Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Literatura przewrotnych pocieszeń

Literatura przewrotnych pocieszeń

02.03.2014
Czyta się kilka minut
W układy miłosne – przekonuje Karpowicz – wmontowany jest nieusuwalny absurd. Mówiąc najkrócej: to się nie może udać, no chyba że zostanie zawarty jakiś dziwaczny kontrakt.
Rys. Joanna Rusinek
P

Powiadają, że Ignacy Karpowicz to pisarz nad wyraz czuły i empatyczny. Idzie o sposób, w jaki traktuje własnych bohaterów powieściowych, co robi z ich emocjami i pragnieniami, jakim spojrzeniem ich ogarnia. Niepodobna zaprzeczyć – Karpowicz przytula swoje figury do serca. Ale czy to samo robi z czytelnikiem? Czy jego proza – gdyby ją w tym miejscu zredukować do tematu miłosnego – przynosi ukojenie, czy jest pomocna w istnieniu?
Daję odpowiedź pozytywną. Moim zdaniem to, co proponuje autor „Cudu” (2007), można by nazwać literaturą niełatwych czy też przewrotnych pocieszeń (skoro istnieje i ma się świetnie literatura łatwych pocieszeń, to jak nazwać tę z przeciwnego bieguna?). Bajki, które opowiada nam Karpowicz, tym się różnią od krzepiących opowiastek Małgorzaty Kalicińskiej, że nie urągają rozumowi. Przeciwnie – są niezwykle wyrafinowane, błyskotliwe i zazwyczaj głęboko ironiczne, a także zwrócone ku językowi, co z punktu widzenia odbiorców literatury łatwych pocieszeń stanowi o ich słabości. Wszak chodzi o czytelników, którzy pochylając się nad powieścią nie dopuszczają do siebie myśli, że obcują z literaturą; każde, nawet najbardziej niedorzeczne bajanie wezmą za opowieść wydartą życiu.
Krzywdzić każdego dnia
Rozpoznanie, zgodnie z którym spotkanie dwojga osobników płci przeciwnej oznacza przede wszystkim kłopoty, pojawiło się już w debiutanckim „Niehalo” (2006). W pobocznym wątku tej powieści zobrazowana została erotyczna szamotanina: Maciek nie może się porozumieć z niechętną łóżkowym figlom Agnieszką, próbuje więc dogadać się z temperamentną Anetą. Nic z tego jednak nie wychodzi, ich zbliżenie to katastrofa. Intryguje reakcja na nią – główny bohater „Niehalo” pociesza Anetę i siebie słowami: „będziemy razem, choć byśmy mieli być nieszczęśliwi, choćbyśmy mieli krzywdzić się każdego dnia. Jeśli chcesz (...) będziemy trzymać się siebie kurczowo”. Dostrzec tu można zarys matrycy sytuacyjnej, która – w rozmaitych wariantach – pojawia się we wszystkich powieściach naszego autora aż do czasu ogłoszenia „ości” (2013).
W układy miłosne – przekonuje Karpowicz – wmontowany jest nieusuwalny absurd. Mówiąc najkrócej – to się nie może udać, no chyba że zostanie zawarty jakiś dziwaczny kontrakt, mniej więcej taki, jaki Maciek proponuje Anecie. Umowa ta – dopowiadam z myślą o tych, którzy „Niehalo” nie czytali – i tak nie weszła w życie, tych dwoje nie zostało parą.
Odpowiedzią na miłosny absurd (nie możemy dogadać się ze sobą z definicji) jest redukcja ad absurdum. Na płaszczyźnie fabularnej oznacza to ingerencję groteskowej fantastyki, takie przekształcenie świata powieściowego, które ostatecznie sprawi, że wszelkie antynomie i aporie zostaną przezwyciężone. Jak w „Cudzie”, gdzie wielka, kosmiczna miłość połączyła Annę i martwego Mikołaja (właściwie jak gdyby martwego, wszak trup zachowuje normalną ciepłotę ciała i się nie rozkłada).
Zaufać fantazji
W związku z „Balladynami i romansami” (2010) Kinga Dunin zanotowała: „Miłość nie zna granic płci ani wieku, może się zdarzyć w każdej konfiguracji”. Należałoby jednak dodać, że ta piękna, emancypacyjna reguła ma zastosowanie wyłącznie w świecie wyczarowanym przez Karpowicza. Pozostańmy przy „Balladynach...” i weźmy pierwsze spotkanie pięćdziesięcioletniej Olgi z niespełna dziewiętnastoletnim Jankiem. Ten drugi, przyglądając się tej pierwszej (pogrążonej we śnie), ma dla nas takie oto obserwacje: „Stara. (...) Niekształtne ciało pod kocem, kopiec Kościuszki, piersi jak naleśniki i dupa rozmiaru karaweli”. Mniej więcej trzysta stron dalej tych dwoje padnie sobie w ramiona, połączy ich wielka namiętność. Co się stało? Czy zaszła zmiana w bohaterach? Nie, dyskurs powieściowy uległ przekształceniu.
Przypomnijmy: początkowe partie powieści Karpowicza wypełniają, naprzemiennie podane, portrety i obrazki. Wyłania się z nich – ciekawa, pełna niebanalnych spostrzeżeń – opowieść psychologiczno-obyczajowa utrzymana w konwencji realistycznej. Ale coś w tym świecie pęka: np. znikają żelazka, u jednego z bohaterów ujawnia się tajemnicza choroba (cofa się w rozwoju); pęka na dobre wtedy, kiedy bogowie z panteonu kilku mitologii i religii zstępują na ziemię, wchodzą z sobą lub z ludźmi w przeróżne interakcje (także w erotyczne związki). Wszystko – cały czas mam na uwadze problematykę miłosną – może się zdarzyć? Jasne, że tak! Wystarczy zaufać fantazji.
W pełni realistyczne „Gesty” (2008) zdają się wyłamywać ze zrekonstruowanego tu porządku. Powieść ta jest raczej ponurą medytacją nad nieudanym życiem, skoncentrowaną na oddaniu skomplikowanych relacji emocjonalnych w rodzinie (syn i matka), niż projektem jakkolwiek pocieszycielskim. Wiemy aż nadto dobrze, że jest za późno na cud, że możemy tylko opłakiwać niewykorzystane szanse, zadumać się nad niegdysiejszą niewrażliwością. Błażej Warkocki twierdzi, że istota tego wystąpienia zawiera się w drobinowym, łatwym do przegapienia wątku; powiada, że „Gesty” są opowieścią o heteroseksualnej melancholii, „czyli tęsknocie za tym, co nie jest możliwe nawet w wyobraźni: intymnej bliskości z drugim mężczyzną”. Chodzi o nigdy nie podjęty, a jakoś wynikający z ukrytych skłonności bohaterów, gejowski romans. Niezawiązany i nie do zawiązania, wszak Grzegorza dopadła śmiertelna choroba. Cała nadzieja w tym, że pielęgnujący go Paweł najprawdopodobniej wydobył się z heteromatriksu (właśnie odszedł od żony). Nadzieja? Przecież jego ukochany z lat licealnych właśnie umiera.
Pozbawione cudowności i radykalnej ironii „Gesty” ujawniają bezradność naszego pisarza. W tej powieści Karpowicz wydaje się najbliższy twórcom (raczej: twórczyniom) literatury łatwych pocieszeń. Bo co w gruncie rzeczy nam mówi? Że biada tym, którzy zignorują instrukcję podaną ustami Ordonki (i piórem Tuwima). „Na pierwszy znak już serce drgnie, ledwo drgnie, a już się wie”. Grzegorz i Paweł zlekceważyli drgania, toteż sami są sobie winni. Nie idźmy tą drogą – poucza pisarz.
Happy ends
Wstąpmy raczej na ścieżki, po których kroczą bohaterowie wystrzałowych „ości”. Co tu mamy? Same dobre wiadomości! Tutaj rzeczywiście miłość nie zna granic płci i wieku oraz – jeśli wolno tak powiedzieć – limitu kątów (w obrębie wielokątów).
Drobne przypomnienie: Maja, Maks i Norbert stanowią ménage à trois, przy czym wymienieni tu mężczyźni pozostają w relacji homoseksualnej, sam zaś Norbert nie myśli o sobie jako geju, dlatego kiedy nie sypia z mężczyznami, uszczęśliwia cieleśnie Ninel. Ta z kolei, choć jest heteroseksualną kobietą, w dzieciństwie była nazywana Kubą i we wczesnej młodości miała romans z Bogną, czyli Jackiem, który „nie miał siusiaka”. Wspomniana Maja chce doprowadzić do spotkania swojego kochanka z kochanką swojego męża, a właściwie do przyjacielskiego pojednania całej czwórki, ponieważ jest wielką zwolenniczką „otwierania małżeństw”. Nawiasem mówiąc, bardzo to ciekawe rozwiązanie, wszak u Karpowicza związek poliamoryczny inicjuje kobieta, co pozostaje w jawnej sprzeczności z wynikami badań socjologów i psychologów. Ci ostatni przekonują, że to męski przywilej, wynikający z samczej dominacji; zgoda na poliamorię zazwyczaj jest wymuszana na kobiecie sparaliżowanej lękiem przed porzuceniem. Ale zostawmy tę kwestię i wróćmy do dobrych wiadomości.
Przykładny mąż Faustyny (siostra Mai), ojciec czworga dzieci, porzuca tę bohaterkę „dla sąsiada z pierwszego piętra, z którym czasem jeździł na ryby”. Zgroza! Wcale nie – porzucona przez męża ultrakatoliczka Faustyna poczuła ulgę: „Nigdy go nie lubiła, starała się bardzo, modliła, ale nie polubiła. Potrzebowała go, ponieważ pragnęła dzieci. Dał jej dzieci, teraz da rozwód i alimenty”. Każdy dostał to, co (kogo) chciał, np. starsze panie młodych jurnych kochanków (Maja, Ninel i Niemka Juli). I żeby była pełna jasność (dla tych, którzy lekturę „ości” mają przed sobą) – dzieci pojawiające się na kartach najnowszej powieści Karpowicza bynajmniej nie cierpią z powodu niekonwencjonalnych praktyk miłosnych swoich rodziców. Przeciwnie – każdy nowy partner/partnerka mamusi bądź tatusia powoduje wzmożenie opiekuńczo-wychowawczej troski, staje się jakby bonusowym przyjacielem i pomocnikiem niedorosłego człowieka.
***
Przywołana wcześniej Kinga Dunin dostrzega w Karpowiczu anty-Houellebecqa. W prozie podlaskiego pisarza – tłumaczy – nie znajdziemy wizji współczesnego świata jako seksualnej dżungli; tutaj seksualność nie rozbija społeczeństwa, nikomu nie zagraża. To prawda. Dzieje się tak dlatego, że autor „ości” nie dostarcza diagnozy, lecz kreśli radosną utopię. Tutaj nie ma miejsca na takie figury Houellebecqa jak „seksualny proletariusz”; nikt tu nie zostaje wypchnięty poza ramę pożądania, samotność jest niemożliwa, nawet ta z wyboru. Biseksualność czy – szerzej – cała ta miłosna „przechodniość” nie wywołuje żadnych kłopotów tożsamościowych; nikt tu nie jest rozdwojony (potrojony itd.) w sobie. Ba! Bajkopisarstwo Karpowicza idzie jeszcze dalej, wszak w świecie „ości” można być homofobem i rasistą, pozostając w szczęśliwym związku z gejem Azjatą. Super!
Wiem, że odpowiedzią na wydobytą tu utopijność może być przypomnienie, że tak właśnie działa i temu właśnie służy literatura, zwłaszcza ta wychylona ku przyszłości, bardziej zapowiadająca przyszłą zmianę kulturową niż rozpoznająca aktualną sytuację, proponująca cenne przecie ćwiczenie wyobraźni. A czy Ignacy Karpowicz jest dobrym pocieszycielem? Jednym z najlepszych, jakich mamy, acz nie lekceważyłbym wysiłków Małgorzaty Kalicińskiej. Oboje zabiegają o to, by było nam ciut lepiej.

DARIUSZ NOWACKI (ur. 1965) jest krytykiem literackim, pracownikiem Instytutu Nauk o Literaturze Polskiej Uniwersytetu Śląskiego. Ostatnio opublikował m.in. książki „Kto im dał skrzydła. Uwagi o prozie, dramacie i krytyce” oraz „Ukosem. Szkice o prozie”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]