Kapłan i Narcyz

Nie każdy dobry matematyk musi być dobrym pedagogiem. Lepiej, gdy odejdzie ze szkoły, niż miałby źle uczyć młodych ludzi. Ta sama zasada powinna dotyczyć księży.

13.02.2007

Czyta się kilka minut

Był czerwiec 1991 r. Stałem w zakrystii w oczekiwaniu na biskupa, który mojemu współbratu i mnie miał udzielić święceń kapłańskich. Mój współbrat niedawno wrócił z Niemiec, po nowicjacie i studiach teologicznych. Podszedł do mnie i powiedział, że właśnie otrzymał wiadomość o odejściu z kapłaństwa swojego mistrza nowicjatu. Później stwierdził, że był to jeden z trudniejszych momentów jego życia. Nagle musiał stanąć sam na nogi. Dzięki Bogu i mimo przeciwności wytrwał.

Zanim zaśpiewamy

Z księżmi i zakonnikami odchodzącymi ze stanu duchownego mam do czynienia niemal od początku mojej drogi zakonnej. Tylko w niewielkiej, kilkunastoosobowej prowincji mojego zakonu na przestrzeni 18 lat odeszło 10 duchownych (kapłanów i braci po ślubach wieczystych). Z dwunastoosobowej grupy mojego rocznika nowicjatu poza mną nie pozostał nikt. Zapewne nie jest to reprezentatywna próbka dla całego Kościoła w Polsce; liczby duże i małe zarazem (duże w skali niewielkiego zgromadzenia, małe w skali ogólnych statystyk).

Ostrożność z ferowaniem jednoznacznych i ostatecznych opinii o przyczynach odejść tych duchownych nie wiąże się tylko z cnotą milczenia. Nie można przecież wrzucić wszystkich do jednego worka i odśpiewać chóralne "Wieczny odpoczynek": każdy ma swoją historię, przed odejściem najczęściej nieopowiedzianą ani bratu w kapłaństwie, ani proboszczowi, ani przełożonemu domu, prowincjałowi czy biskupowi. Ta historia wcale nie musi być wstydliwa. Jest skomplikowaną układanką emocji i konfliktów, przemyśleń, ucieczek, załamania się systemu wartości, utraty wiary, zaniku poczucia sensu własnej pracy, niecierpliwości, błędów formacyjnych, nieuczciwości względem innych lub samego siebie. Na końcu zazwyczaj pojawia się kobieta, przy czym od razu zaznaczam i będę spierać się z każdym o to, że nie ona jest winowajczynią. Po odejściu ostrze krytyki niemal zawsze kieruje się przeciw strukturom, instytucji, przełożonym lub niedawnym braciom. Bywa, że są zarzuty zasadne, bywa, że są wyssane z palca, emocjonalne i przekoloryzowane. Niektórzy przychodzą po latach na rozmowę do zaufanego kapłana, dziękując za dobre wykształcenie humanistyczne, osiągnięte dzięki seminarium.

Spotkanie z Ja

Mam nieodparte wrażenie, że odejścia od kapłaństwa wpisują się w szerszą mozaikę. Wskażę tylko dwa jej elementy. W latach 80. w Europie Zachodniej zaczął dominować trend, który antropologowie kultury przyrównywali do figury mitycznego Narcyza. Wpatrzony w siebie, tylko siebie chce objąć. Pisał o tym Eugenio Scalfari w tekście "Incontro con Io" ("Spotkanie z Ja"): "Ja zajęło miejsce Boga, ja szuka Boga, którego chce mieć na własny obraz i podobieństwo. Ja jest jak człowiek w pociągu. Sam. Zatrzymuje się tylko na chwilę, aby wyruszyć w drogę, nie wiedząc, dokąd jedzie".

Idąc tym tropem, widzimy, że doszło do załamania więzi społecznych i poczucia przynależności do wspólnoty. Człowiek uprawia wspinaczkę, ale robi to w stylu wolnym i bez żadnej asekuracji. Receptę na życie znajduje w inspirowanych subtelnie pelagianizmem podręcznikach typu "zrób to sam". Towarzysz podróży rzadko jest mu potrzebny. Mam wrażenie, że ten model zaczyna pojawiać się także w Polsce, usiłującej nadrobić zaległości spowodowane życiem w systemie totalitarnym.

Drugim elementem "kryzysowej" mozaiki jest potrzeba znalezienia natychmiastowych rozwiązań nurtujących nas problemów. Zygmunt Bauman pisał niedawno o tym, jak "każda zwłoka, opieszałość i oczekiwanie zmieniają się w piętno niższości" (por. "Razem Osobno", Kraków 2003). Nazywam to syndromem kawy instant, przy czym wcale nie chodzi tu o karierę. Chodzi o coś bardziej skomplikowanego.

Często stosujemy mechanizmy porównawcze. Widzimy, jak na naszych oczach reformują się (albo degradują, tego jeszcze nie wiemy na pewno) wielkie społeczeństwa, i chcemy tego samego. Bauman pisze, że "ojcowie, którzy przez całe życie wykonywali tę samą pracę, są ostrzeżeniem i przestrogą: oto los, którego za wszelką cenę musimy uniknąć". W konsekwencji usiłuje się odnaleźć szczęście, próbując jednej możliwości po drugiej.

Łudzimy się sądząc, że duchowni i struktury Kościoła są odporne na te fluktuacje kulturowe. Największą bolączką księdza jest to, że seminarium przygotowało go do funkcjonowania w Kościele, do pracy dla diecezji i zakonu, ale niestety nieco gorzej do życia w społeczeństwie, do kontaktu z rzeczywistością.

A przecież nie jesteśmy wyłączeni ze świata i to właśnie w świecie toczy się nasze życie. Konsumpcyjny styl życia, szukanie różnorakich możliwości spełnienia, możliwość awansu społecznego w innych sektorach życia publicznego, możliwość zmiany zawodu z wyuczonego na wykonywany, wreszcie dewaluacja wartości słowa są wszechobecne. Dotyczą także duchownych. W takim stopniu, w jakim idealizowana jest funkcja i rola kapłana wśród ludzi (pisał o tym ks. Józef Augustyn, "TP" nr 20/04) - kapłaństwo będzie jawiło się zawsze jako jeszcze jedna prestiżowa funkcja w społeczeństwie. A wyidealizowany ksiądz stanie się członkiem kasty wybranych, grona ludzi przeznaczonych i gotowych do odbierania honorów, ale niekoniecznie gotowych do poświęcenia wszystkiego dla Królestwa Bożego.

Nie odchodź

Nie każdy dobry matematyk musi być dobrym pedagogiem. Lepiej, gdy odejdzie ze szkoły, niż miałby poczynić szkody, źle ucząc młodych ludzi. Ta sama zasada dotyczy księży. Świetnie przygotowani intelektualnie, wyrobieni towarzysko, kontaktowi, nie muszą na siłę zostawać w służbie kapłańskiej, jeśli czują, że na tej drodze mogą kogoś skrzywdzić. Lepiej, gdy ktoś odchodzi, czując, że nie nadaje się do pełnienia wcześniej wybranej misji. Trzeba mu oddać szacunek i pozwolić odejść z godnością, nie traktując jako zdrajcy.

Czasem jednak na granicy odejścia może znaleźć się ktoś, kto świetnie pracuje, posiadając jednocześnie niskie poczucie własnej wartości. I jeśli jest coś, co może mu wtedy pomóc, to jedynie poczucie, że jest potrzebny. Potrzebny nie jednej, jedynej osobie, ale grupie ludzi, z którą związał swoje życie. Parafii, przyjaciołom, diecezji. Nawet gdy różnimy się od niego poglądami w kwestiach dopuszczających wolność opinii, nam wszystkim, świeckim i duchownym, nigdy nie może zabraknąć odwagi powiedzenia księdzu targanemu rozterkami: "Mogę sobie wyobrazić, jak cierpisz, ale jeśli nie utraciłeś wiary w to, co robisz, nie odchodź. Robisz to dobrze. Potrzebujemy Ciebie".

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 07/2007