Od dwóch dekad przeżywamy „długie lata osiemdziesiąte”

Nostalgia to niekończący się samograj dla fotografów i twórców kina. Dzięki modzie można przeżyć jeszcze raz trendy swojej wczesnej młodości, tylko lepiej.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Maciej Zienkiewicz
Olga Drenda // Fot. Maciej Zienkiewicz

Odczucie vanitas potrafi zaatakować w chwili, gdy najmniej się tego spodziewamy. Dawni mistrzowie, by nie opuszczało ono współczesnych, ku przestrodze malowali dzieła, na których pucharom trunków, biżuterii damskiej i taliom kart towarzyszyły czaszki, kwiaty więdły, a dobra leżały rozsypane dookoła niczym w opuszczonym domostwie: wszystko po to, by nie ­zapomnieć, że wszystko marność, a w każdej chwili ­możemy spaść z konia lub przejeść się na śmierć minogami (co faktycznie zdarzyło się królowi Anglii ­Henrykowi I). 

Współcześnie vanitas wkrada się w codzienne doświadczenie mniej spektakularnie, podczas czynności banalnych, np. zakupu małego mebla z drugiej ręki, za małe pieniądze. Mebel zakupiłam, kierując się pragmatycznymi pobudkami: musiał zmieścić się w kącie i przedstawiać sobą niewiele – chodziło o to, by nie przeszkadzał otaczającym go przedmiotom wyrazistym. 

Wybrałam zatem mebel o minimalnej liczbie właściwości. To pozwalałoby sądzić, że skoro prezentuje się doskonale neutralnie, to jest również ponadczasowy. Tymczasem było w nim już skryte ziarenko przemijania. Niezupełnie da się przełożyć je na japońskie mono no aware, smutek wywołany ulotnością istnienia – w nim bowiem zawiera się jakiś element piękna, jak pożegnanie z urodą kwiatu. A mebel ten, cóż, zdecydowanie nie jest piękny. Nie jest również brzydki. On jest po prostu sprzed kilku lat i nawet klasyczna, neutralna forma nie jest w stanie tego ukryć: przynależy do świata, który niepostrzeżenie minął.

Mebel marności

Nie, żeby budził sentymentalne skojarzenia. Nie przypominam sobie nic specjalnie miłego z okolic 2014 r., nie jest to mebel, jaki kiedyś miałam czy widziałam u dawno niewidzianej przyjaciółki, ani taki, o którym niegdyś powszechnie marzono. Jeśli już z czymś mi się kojarzy, to z pozorowaniem elegancji niewielkim kosztem w internecie. Dlaczego zatem taki obiekt stał się mimowolnym posłańcem vanitas, jak ten pierwszy liść, który spadł z drzewa, jak pierwszy, jeszcze śladowy wczesnojesienny chłodek przy ziemi? Być może dlatego, że ktoś właśnie postanowił się go pozbyć, pragnąc po kilku latach przearanżować dom i wymienić meble na modniejsze (dziś można pozwolić sobie na takie luksusowe gesty). Za chwilę wszyscy zaczną oddawać je za darmo. A może dlatego, że po prostu to on przypadkiem przyczynił się do aktualizacji świadomości, że upłynęła prawie dekada. Nie wiedziałam, czy się na niego irytować, że mnie tak momentalnie postarzył w moim własnym umyśle, czy potraktować go jak małego, kanciastego Koheleta.

Żyjemy w czasach, w których łatwo podejmować próby oszukania przemijania. Krytycy muzyczni lubią powtarzać, że mamy od dwóch co najmniej dekad „długie lata osiemdziesiąte”, bo producentom nie mogą się znudzić syntezatorowe aranżacje. Nostalgia to niekończący się samograj dla fotografów i twórców kina. Dzięki modzie można przeżyć jeszcze raz trendy swojej wczesnej młodości, tylko lepiej, a do tego różne epoki czy nawet subkulturowe style mogą ze sobą współistnieć – co za rozpusta, żyć nie umierać, można byłoby pomyśleć. To jednak nie stało się, niestety, skutecznym zabiegiem przeciwstarzeniowym.

Niektórzy wierzą, że będą sprytni, wyposażając sobie dom czy restaurację w stylu retro, gdy więc minie parę lat, wystrój będzie wyglądać staro i tak. Retro to jednak rodzaj imitacji wiekowości dopasowanej do czasów bieżących. I tak zdradzą go kolory (różowy, a nie ceglasty), detale (okrągłe, a nie kanciaste nóżki), śliskość czy szorstkość tkaniny, gęstość pluszu. Być może nie ma nic smutniejszego niż przedmiot retro, który wychodzi z mody, bo znaczy to, że fortel się nie udał i do lamusa trzeba wybrać się drugi raz.

Jak na ironię, po nieoczekiwanym, a pouczającym spotkaniu z meblem nabrałam wobec niego zupełnie innych uczuć. Nabywałam go z zamysłem, by sobie funkcjonował na trzecim planie. Tymczasem niespodziewanie zaczęłam go nawet lubić, to niechciane biedactwo, które już nie jest popularne, a nawet neutralne, a jeszcze nie zarobiło sobie miana nostalgicznego. Zaledwie krok od piwnicy i strychu – co za niegodne pozazdroszczenia położenie. Meblu marności, zrobię z ciebie dobry użytek, obiecuję. ©

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 39/2023

W druku ukazał się pod tytułem: Mebel marności