Maciej Hen zadziwia – przebiegiem pisarskiej kariery i różnorodnością swoich książek. Najpierw był późny debiut pod pseudonimem, potem olbrzymia „Solfatara”, dziejąca się w XVII-wiecznym Neapolu, „Deutsch dla średnio zaawansowanych” – rzecz współczesna, ale z rozmaitymi kluczami i zaskoczeniami (wątek Szeli!), reportaż o Beatlesach w Polsce, „Segretario” – kolejna doskonała powieść historyczna, z wątkiem feministycznym, a teraz autobiografia. Świetnie i lekko napisana, choć – paradoks – udźwignęła temat ciężki.
Jak mówi autor, „jest to w gruncie rzeczy książka o Marcu ’68, który, prawdę mówiąc, nie zaczął się wcale w 1968, ani się też w 1968 nie skończył”. Czytałem ją z tym większymi emocjami, że z Maciejem Henem jesteśmy rówieśnikami. Więc z jednej strony docenić mogłem oddanie bliskiego mi klimatu dzieciństwa w inteligenckiej rodzinie epoki Gomułki, a z drugiej – zrozumieć, czym było doświadczenie codziennego antysemityzmu dla dorastającego ciemnowłosego i ciemnookiego chłopca, który stopniowo uświadamia sobie swoje pochodzenie.
Szczególnie przerażające są niektóre szkolne scenki, a Zygmunt Przeworski, kolega, u którego Maciek znajduje pomoc i opiekę, w Marcu okazuje się też Żydem. Bardzo to gorzkie. Rodzina Przeworskich wyjedzie, podobnie jak zaprzyjaźnieni z Henami Stroynowscy. I wielu innych. Na roku 1968 zresztą opowieść się kończy.
Dodać trzeba koniecznie, że ta książka to wielka pochwała miłości rodzinnej. Rodziny, małej komórki, która daje oparcie i ratunek. Małej, bo żyje już tylko jedna babcia, matka ojca, ale w Izraelu, a rodzina ukochanej matki (jakże piękny jest jej portret!) zginęła w Zagładzie. Ocalały wujek Sewek mieszka w Ameryce, a gdy przyjeżdża, wspomina swoje wojenne losy w formie makabrycznawych anegdot (jak ta o zakonnicy, która umierającego niemal z głodu żydowskiego robotnika przymusowego chciała napoić… olejem rycynowym, albo o groźnym psie, który uciekającemu udzielił schronienia w swojej budzie).
Zresztą umiejętność samego autora, by zmieniać rejestry i przełamywać nastrój, wzbudza podziw. „Tratwa z pomarańczami” daleka jest od martyrologii: to opowieść o poznawaniu świata, dziecięcych fascynacjach i pierwszych wtajemniczeniach erotycznych (od zauroczenia Grace Kelly poczynając). I o tym, jak można budować własną tratwę „Kon-Tiki” z deszczułek po skrzynce, w której ciotka przysłała pomarańcze z Jaffy. Nic z tego nie wyjdzie, ale i tak warto.
Maciej Hen, TRATWA Z POMARAŃCZAMI, Wydawnictwo Filtry, Warszawa 2025, ss. 312
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















