Czterech mężczyzn i dwie kobiety z tej samej rodziny zostało zamordowanych wczoraj nad ranem przez grupę uzbrojonych napastników we wsi El Oro w gminie Argelia, na południowym wschodzie Antioquii – taką informację 27 lutego 2004 r. podała kolumbijska gazeta „El Tiempo”. Z całej rodziny przeżyli tylko siedmioletni chłopiec (zabójcy go oszczędzili) i siedemnastoletnia dziewczyna.
Z jej relacji wiadomo, że partyzanci FARC – lewicowych organizacji Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii – związali ją i innych członków rodziny, a potem kolejno do nich strzelali. Ona dostała postrzał w szczękę i udawała, że nie żyje. Gdy partyzanci odeszli, dotarła do centrum gminy.
Rodzina z El Oro zginęła, gdyż FARC – największa kolumbijska partyzantka, działająca między rokiem 1964 a 2017 – podejrzewała ojca o współpracę z władzami. Jak się okazało, ta tragedia była zapowiedzią wielu kolejnych śmierci w Argelii.
Choć historia tego miasteczka, podobnie jak wielu miejsc w Kolumbii, jest tragiczna, to są tacy, którzy nie tylko ocaleli, ale odnieśli później sukces. Wśród nich jest Estefanía Herrera, rocznik 1994. Dziś jedna z najlepszych kolarek w kraju.
Dzieciństwo Estefanii
Estefanía ma mało dobrych wspomnień z dzieciństwa. Za to pamięta chwile, gdy w drodze do szkoły musiała padać na ziemię i czołgać się do najbliższego rowu. Miała 10 lat, gdy na początku XXI w. Argelia stała się areną walk między FARC z jednej strony a wojskiem i grupami paramilitarnymi z drugiej.
Rząd, przy wsparciu grup paramilitarnych, chciał wyeliminować partyzantów z regionu Argelii – nieważne, ilu cywilów mogło przy tym zginąć. Naloty wojska miały miejsce prawie codziennie, bombardowania przerywały lekcje. Wtedy Estefanía i inne dzieci wchodziły pod ławki, zatykały uszy.
Wiedziała, że w drodze powrotnej zobaczy zmarłych: w rowach, na ulicy. Przechodziła obok szybko, nie patrząc. Nie chciała wiedzieć, kim byli. Zwłaszcza że możliwość, iż to sąsiad lub znajomy, było duże. Zabitych zbierano dopiero po zmroku. Ludzie bali się wpaść w ręce partyzantów, którzy ciała traktowali jak przynętę.
Estefanía mówi, że z dzieciństwa pamięta dwa rodzaje wieczorów. Takie, gdy ukradkiem patrzyła przez okno, jak sąsiedzi wynoszą zabitych zawiniętych w prześcieradła. Zwykle byli to ci, obok których przeszła tego dnia. Były też inne wieczory: gdy zaciskała powieki, prosząc Dzieciątko Jezus o rower.
– Pewnej nocy partyzanci otoczyli miasteczko. Powiedzieli, że nikt, ani cywil, ani paramilitarny, żywy z niego nie wyjdzie – opowiada Estefanía. Mieszkańcy nie mogli liczyć na pomoc władz. W tamtym czasie Álvaro Uribe, prezydent w latach 2002-2010, próbował „oczyścić” cały departament Antioquia z FARC.
– Helikoptery latały nam nad głowami, strzelały tak, by zabić wszystkich. Ale przecież byli tam też zwykli, dobrzy ludzie. Codziennie ginęło mnóstwo osób. To przypominało filmy o II wojnie światowej. Gdy je oglądam, mam wrażenie, że doświadczaliśmy tego samego – opowiada Estefanía.
Wojna domowa w Kolumbii
Jej rodzina przeżyła. Ale to nie oznaczało końca dramatu mieszkańców. Większość została zmuszona do opuszczenia miasteczka. Estefanía pamięta ten moment. Była noc, gdy zjawili się partyzanci. Powiedzieli im, że muszą się wynieść. Ona wraz z rodziną opuszczali Argelię z tym, co mieli na sobie. Przynajmniej żywi.
W tamtym czasie czuli się jak w kleszczach. Zarówno partyzanci, jak też członkowie grup paramilitarnych wchodzili do gospodarstw jak do siebie. Zabierali bydło, kury, jedzenie. Kwaterowali w zajętych domach. Wcześniej zwykle dawali 48 godzin na spakowanie się i opuszczenie domu. Były jednak przypadki, jak ten Estefaníi, gdy dali tylko kilka minut. I ostrzegli, by nigdy nie wracać.
Lata 1990-2002 to był w Kolumbii straszny czas: wtedy nastąpił gwałtowny wzrost wysiedleń. Komisja Prawdy – instytucja, której celem jest zmierzenie się ze spuścizną wojny domowej – ocenia, że w latach 1990-2016 przesiedlono przymusowo ponad 1,1 mln ludzi.
Raporty Komisji wskazują, że znaczną część przymusowych wysiedleń w latach 90. XX w. i na początku wieku XXI albo spowodowały grupy paramilitarne (Autodefensas Unidas de Colombia, w skrócie AUC), albo były one skutkiem walk między tymi grupami a partyzantami FARC i ELN (Armii Wyzwolenia Narodowego, innej lewicowej organizacji). Antioquia była wśród departamentów najbardziej dotkniętych wysiedleniami.
Co prawda w czasie rządów ultrakonserwatywnego Álvara Uribe rozpoczęto proces demobilizacji grup paramilitarnych. Porozumienia z połowy pierwszej dekady XXI w. miały teoretycznie zakończyć działalność tych formacji. W praktyce sytuacja się nie poprawiła. Po latach wychodzą na jaw dowody, iż grupy paramilitarne współpracowały z Uribe.
Gdy wreszcie w 2017 r. podpisano porozumienie pokojowe między rządem a FARC, powroty do domów były trudne. Raporty z tamtych lat podkreślają, że choć demobilizacje były ważnym krokiem politycznym, to nie zmniejszyły od razu skali humanitarnego kryzysu, który dotykał setki tysięcy wysiedlonych.
Nastolatka, matka, sportsmenka
Wygnana z Argelii, Estefanía wraz z siostrą zamieszkały u ciotki w mieście Medellín. Ich dziadkowie i matka wrócili, mimo ryzyka, na wieś – one się bały.
Im dłużej dziewczynki przebywały u ciotki, tym bardziej czuły, że są dla niej ciężarem, kolejnymi osobami do wykarmienia. Zamieszkały więc same. Estefanía miała 11 lat, jej siostra – 14 lat. Wynajęły mieszkanie za 150 tys. pesos (ok. 150 zł); wtedy była to dla nich fortuna. Aby zarobić na wynajem, sprzedawały kadzidełka i herbatę w autobusach.
– Gdy przybyłam do Medellín, miałam jedno pragnienie: chciałam mieć rower – wspomina Estefanía. – Udało mi się zdobyć używany rower szosowy.
Znalazła serwis rowerowy i z pomocą właściciela odremontowała rower. Na nim pojechała na miejscowy stadion, gdzie ćwiczył zespół kolarski pod okiem znanego trenera Benjamína Laverde. Na tym rowerze robiła okrążenia po wewnętrznej stronie welodromu, z nadzieją, że jeśli będzie jeździć tak szybko, jak podopieczni Laverdego, ten zaprosi ją na trening. Udało się: z dnia na dzień trafiła do reprezentacji Antioqui w kolarstwie torowym.
Gdy Estefanía była pewna, że już nic nie stanie na przeszkodzie do spełnienia marzeń o karierze sportowej, dowiedziała się, że jest w ciąży. Miała 15 lat, a jej partner o 18 lat więcej.
Minęło kilka miesięcy, zanim komukolwiek powiedziała o ciąży. Do siódmego miesiąca nic nie było po niej widać, brzuch miała płaski jak zawsze. Była tak niedożywiona, że dziecko nie rozwijało się dość szybko. A ona sama była w tym wszystkim osamotniona.
– Wtedy nie patrzyłam na mojego partnera jak na kogoś, kto chce mnie wykorzystać. Myślałam, że da mi miłość i poczucie bezpieczeństwa. Ale zostałam sama – wspomina.
Z początku myślała, że ciąża położy kres jej marzeniu, by zostać najlepszą kolarką w kraju – lub kolarką w ogóle. Ale gdy jej syn Julio Cézar był jeszcze mały, za namową trenera wróciła do ćwiczeń. Przez jakiś czas mieszkała w Villa Deportiva, ośrodku dla sportowców. W tym czasie synem opiekowała się jego babcia ze strony ojca.
Nadzieja w kolumbijskim kolarstwie
Na początku Estefanía nie zarabiała pieniędzy na jeździe. Nie mogła liczyć na niczyje wsparcie, finansowe czy emocjonalne. Z ojcem dziecka rozstała się po tym, jak dowiedziała się, że zażywa narkotyki. Znała to z domu, jej matka z tym walczyła. Estefanía marzyła o zdrowej i kochającej się rodzinie. Uznała, że jedyną nadzieją na dobry dom dla syna będzie to, że wychowa go sama.

Po roku, dzięki osiągnięciom, zaczęła otrzymywać wynagrodzenie z ministerstwa sportu.
– Pamiętam, jak dostałam pierwszą pensję. Od razu podjęłam decyzję, że chcę znów być z synem. To był mój cel: być przy nim, dać mu to, co najlepsze. Dla matki dziecko jest najważniejsze na świecie – mówi.
Dziś Estefanía należy do grona utytułowanych kolumbijskich kolarek. W 2023 r. odniosła jedno z najważniejszych zwycięstw w karierze, triumfując w Tour Femenino de Colombia. Rok wcześniej zapisała na swoim koncie efektowną wygraną na piątym etapie Vuelta a Colombia Femenina. W 2024 r. potwierdziła swą dominację w kobiecym kolarstwie w Kolumbii, zwyciężając w etapach Tour Femenino oraz w indywidualnej jeździe na czas.
Kolarska Kolumbia
Co często dziwi postronnych, to fakt, że narodowym sportem Kolumbii nie jest piłka nożna, jak w większości krajów Ameryki Łacińskiej, lecz kolarstwo. Można odnieść wrażenie, że tutaj każdy jeździ na rowerze niemal profesjonalnie.
W niedzielne przedpołudnia pobocza dróg są zdominowane przez amatorów kolarstwa szosowego. W największych miastach co niedziela, między siódmą a czternastą, główne ulice są zamykane dla aut i zamieniają się w jedną wielką ścieżkę rowerową.
Pomysłodawcą tzw. tymczasowej ścieżki rowerowej, zwanej ciclvía, był Jaime Ortiz Mariño. To on w grudniu 1974 r. przekonał władze stołecznej Bogoty, by przez kilka godzin oddać ulice mieszkańcom. W tamtych czasach, gdy trwały zacięte walki między FARC i ELN a siłami rządowymi, a strach towarzyszył ludziom codziennie, udało się wygospodarować czas i przestrzeń, gdzie mogli zapomnieć na chwilę o codzienności.
Dziś Bogota posiada – prócz tymczasowej ciclvíi – 600 km stałych ścieżek rowerowych. Czyli więcej niż Amsterdam.
Kolumbijskie kolarstwo
Kolumbijczycy kochają kolarstwo także dlatego, że mogą szczycić się tu sukcesami. Zwłaszcza w porównaniu do innych państw regionu.
Kolumbia jest jednym z nielicznych państw, które zdobyły tytuły we wszystkich trzech wielkich wyścigach: Tour de France, Giro d’Italia i Vuelta a España. Kolumbijczycy przodują zwłaszcza na etapach górskich, a to dzięki temu, że na co dzień trenują na dużych wysokościach – jak 2150 m n.p.m. (to okolice Medellín) czy 2650 m n.p.m. (na tej wysokości leży Bogota).
Jeśli zaś idzie o kolumbijską elitę kolarską, to Nairo Quintana, Egan Bernal i Rigoberto Urán należą do światowej czołówki. Mariana Pajón jest dwukrotną mistrzynią olimpijską w jeździe na rowerach typu BMX. Paula Pataño, zawodniczka World Tour i uczestniczka Tour de France Femmes, jest najbardziej rozpoznawalną kolarką szosową z Kolumbii na świecie.
Jednak dla Kolumbijczyków kolarstwo to coś więcej niż narodowy sport i narodowe hobby. To również nadzieja, że ich kraj zacznie się kojarzyć nie tylko z kartelami narkotykowymi, lecz właśnie z wybitnymi kolarzami i kolarkami oraz ze sportem w ogóle.
To ważne zwłaszcza teraz, gdy Kolumbia zmaga się na nowo z partyzantką ELN i „rekordową” produkcją kokainy. To też moment, gdy Kolumbijczycy starają się mierzyć z przeszłością i wyciągać wnioski z konfliktu z FARC, który trwał przez ponad 50 lat. Wiele ofiar tego konfliktu współpracuje dziś, z pomocą organizacji pozarządowych, z byłymi partyzantami, by wyjaśnić przeszłe zbrodnie. Wszystko po to, aby historia się nie powtórzyła.
Estefanía Herrera jest zaś przykładem tych Kolumbijczyków, którzy mają odwagę, by poradzić sobie z traumami i zacząć życie na nowo. Prócz rozwijania kariery sportowej, Estefanía chce pomagać ludziom, którzy jak ona przeszli piekło wojny domowej.
Mówi, że wierzy, iż jej historia może stać się inspiracją dla następnych pokoleń sportowców. Oraz dla wszystkich tych, którzy chcą uwierzyć, że dobre zakończenia nawet najokrutniejszych historii są możliwe.
Tekst zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















