Dwudziestoczteroletnia Ria napisała na internetowej grupie, że zerwała z chłopakiem i potrzebuje się wygadać w obcym mieście. Chce, żeby ktoś jej powiedział, że po tym też jest życie, że ból mija. Z rodziną w kraju pochodzenia nie pogada, nie przyznała jej się nawet, że ma chłopaka. Różnice kulturowe nie pozwoliłyby im zrozumieć.
Napisała na kobiecym forum i szybko znalazły się dziewczyny gotowe iść z nią na kawę i spacer, posłuchać, opowiedzieć, wesprzeć. Nie pierwszy raz widziałam takie otulające reakcje, porady, konkrety. Nie mam porównania, bo nie bywam na analogicznych forach dla mężczyzn, ale widzę siłę kobiecej wioski. A może to siostrzeństwo? W każdym razie pomoc, która idzie na przekór wciąż popularnemu przekonaniu, że kobiety w grupie konkurują, snują intrygi i się nawzajem podgryzają. Tak też się dzieje, nie miejmy złudzeń. Grupa kobiet to grupa ludzi, ze wszystkimi wadami naszego gatunku. Ale siła kobiecej wioski jest nie do przecenienia. Gdybym umiała, chciałabym wyśpiewać pochwałę wioski sióstr.
Może na emigracji widać ją bardziej, jak w laboratorium, bo nie możesz się łudzić, że relacje, które oplatają cię gęstą, bezpieczną siecią, budowałaś sama przez całe życie. Tutaj jest jasne, że ta sieć, wioska, istnieje niezależnie od ciebie. Obdarza uwagą i troską, bo tak chce. Jest gotowa bezinteresownie dawać.
„Pewnie łatwiej byłoby wam z małym dzieckiem w Warszawie?” – dopytywał ktoś znajomy, gdy dopiero zaczynaliśmy się dzielić tym, że jesteśmy w ciąży. Już wtedy nie byłam tego taka pewna. Jasne: jest tam rodzina, są stare przyjaźnie – ale to nie zawsze oznacza uwagę i czas. Warszawa jest szybka, głodna, może w pędzie o tobie zapomnieć. Tutaj migracyjna wioska ogarnęła mnie szybciej niż tego chciałam.
„Idź jutro do Ali po laktator, pracuje dwie ulice od ciebie” – dostawałam wiadomości z zadaniem do wykonania. „Jaki laktator, dziewczyno, jestem w początku czwartego miesiąca ciąży...” – odpowiadałam niepewna, jak się to wszystko potoczy, ale przekonana, że na gromadzenie specjalistycznych sprzętów jest o wiele za wcześnie. Już nawet nie mówię, że to zapeszanie, ale po prostu nie wiem jeszcze, po co to wszystko jest i czy tego potrzebuję. „Wiesz, ile to kosztuje w sklepie? Idź, ona chce w zamian tylko wino. Przeprowadza się pod koniec tygodnia, nie będzie czekać!” – zaordynowała sołtyska kobiecej wioski.
No to poszłam, a potem jeszcze chodziliśmy do wielu osób po bardzo różne rzeczy. Aż ktoś zapytał: „Czy planujecie baby shower?”. Raz, że to jakoś nie w moim stylu, a dwa, że ze strychów, piwnic i szaf znajomych i nieznajomych zalał nas potok rzeczy. Ciężkie wory ciążowych ciuchów po koleżankach (nigdy nie miałam tylu spodni naraz), ubranka ich dzieci, meble, zabawki, książki... Przyjaciółki robiące paczki swoich ulubionych śpioszków i sweterków, siostra kompletująca to, co uważa za potrzebne. Nawet nowa znajoma z konferencji przywożąca z domu w Hiszpanii swoją chustę do noszenia, bo chce mi dać coś dla siebie ważnego. Mieliśmy już prawie wszystko. Baby shower? „Nie, to jest projekt dziecko zero waste” – odpowiadałam, czując lekkie konsumpcyjne ukłucie, że na razie nie wybrałam niczego sama, wszystko przyszło po kimś. Ale spokojnie, nawet dzieci zero waste kosztują: na to, czego brakowało, szybko wydaliśmy całe belgijskie becikowe.
Kobieca wioska to jednak nie tylko rzeczy, w których utonęliśmy. To też rozmowy, lunche, kawy, spacery, wspomnienia własnych porodów i połogów. To słuchanie kobiet zanurzonych we wczesnym macierzyństwie, które przykryło chwilowo ich doktoraty i pracę zawodową. I znów ktoś pytał z przekąsem, czy mnie to nie przytłacza, nie traumatyzuje i nie straszy, czy nie mam dość. Zupełnie nie. Nie miałam nigdy zbyt wielu matek blisko siebie, akurat nie przyjaźniłam się z nimi na tym etapie życia. Nigdy mnie to za bardzo nie ciekawiło, podobnie niewiele wiem o dzieciach. Z książek nie wszystko się wyczyta, więc słucham. Nawet w historiach o traumie i trudnościach umiem znaleźć dla siebie nie strach, lecz lekcję.
I widzę w tym podwójny dar. Kobiety z wioski dają mi wiedzę, obserwacje, wnioski i przestrogi. A ja im chyba daję okazję, by jeszcze raz mogły opowiedzieć, czasem szczegółowo, o tym jednym z najważniejszych wydarzeń ich życia, o którym jednak nie opowiada się potem często. Trochę jakby nagle otworzyły się jakieś tunele porozumienia. Nad zwykłą kawą wydarza się siostrzana intymność prawie obcych osób. Tkamy wioskę. Przyda się też w przyszłości.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















