Biografia hip-hopu: kurs mistrzowski

W hip-hopie nic nie bierze się z powietrza, a sam gatunek kręci się po orbicie, której kształt wyznaczają rynek, stosunek do tradycji i specyfika wiodących narkotyków. Oto jego wybitny kronikarz.
Czyta się kilka minut
Ahmir Questlove Thompson podczas 65. gali rozdania nagród GRAMMY. Los Angeles, 5 lutego 2023 r. // Fot. JC Olivera/ Getty Images
Ahmir Questlove Thompson podczas 65. gali rozdania nagród GRAMMY. Los Angeles, 5 lutego 2023 r. // Fot. JC Olivera/ Getty Images

Hip-hop? To już ponad pół wieku historii. Jeden gatunek, dwie sylaby, ale w sumie cztery żywioły: rap, graffiti, breakdance i DJ-ing. Przynajmniej na początku, do czasu, kiedy jeden z pionierów gatunku – Afrika Bambaataa – dorzucił piąty filar, na którym od tego momentu miała opierać się ta kultura – wiedzę. 

Jego postulat trafił na podatny grunt, kiedy w latach 80. zaczynały się wielkie kariery grup stawiających sobie za cel kultywowanie czarnych tradycji, a także społeczne uświadamianie swoich sióstr i braci. Choćby Public Enemy, którego lider – Chuck D – zwykł mawiać, że rap to CNN czarnej Ameryki, czy A Tribe Called Quest, którego słuchacze byli edukowani m.in. w kwestii zagrożeń związanych z HIV.

Choć oba zespoły mają dziś kultowy status, to mit piątego żywiołu przysłużył się najmocniej pewnemu filadelfijskiemu perkusiście. Bo co to w ogóle znaczy być bębniarzem na hip-hopowej scenie? Jasne, rytm jest tu podstawą, ale też nie bez powodu perkusisty – ani żadnego innego instrumentalisty – nie uda się łatwo przypisać do któregoś z wymienionych wyżej gatunkowych filarów.

Owszem, nie znajdziemy tam również producentów, których roli dla hip-hopu nie da się przecenić, ale mam wątpliwości, czy wpisałbym naszego bohatera w poczet najważniejszych reprezentantów tej profesji. W końcu kilka z największych przebojów jego zespołu – The Roots („You Got Me”, „The Next Movement”) wyszło spod ręki innych twórców. A mimo to trudno opowiedzieć historię hip-hopu bez Ahmira „Questlove’a” Thompsona. Może dlatego, że to on sam ją pisze.

Muzyczne dokonania Questlove’a są niepodważalne –  nie zaszkodzą im moje uszczypliwości. Kusi mnie jednak, by uznać, że jego najlepsza dekada to ta ostatnia, kiedy jedynym studiem, które odwiedzało The Roots, było to telewizyjne stacji NBC, w którym powstaje talkshow „The Tonight Show” Jimmy’ego Fallona. Nie oznacza to bynajmniej, że moje uznanie bazuje na sztuce akompaniowania popularnemu prezenterowi. Opiera się ono na czymś zgoła odmiennym. 

Otóż, począwszy od wydanego w 2013 r. quasi-pamiętnika „Mo’ Meta Blues: The World According to Questlove”, artysta z pasją i erudycją popularyzuje swoją ulubioną muzykę. Niezależnie od tego, czy bierze na warsztat hip-hop, którego historię przybliża na kartach kolejnych książek (nakładem W.A.B. ukazało się „Hip-hop jest historią”), czy soul i funk, którym oddał hołd w zjawiskowym dokumencie „Summer of Soul”; otrzymał za niego Oscara. Kiedy więc piszę o prymacie ostatniej dekady, uznajmy, proszę, że szklanka jest do połowy pełna, bo przecież lubię The Roots.

Obsesja

Questlove urodził się w rodzinie o artystycznych tradycjach. Jego dziadek – William Beachy Thompson śpiewał w słynnej gospelowej grupie The Dixie Hummingbirds, natomiast ojciec przewodził zespołowi Lee Andrews & The Hearts, który słynął na scenie doo-wop. W pewnym momencie rodzice Questlove’a postanowili jednak zerwać z życiem w trasie, otworzyli sklep odzieżowy i rozpoczęli stateczne życie czarnej klasy średniej.

Artystyczne doświadczenia nie sprawiły wcale, że w domu państwa Thompsonów panowały liberalne poglądy. W „Mo’ Meta Blues” Questlove wspomina, że jeszcze w latach 70. jego rodzice słuchali modnej muzyki i odważnie się ubierali, jednak już w następnym dziesięcioleciu w ich domu dominowały gospel oraz panika moralna. „Kiedy w 1982 r. ukazał się album Prince’a zatytułowany »1999«, w moim życiu rozpoczęła się saga, która trwała pół dekady. Kupiłem te płytę co najmniej osiem razy w okresie, odkąd się ukazała, aż do czasu, kiedy przestałem być karany w domu za jej posiadanie (…). To była wojna na wyczerpanie, a jej jedynym zwycięzcą był Prince” – pisał perkusista. 

Pochodzenie Questlove’a było zapewne jednym z powodów, dla którego hip-hop pociągał go przede wszystkim na poziomie muzyki, a nie lirycznego przekazu. Jeśli są dzieci, które demontują każdą zabawkę, by tylko sprawdzić, co jest w środku, to młody Thompson miał tak z piosenkami. Słuchał radia, kupował kasety i próbował zrozumieć, co go w tym wszystkim kręci. Dlaczego wciąż je nuci, dlaczego podskakuje mu noga? Chłonął pop, soul, funk, disco, a potem wyławiał ich strzępy w hip-hopowych utworach. 

Ostatecznie doprowadził do granic obsesji tę potrzebę, by prześledzić każdy muzyczny cytat, wpływ czy nawiązanie. Jeśli ówczesny hip-hop oferował młodym twórcom jedną ze stereotypowych ról: gangstera, alfonsa, politycznego bojownika, a nawet duchowego przewodnika, to Questlove mógł być pierwszym reprezentantem tej sceny, który przyswoił sobie figurę nerda. 


Wydaje się zresztą, że świadomie budował taki swój obraz: okulary z grubymi oprawkami, afro z wystającym z niego fikuśnym grzebykiem, pogłębione artykuły w prasie, erudycyjne polemiki w sieci. I choć ktoś może słusznie zauważyć, że to właśnie wytrenowane ucho perkusisty zabrało The Roots na szczyt, to przecież trudno też założyć hip-hopowy skład bez rapera. Na szczęście już w szkole Questlove poznał Tariqa „Black Thoughta” Trottera, z którym szybko połączyła go przyjaźń, choć przecież dzieliło ich bardzo wiele. 

Przede wszystkim biografia przyszłego rapera The Roots była znacznie bliższa opowieściom, w których nic nie przychodzi bez walki. Może dlatego Black Thought traktował hip-hop niczym rymowane sprawozdanie z życia ulicy. I choć mogłoby się wydawać, że ci dwaj szukają w tej muzyce zupełnie innych wyzwań i przeżyć, to właśnie ta różnica zapewniła The Roots zdrowy balans. Sprawiła, że grupa ekscytowała melomanów, a zarazem była wiarygodna na upadłych osiedlach.

Afrika Bambaataa w Brooklyn Bowl. Nowy Jork, 26 lutego 2015 r. // Fot. Johnny Nunez / WireImage

Historia

O wiarygodność było o tyle łatwiej, że The Roots nie wzięli się znikąd. Razem z Eryką Badu, D’Angelo czy Talibem Kweli rozwijali nurt społecznie zaangażowanego, organicznie brzmiącego hip-hopu. Bo w hip-hopie nic nie bierze się z powietrza, a sam gatunek zamiast pewnie sunąć do przodu raczej kręci się po orbicie, której kształt wyznacza rynek, stosunek do tradycji i specyfika wiodących narkotyków. A przynajmniej taki wniosek można wysnuć z lektury książek Questlove’a, u którego przeszłość, współczesność i przyszłość często idą ze sobą pod rękę. 

Aby wytyczać nowe ścieżki, należy więc zgłębiać historię; aby oddawać hołd przodkom – trzeba twórczo rozwijać ich dziedzictwo. Dlatego dostrzegam dwuznaczność w wypowiedzi Prince’a („Nie mówię o przeszłości”), którą Questlove uczynił mottem „Mo’ Meta Blues”. Początkowo wybór takiego cytatu na otwarcie pamiętnika traktowałem wyłącznie w kategoriach zabawnej przekory. Po lekturze „Hip-hop jest historią” rozumiem go jednak inaczej. Questlove nie mówi o przeszłości, bo historia nie należy do przeszłości – należy do każdego, kto chce z niej czerpać.

Co nie oznacza, że można to robić w dowolny sposób. Według Questlove’a istnieją reguły określające sposoby czerpania z historii. Szacunek wobec tradycji, innych twórców i słuchaczy wymaga, by unikać oczywistych nawiązań i zgranych dźwiękowych próbek. To właśnie takie podejście zapewniło hip-hopowi żywotność, a zapomnianym mistrzom – niespodziewane wybuchy środowiskowej sławy. Taka filozofia niejednokrotnie prowadziła też jej zwolenników do snobizmu, z którego perkusista i producent uczciwie rozlicza się w swojej najnowszej książce. 

Moim ulubionym fragmentem „Hip-hop jest historią” jest ten, w którym Questlove wspomina swoje pierwsze spotkanie z debiutem Wu-Tang Clanu: „Słuchając tej kasety w drodze powrotnej do Nowego Jorku i Filadelfii, najbardziej zapamiętałem, że korzystali z wielu starych brejków. Odejmowałem wtedy punkty za odkrywanie rzeczy już odkrytych. W pierwszym numerze, »Bring da Ruckus«, wykorzystują sampel z »Synthetic Substitution« soulowego piosenkarza Melvina Blissa. Piosenka ta zaczęła swój żywot jako nieistotny zapychacz na singlu, ale z wolna stała się jednym z najczęściej samplowanych utworów w hip-hopie. (…) Usłyszenie tego wszechobecnego sampla na albumie z 1993 r. nie wróżyło niczego dobrego”. 
A przecież album „Enter the Wu Tang (36 Chambers)” otworzył nowy rozdział w historii hip-hopu, świetnie się sprzedawał, a dziś jest powszechnie uznawany za jedną z najważniejszych płyt w historii gatunku. Jak się okazało, niewielu przeszkadzały te „stare brejki”.

Inspiracja

Byli jednak i tacy, którym przeszkadzały. Mam na myśli producentów, raperów i fanów oczekujących od hip-hopu muzycznych podróży w nieznane. Czy to za sprawą wyszukanych sampli, czy energii, jaką może wyzwolić z niego zespół utalentowanych instrumentalistów. Zasług The Roots na tym ostatnim polu nie sposób przecenić.

– Wiadomo, nie oni jedyni podejmowali takie próby, ale zaskarbili sobie powszechną sympatię, bo zrobili to na niesamowitym poziomie – tłumaczy Andrzej „Webber” Mikosz, producent znany przede wszystkim z duetu z Łoną. – Duża w tym zasługa Questlove'a, z jego wyczuciem rytmu i tym, co potrafił zrobić z samplami. Szalona muzyczna sprawność członków The Roots sprawiła, że udało się im połączyć hip-hop z możliwościami zespołu na niedostępnym wcześniej poziomie, bo inne takie mariaże bywały zwykle sztampowe.

Łonę i Webbera niemal od początku ciągnęło do współpracy z instrumentalistami. Jednym z pierwszym przejawów takiego myślenia było „Dobranoc / Do ciebie, Aniu, szłem” z wydanej w 2004 r. płyty „Nic dziwnego”, w którym towarzyszył im Maciej Cybulski. Do niedawna szczecinianie występowali z zespołem The Pimps, ale musiało minąć sporo czasu, zanim udało im się przełożyć swoją muzykę na szerszy skład. I nie chodzi wcale o to, że musieli najpierw zdobyć nie wiadomo jakie doświadczenie, choć i to miało istotny wpływ.

Granie takiego hip-hopu jak The Roots wymagało nie tylko więcej umiejętności, ale także więcej pieniędzy. A z tym w historii grupy bywało różnie. Questlove pisze o tym bez ogródek. Kiedy po dobrze przyjętej płycie „Rising Down” nie wzrosła wcale liczba koncertowych ofert, perkusista zaczął myśleć o szukaniu oszczędności. Radykalnym, ale też naturalnym ruchem wydawało mu się zmniejszenie składu do trio. Na szczęście właśnie wtedy zespół dostał propozycję z telewizji, która automatycznie rozwiązała ich finansowe problemy. Mimo tych wszystkich trudności wizja zespołowego grania hip-hopu pociągała kolejnych twórców.

Wojciech „Dizkret” Nosowski ze Starego Miasta wspomina: – W tamtych czasach popularny był acid jazz, gdzie muzycy jazzowi brali sobie czasem przypadkowego Afroamerykanina, rapującego miernie do przyjemniackich bicików, które wydawały im się hip-hopowe. Co innego The Roots – bardzo kompetentny raper i towarzyszący mu muzycy, którzy rzeczywiście wychowali się na tym hip-hopie. Dlatego to, co oni grali, miało zupełnie inną wartość, inną moc, inne brzmienie. Nie był to jakiś leciutki smooth jazz, bo było to uderzenie w bębnach, a przy tym struktury muzyczne były ciekawe, choć też nieprzesadnie wymyślone. To wciąż był hip-hop.

Stare Miasto poszukiwało takiego złotego środka na swojej debiutanckiej płycie („Stare Miasto”) z 1998 r., którą nastoletni raperzy nagrali z trzydziestoletnimi jazzmanami. Po nagraniu drugiej zespołowej płyty („Minuty”) i świetnie przyjętego duetu z producentem Praktikiem („IQ”) Dizkret postanowił jednak skończyć z rapem. Dzisiaj, kiedy po dwudziestu latach powoli wraca na scenę, wspomina, że na tamtą decyzję pośrednio wpłynął Questlove. Wszystko przez Okayplayer – skupioną wokół niego internetową społeczność. Dizkret namiętnie zaglądał na jej forum, licząc na hip-hopowe rekomendacje czy zakulisowe anegdoty, którymi dzielił się muzyk The Roots, a ostatecznie za jego sprawą dał się porwać masie zupełnie innej muzyki.

– Byłem jedynym forumowiczem z Polski i chłonąłem to, co tam było wypisywane. To było ciekawe, dynamiczne miejsce, które otworzyło mi głowę. Tam nie wypadało słuchać tylko rapu, więc paradoksalnie właśnie to forum przyczyniło się do tego, że pogłębiłem swoją wiedzę o białej muzyce. Wtedy byłem bardzo ukierunkowany na muzykę afroamerykańską, a tu się okazało, że trzeba wiedzieć, o co chodzi z tym Davidem Bowie. Okazało się jednak, że rapowanie jest do tego zupełnie niepotrzebne i trochę też dlatego przestałem się tym zajmować – wspomina. 

Po lekturze „Hip-Hop jest historią” raczej nikt nie porzuci rapu, a być może niektórzy czytelnicy po raz pierwszy przyjrzą mu się uważniej. Fani gatunku z pewnością będą pomstować, że autor niektóre nazwiska pomija, a po niektórych scenach ledwie się prześlizguje. Questlove ma jednak szansę skraść i ich serca wyjątkową, podwójną perspektywą, z której pisana jest ta książka – muzycznego nerda lubiącego podkreślać swoją erudycję, a zarazem osoby z wewnątrz, członka ważnego zespołu, który od dobrych trzydziestu lat znajduje się blisko centrum wydarzeń.

Questlove ujmuje bezpośredniością, z jaką pokazuje, jak zachować szczery entuzjazm i otwartość na nowe, a zarazem pozostać wiernym sobie i swoim przekonaniom. Czy Thompsonowi się to udaje? W teorii. A czy udaje się w praktyce, tego dowiemy się już niedługo, bo podobno jeszcze w tym roku ma się ukazać nowy album The Roots.

Hip-hop jest historią Wydawnictwo W.A.B okladka

Questlove, Ben Greenman, „Hip-hop jest historią”, tłum. Jacek Żuławnik, Natalia Mętrak-Ruda, Jakub Michalski, Marcin Wróbel, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2024

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 5/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Afro z fikuśnym grzebykiem