Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Powieść spoza podium

Powieść spoza podium

10.12.2018
Czyta się kilka minut
Czyżby wybitny pisarz, czterokrotny finalista Nike, popełnił rzecz tak niedobrą, że nie była warta uwagi żadnego z jurorskich gremiów?
ANDRZEJ DUDZIŃSKI
W

Wraz z grudniowym mrokiem nadciąga nieuchronnie widmo rankingów, podsumowań i list dziesięciu absolutnie najważniejszych książek mijającego roku. Sporządzanie takich list stało się czynnością rutynową, a nawet rytualną, choć często po paru latach o absolutnie najważniejszych książkach nikt już nie pamięta. Zdarza się też, że umieszczenie na takiej liście (i nazbyt gorące pochwały) okazuje się dla książki niedźwiedzią przysługą.

Nim przejdę do takiego właśnie przypadku – cofnijmy się nieco i spójrzmy na listy finalistów i zwycięzców najważniejszych naszych nagród literackich w roku 2018. Ograniczymy się do prozy. Najwyższe miejsce na podium zajmuje, i słusznie, Marcin Wicha i jego „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” (Nagroda Nike, Nagroda Gombrowicza, finał Gdyni). Uderza przewaga małych form nad powieściami i powrót opowiadań. Przykłady? Paweł Sołtys i „Mikrotyki” (Nagroda Gdynia, finał Nike i Gombrowicza), Weronika Gogola i „Po trochu” (Nagroda Conrada za debiut, dwudziestka Nike), Grzegorz Bogdał i „Floryda” (finały Gdyni, Gombrowicza i Conrada). W finale Gombrowicza i finałowej siódemce Nike nie znalazła się żadna powieść, w finale Gdyni – tylko „Nieczułość” Martyny Bundy (także laureatki Gryfii), w dwudziestce Nike – Bunda oraz „Lata powyżej zera” Anny Cieplak, „Duchy Jeremiego” Roberta Rienta i „Wymazane” Michała Witkowskiego. Niespodziankę zaś sprawiło jury międzynarodowego Angelusa, nagradzając „Robinsona z Bolechowa” Macieja Płazy, choć wśród książek nominowanych była wielka (jakością, a i rozmiarami) „Pamięć” węgierskiego kandydata do Nobla, Pétera Nádasa.

Dosyć tych wyliczanek. Zaraz, zaraz – ale przecież pod koniec zeszłego roku ukazała się jeszcze jedna polska powieść, „Miłość” Ignacego Karpowicza. Czyżby wybitny pisarz, czterokrotny finalista Nike (za „Gesty”, „Balladyny i romanse”, „Ości” i „Sońkę”), popełnił rzecz tak niedobrą, że nie była warta uwagi żadnego z jurorskich gremiów? Czyżby rację miała Karolina Felberg-Sendecka pisząc w „Kulturze Liberalnej”, że to „jedna z najsłabszych książek Karpowicza... powieść w kilku miejscach pęknięta, a przy tym byle jak zszyta, kwestionująca samą siebie w najbardziej fundamentalnych sprawach”? A jeśli jednak bliższy prawdy był Przemysław Czapliński, który w świetnym szkicu na łamach „Dwutygodnika” uznał „Miłość” za „powieść, która ma posłużyć odnowieniu języka literatury”? Co wtedy?

Jeszcze zdanie z recenzji Felberg-Sendeckiej: „Pewnie bym o niej [tj. „Miłości”] nie pisała, gdyby nie ta nieszczęsna nominacja do top-listy czasopisma, które chciałoby być opiniotwórcze”. Czasopismo to „Książki. Magazyn do czytania”, gdzie „Miłość” obwołano jedną z książek roku jeszcze przed jej pojawieniem się w księgarniach. Pomysł był taki sobie, no i skutki okazały się odwrotne od zamierzonych: zamiast rozmawiać o literaturze, można już teraz było skupić się na tym, kto z kim jest związany i kto kogo kiedy porzucił, albo (to trochę lepiej) na etycznej ocenie promowania przez pismo swoich współpracowników. Pamiętam też dosyć absurdalną rozmowę w TVP Kultura, w której jeden z uczestników oświadczył, że nie przeczytał powieści, bo życie prywatne autora go nie interesuje. Podejrzewam więc, że niektórzy jurorzy potraktowali w tym roku „Miłość” jak niebezpieczny ładunek, którego lepiej nie ruszać, bo a nuż wybuchnie.

Przypomnijmy: „Miłość” to powieściowy eksperyment, trzy odrębne części utrzymane w różnych konwencjach i stylistykach (choć nie brak między nimi czytelnych nawiązań), przeplecione pierwszoosobową narracją, niewątpliwie autobiograficzną. Temat przewodni to inność seksualna – skrywana, nieakceptowana, wyparta, prześladowana. Część pierwsza, „Piękno”, nawiązuje do fragmentu biografii Jarosława Iwaszkiewicza, choć nie jest ani pastiszem jego prozy, ani rekonstrukcją wydarzeń, dwór w Stokroci nie do końca jest Stawiskiem, a najważniejszą postacią okazuje się Anna, żona Jarosława. Część druga, „Dobro”, to ponura dystopia dziejąca się w przyszłej Polsce rządzonej przez Prawo i Swobodę („wygrywało wybory, odkąd pamiętam, ponieważ ich oferta dla obywateli była bezkonkurencyjna i najdogodniejsza do akceptacji”), w której przeszłość poddana została orwellowskiej korekcie. Totalitarny system, wsparty przez Autokefaliczny Kościół Katolicki, ufundowany jest niejako na homofobii. Część trzecia wreszcie, „Prawda”, utrzymana w przerysowanej wręcz konwencji baśni, opowiada o miłości księcia Zbyszka i jego poddanego z ludu.

Sięgnijmy jeszcze raz do Czaplińskiego: „»Miłość«, ze wszystkimi swoimi niedoskonałościami i niedoróbkami, to powieściowy gest odnowy. Pisarz sięgnął do realizmu psychologicznego, do antyutopii i do baśni, wskazując w ten sposób na gatunki do odzyskania – swoiste formy pierwsze. Wszystkie one stawiają pisarza przed koniecznością przedzierania się przez język do prawd elementarnych. Intymność w realizmie psychologicznym, skryta pod powierzchnią normalności struktura władzy w antyutopii, wierność w baśni – oto one”.

Cytuję ten świetny tekst, bo kiedy się przegląda większość recenzji „Miłości”, uderza ich miałkość i bezradność. Zwykle ograniczają się do „podoba się” albo (częściej) „nie podoba” i do dobrych rad wobec autora: lepiej by zrobił, rozwijając którąś z części (raz tę, raz inną) w osobną całość, styl by poprawił tu i tam, dziwności wyeliminował. Jednego zachwyciło „Piękno”, ale „Dobro” zupełnie nie – innych odwrotnie. Niemal nikt nie próbuje przeanalizować relacji pomiędzy elementami tego dziwnego mechanizmu, jaki zbudował Karpowicz. Powieść „byle jak zszyta”? Na pewno? No i nikt nie stawia prostego pytania: jeśli pisarz dosyć powszechnie uznany za wyjątkowo sprawnego stylistę stosuje dysonanse i chropawości, o które czytelnik się potyka – to może taki właśnie był jego cel i należałoby pomyśleć, czemu ten cel służy? I dlaczego Karpowicz wpadł na dziwny pomysł wskrzeszenia słów wielkich, a tym samym wytartych? Ironia do kwadratu czy wręcz przeciwnie? A może próba wyzwolenia, figura tego, czego ze swoim życiem dokonuje narrator „tkanki łączącej” realistyczno-futurystyczno-baśniową trylogię? Tylko pytam. ©℗

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]