Ludzie w futrach

Szturm na Kapitol był w każdym sensie wydarzeniem niezwykłym.
Czyta się kilka minut

Warszawska afera ambasadorska, nawijająca się w sposób – przyznajmy – atrakcyjny, a wciąż przecież mająca potencjał sceniczny, spadła właśnie z hukiem z afisza, czy – jak kto woli – zgasła jak świeca. Zgasił ją podmuch szalonego amerykańskiego widowiska, będącego brutalną odpowiedzią na nasze naiwne próby robienia niepokojącego moralnie teatru na wschodnioeuropejskim poziomie.

Nie da się ukryć – do stu tysięcy zjełczałych dawek szczepionki na COVID-19 – że możliwości amerykańskie, jeśli idzie o rozmach w każdym sensie, zwłaszcza w rozrywce, są jednak nieograniczone. Nasze scenariusze, scenografie, zasoby – za przeproszeniem – ludzkie, nasze deklamacje i melorecytacje są szalenie kameralne. Są one, powiedzmy sobie szczerze, rozdzierająco lokalne i tylko takoż zrozumiałe. Nasze próby zglobalizowania rodzimej rozrywki wychodzą zawsze smętnie i przyznajmy się: taka opinia to wcale nie samobiczowanie bądź wypluwanie kompleksów w efekcie noworocznego przepicia. Tak jest po prostu od wieków. Nie da się zdobyć Hollywood tak konstruowaną dramaturgią, nie da się tym porwać widza skądinąd niż z Mazowsza czy Kujaw. Bo do tego potrzebne jest to coś, jakiś prosty przemawiający motyw, jakiś myk tu wszystkim umykający, ot, choćby przebranie się za bizona, a nie – pardon – za ambasadora.

A więc szturm na Kapitol był w każdym sensie wydarzeniem niezwykłym. Charakteryzacja i kostiumy szturmujących w niewiele ponad kwadrans weszły do klasyki ikonografii, w której mamy i wizerunki marynarzy kronsztadzkich, i ludzi zdobywających Pałac Zimowy czy ongiś Bastylię. Ktoś mniej niż mało zorientowany historycznie zechce tu zapewne wtrącić swe trzy grosze i dopisać na przykład szturm na galerie handlowe, magazyny meblowe bądź salony pielęgnacji bród po lockdownie. Okej, niech będzie. Oczywiście natychmiast zgodzimy się na tę parabolę, bowiem uważamy, że każda jest dobra, póki coś żywo ilustruje, i nie jest nadmiernie wulgarna.

Popatrzmy: brodaci ludzie w futrach, z warkoczami, w rogatych czapkach, wytatuowani po pachy, wyposażeni w niezliczone, wielobarwne chorągwie i totemy, wymawiający magiczne formułki, w osobliwy sposób ryczący do kamerek w telefonach, wspinający się po ścianach, drapiący się po genitaliach. To wszystko, rzec trzeba, musi być znakiem nowej ery. Ale było też przede wszystkim widowiskiem, od którego nie sposób było oderwać oczu choćby na sekundę. Atak na siedzibę amerykańskiego parlamentu, taki atak, w takiej aurze i kolorystyce, zlecony przez urzędującego prezydenta Stanów Zjednoczonych, to, zważmy, czysta magia, to wydarzenie wcześniej nie do zmyślenia, choć zmyśla się przecież od wieków różne dramatyczne historyjki. To mogło się wydarzyć tylko w Stanach, gdzie pokłady tego, co niewyobrażalne, są grubo grubsze niż tradycyjna polska gościnność i tolerancja.

By na koniec rzucić garstkę spostrzeżeń dotyczących oficjalnych, polskich reakcji na wydarzenia w Waszyngtonie, wypada pierw odnotować, że wszyscy, nie tylko wschodni i środkowi Europejczycy, poczuli powiew dziwnego uczucia, dla jednych miłego, dla innych wstrętnego i przykrego. Oto przez tyle dziesięcioleci Ameryka kładła nam do głowy jak żyć – od 6 stycznia zapewne długo tego robić nie będzie. Wypada wyrazić też odrobinkę żalu i współczucia, że doprawdy nie jest dziś łatwo być tradycyjnym republikaninem czy człowiekiem prawicy w starym stylu. A teraz nasi. Oto przez dłuższy czas zastanawialiśmy się, jak ująć funkcję, a może rolę polskiej polityki i polskich – za przeproszeniem – liderów po 1 stycznia 2021 r. Pisaliśmy na brudno jedno zdanie, za nim drugie, zmienialiśmy szyk, dodawaliśmy przymiotniki albo je usuwaliśmy, zdania były podrzędnie bądź współrzędnie złożone, głównie – mówiąc wprost – przekombinowane, więc na koniec uznaliśmy, że takie wystarczy: Nie ma głupstwa, którego polityk polskiej prawicy nie jest w stanie powiedzieć publicznie. ©℗

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 3/2021