Masz gringo placek

Czy Bidenowi smakował posiłek dowieziony z ­pizzerii ­Gusto w Głogowie Małopolskim, tego się nie dowiemy. Uważna lektura recenzji w internecie sugeruje, że lokal robi dobre ciasto, ale ma stale kłopoty z jakością składników.
Czyta się kilka minut
 / JACEK TARAN
/ JACEK TARAN

Trzydzieści pięć złotych wystarczy, ­byście się poczuli jak prezydent Stanów Zjednoczonych. No i jeszcze koszt dostawy, a ten może być niebagatelny, jeśli mieszkacie daleko od Rzeszowa, bo to na obrzeżach tego miasta dzielni wojacy amerykańscy ugościli swojego commander-in-chief zamówionym w sąsiedniej wsi plackiem. Nie przypuszczam, żeby współcześni piarowcy nawet w Pentagonie mieli za sobą krzepiącą lekturę „Wojny galijskiej”, ale ten topos bliskiego żołnierzom Cezara, który „milcząc zabaw nie zabrania”, wrósł w naszą kulturę tak głęboko, że wódz jedzący z kotła z szeregowcami to oczywista oczywistość każdej takiej wizyty na dowolnym froncie. Cezar gotów był nawet pić z podwładnymi piwo, co oznaczało nie lada poświęcenie – znany rzymski dziejopis i znawca obyczajów Germanii określał je jako „ciecz uzyskaną z jęczmienia i pszenicy podobną do zepsutego wina”. Opis ten, bądźmy szczerzy, do dziś pozostaje adekwatny.

Czy Bidenowi smakował posiłek dowieziony z ­pizzerii ­Gusto w Głogowie Małopolskim, tego się nie dowiemy. Uważna lektura recenzji w internecie (czyli taka, która stara się odłowić realne opinie spośród wpisów przypadkowych trolli i kłamstw złośliwej konkurencji) sugeruje, że lokal robi dobre ciasto, ale ma stale kłopoty z jakością składników. Dla agentów Secret Service ważna była jednak tylko toksykologia, a nie to, czy ser ma wiórowatą konsystencję, a szynka się zeschła.

Na udostępnionych prasie zdjęciach Biden trzyma w palcach trójkątny klin, a następnie zręcznie dokonuje akrobacji znanej każdemu, kto trzymał karton z pizzą na kolanach, siedząc na parkowej ławce: odchyla głowę, by odgryźć kawałek i się nie upaprać. Tysiąc esejów o odmienności amerykańskiej kultury politycznej nie powie tyle, co ten obrazek. Tylko tam bowiem politycy umieją tak bez ceregieli przybić piątkę i zachować się przez chwilę jak zwyczajny człowiek – chociaż to wszystko tylko łagodna odmiana populizmu na użytek sondaży. Łatwo znaleźć w sieci filmiki np. z wizyty Obamy w fast ­foodzie – nie wiem dokładnie, na czym to polega, ale mowa ciała, sposób, w jaki poruszał się z tacą, sugerowały, że codziennie najzwyczajniej w świecie staje on sobie w kolejce do stołówki i odnosi brudne naczynia do okienka. To jest tak doskonałe, że nawet nie chce się apelować do naszych: „uczcie się od nich”. Seriale i filmy mogą tolerować złe aktorstwo, w polityce skutkuje tylko najlepsza gra i całkiem przezroczyste kłamstwo.

Smak był zatem w tej scenie mało istotny w porównaniu z wymiarem symbolicznym. Tu jednak ktoś nie zadbał do końca o szczegóły, bo pizza nazywała się „Gringo”. Autorom menu chodziło, jak przypuszczam, o meksykańskie skojarzenie z zawartą w recepturze papryczką jalapeño. Tak czy owak, słowo to pozostaje w uszach każdego anglojęzycznego mieszkańca USA obraźliwe, pełne nienawiści, analogicznie do naszego teraz wszechobecnego „kacapa” na określenie Rosjanina.

Polskie nazewnictwo pizzeryjne (jeśli wybaczycie koślawy neologizm) to pasja i obiekt studiów mniej na pewno groźny dla żołądka niż terenowe badania nad ich smakiem. W tej samej pizzerii z Głogowa, oprócz margherity czy capricciosy, jest też pizza „Umberto”. Jedyne skojarzenie, jakie przychodzi mi do głowy, to imię włoskiego króla, a zwłaszcza nazwana na jego cześć seria sławnych pancerników. Bardzo pancernych i nieruchawych. Ser, kurczak, kukurydza, ananas – tak, to z pewnością pasuje.

Nie naśmiewam się z kombinacji smakowych, jakim poddali Polacy pizzę. Uważne, nieironiczne badanie nad tym, co się stało w procesie przyswajania z tym multikulturowym plackiem, powie nam dużo o głębokich mechanizmach rodzimego smaku. I mam nadzieję, że takie doktoraty z etnografii już gdzieś się piszą. Skoro coś komuś smakuje, to ostatni bym się z tego śmiał. Ale nazwy... Zbieram je pracowicie, niczym znaczki surrealistycznej poczty do klasera. Niektóre wywrotowe, depczą tabu i obalają trony – jak ta „carbonara” z sosem pomidorowym i kurczakiem. Inne budzą dyskusje trwające dłużej niż posiłek – w pewnym rzeszowskim lokalu „Marcello” ma tuńczyka, cebulę i oliwki... Czy Mastroianni zagrał kiedyś rybaka? Inne zaś, jak przystało na porządną poezję, dają dostęp do paradoksów ziemskiej miłości. Spotkałem kiedyś pizzę „Amore” z tuńczykiem, pieczarkami i cebulą. Otóż przejście o krok wyżej, do „Edenu”, wiązało się w tym lokalu z dodaniem czosnku. Warianty z ostrymi składnikami często mają „latynoskie” nazwy. Prezydent Biden miał i tak szczęście z tym gringo, w moich bowiem zbiorach znacznie częściej pizza z papryczką to po prostu „Desperado”. ©℗

Własna fizjologia smaku odstręcza mnie od rzeczy bardzo ostrych i mam słabe w nich rozeznanie. Jeśli chcecie przeczytać kompendium głębokiej wiedzy o papryczkach, odszukajcie w archiwum „TP” tekst Michała Kuźmińskiego „Strzał rozkoszy”. Czasami tylko – wychodząc z założenia, że jeśli coś ma mnie sparzyć, niech będzie dobrej jakości – robię domową pastę ze świeżych papryczek. Na ogół są to raczej małe czerwone chili. Procedura jest pracochłonna, ale prosta: po umyciu ok. ćwierć kilo papryczek zakładamy rękawiczki, starannie odcinamy szypułkę, rozkrajamy, usuwamy nasionka i kładziemy w jednej warstwie obok siebie na tacę, na której leży czysta serweta posypana solą. Po ułożeniu wszystkich sypiemy znów obficie solą i przykrywamy czystą serwetą. Po dwóch dniach papryczki powinny już być ładnie odwodnione. Usuwamy pędzelkiem sól z każdej, miksujemy z dodatkiem ząbka czosnku i takiej ilości oliwy, by uzyskać gładki krem.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 14/2022