wywiadach, bo na wszelki wypadek i tak zalakował blaty, tak że trudno byłoby wyznawać na nich miłość do rówieśników czy nienawiść do szkoły.
Marc Berthier był niewątpliwie zdolnym projektantem, ale, o czym świadczy cała opowieść wokół projektu Mecanotube – umiał się sprzedać. Inny jego projekt, pocieszne kolorowe biureczko Oozoo z taboretem wzbudziło pewne kontrowersje wśród zwolenników sztywnego chowu: jak to, bez oparcia? Toż to gotowy przepis na kifozę. Plastiku, z którego było wykonane, w tamtych czasach nikt nie krytykował. Projektant wadę obrócił w zaletę: brak oparcia faworyzuje naturalną postawę i zdrowy rozwój kręgosłupa. Nie cytował przy tym żadnych badań, ale argument, wzmocniony niską ceną, uciął krytyki.
Lata 60. zdecydowanie są barwne – w miejsce szlachetnych dębów i beżowych mahoni pojawia się wzorzysty karton. Aby się o tym przekonać, warto zrobić sobie dwudziestominutowy spacerek i zajrzeć na wystawę stałą w Musée des Arts Décoratifs, gdzie meblami z lat 60. i 70. urządzono kolorowy dziecięcy pokoik. Można też obejrzeć go sobie na stronie muzeum. Co odkryjemy?
Po pierwsze, że miś Colargol przyjechał do nas z Francji. Po drugie, że wybitna artystka z Łowicza Zofia Rostad święci we Francji triumfy dzięki swoim folkowym tapetom, które doskonale wpisują się w barwną estetykę szalonej dekady. Wyposażenie pokoiku pokazuje, że wahadło dizajnu dla dzieci przesunęło się z nauki na zabawę. Poważne domowe klasy i szkolne tablice znikają na rzecz koników na biegunach i fińskich pufów w kształcie zwierzątek. W oczy bije też kartonowy Spotty Petera Murdocha – fotelik w pop-artowe kropki, wykonany z jednego arkusza do własnoręcznego składania. Tym, którzy chcą spróbować wielkoskalowego origami, polecam aukcje internetowe, gdzie krzesełko Murdocha chodzi za spore sumy.

Bez kantów
Aspekt ludyczny i pomysłowość to lejtmotywy twórczości Luigiego Colaniego, Niemca pochodzenia polsko-kurdyjskiego, który projektował wszystko, od kołysek po trumny, a także samochody, kieliszki, lampy, pianina i cokolwiek, co dało się zaokrąglić. Lutz, bo tak naprawdę miał na imię, był orędownikiem biodizajnu, czyli form organicznych, bez kątów ostrych. Skoro Ziemia jest okrągła, a ludzi podniecają krągłości, czemu mielibyśmy żyć w kanciastym świecie? Ta filozofia, którą Colani zastosował nawet do fortepianów, idealnie sprawdza się w pokoju dziecięcym, gdzie, jak wiadomo, kąty to kary lub siniaki.
Na wystawie w Centre Pompidou zobaczyć można projekt Rappelkiste, „jednostkę meblową”, która stanowi połączenie łóżka, biurka i szafy, ma formę przypominającą dwuczłonowy konfesjonał z jasnego dębu i zaokrąglone rogi. Łóżko jest na górze, biurko pod spodem, szafa obok łóżka. I w ten sposób w stosunkowo niewielkiej kostce zmieścił się cały dziecięcy pokój. Szlachetne materiały i solidne wykonanie przełożyły się niestety na wysoką cenę, a ta na niską popularność.
W przeciwieństwie do tego projektu, lekkie i pozbawione ostrych krawędzi krzesło Colaniego stało się popularne, bo miało wiele funkcji i wszystkie spełniało na piątkę: krzesło z pulpitem do siedzenia okrakiem, krzesło klasyczne z oparciem, nudne stabilne siedzisko, klawy fotel bujany (pewnie stąd nazwa – Zocker, czyli hazardzista). Komercyjny sukces był tak duży, że rok po wypuszczeniu Zockera Colani stworzył wersję dla dorosłych zwaną „Maszyną do siedzenia”.
I tak historia zatoczyła koło (Colani byłby zadowolony), bo to meble dla dorosłych zaczęły naśladować meble dla dzieci. Być może nie masowo, ale jednak. Może dorośli też chcą się bawić? A na pewno z nostalgią patrzą w przeszłość, o czym świadczy popularność wyposażenia vintage. Zosie i Frankowie bawią dziś drewnianymi zabawkami i siedzą na staroświeckich krzesełkach. W książkach o współczesnym dizajnie bujany fotelik Józefa Chierowskiego i drewniany zydelek, jaki pamiętam z domu prababci, sąsiadują ze smart kołyską SNOO, która wykrywa ruchy i dźwięki dziecka i przesyła je rodzicom na smartfona. Walka nowego ze starym trwa.

Wystawę L’enfance du design. Un siècle de mobilier pour enfant oglądać można w paryskim Centre Pompidou do 12 sierpnia 2024 r.
Korzystałam między innymi z książek: „Mobilier design pour enfants” Carole Daprey i „Le Design pour les enfants” Agaty Toromanoff oraz katalogów wystaw w Centre Pompidou i Musée des Arts Décoratifs.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















