Reklama

Kadisz za warszawiaków

Kadisz za warszawiaków

18.07.2017
Czyta się kilka minut
Prof. PAWEŁ ŚPIEWAK, dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego im. Emanuela Ringelbluma: Naszym marzeniem jest, aby w Treblince pojawiła się lista z nazwiskami i zdjęciami ofiar. To niezmiernie trudny projekt. Ale próbujemy.
Prof. Paweł Śpiewak (Żydowski Instytut Historyczny, po prawej) i Marian Turski (Stowarzyszenie Żydowski Instytut Historyczny) podczas Marszu Pamięci, Warszawa 2015 r. GRZEGORZ KWOLEK
B

BEATA CHOMĄTOWSKA: 22 lipca, w 75. rocznicę niemieckiej akcji wysiedleńczej w getcie warszawskim, będącej częścią „Aktion Reinhardt”, Żydowski Instytut Historyczny we współpracy z innymi organizacjami już po raz szósty organizuje w stolicy Marsz Pamięci. Jaka jest jego idea?

PAWEŁ ŚPIEWAK: W Polsce, ale również na świecie, utrwaliło się przekonanie, że centralnym wydarzeniem upamiętniającym śmierć Żydów w czasie wojny jest rocznica powstania w getcie. Podczas jej obchodów z reguły podkreślano, że w powstaniu walczyli i ginęli ludzie, którzy chcieli umrzeć z godnością. Od pierwszej lektury rozmowy Hanny Krall z Markiem Edelmanem miałem poczucie, że musimy pamiętać również o innych: o tych, którzy zostali po prostu wyprowadzeni na śmierć.

Czyli o drugiej, rzadko pokazywanej stronie warszawskiego pomnika autorstwa Natana Rapaporta, upamiętniającej powstanie.

Ta druga strona, która długo była niedostrzegana, zapomniana, to 90 proc. Żydów, którzy zginęli w Zagładzie. Miliony osób, po których zaginął ślad. Propaganda syjonistyczna po II wojnie światowej mówiła o nich nawet pogardliwie, że dali się poprowadzić jak barany na rzeź. Ideą Marszu jest właśnie pamięć o tych, którzy nie mieli możliwości się uratować – zabrano ich, często w środku życia, nagle, aby zginęli. Dla Warszawy rocznica tego wydarzenia przypada 22 lipca.

Dlaczego wtedy?

To data ważna z kilku powodów. Niemcy planowali zwykle z rozmysłem swoje mordercze akcje w dniach żydowskich świąt religijnych, gdy zajęta ich przeżywaniem wspólnota wydawała się bezbronna, szczególnie narażona na atak zabójców. Największe bombardowanie Dzielnicy Północnej, Muranowa, zamieszkanego głównie przez Żydów, odbyło się we wrześniu 1939 r., gdy obchodzono święto Jom Kippur.

Zaś akcję wysiedleńczą Niemcy zaczęli w Tisza be-Aw, najbardziej żałobne święto Izraela, upamiętniające tragedie, które spotkały naród żydowski – począwszy od zburzenia Pierwszej i Drugiej Świątyni Jerozolimskiej po wygnanie Żydów z Francji w 1308 r. oraz z Hiszpanii w 1492 r. Data została wybrana przez okupanta świadomie, warto więc pamiętać, co ona oznacza także z historycznego punktu widzenia. Tego samego dnia zaczął działalność największy cmentarz Żydów polskich, czyli Treblinka – uruchomiono machinę śmierci.

Jakie było podłoże „Aktion Reinhardt”?

To była akcja czysto rasistowska. Względy ekonomiczne odgrywały drugorzędną rolę. Gdyby istniała w tym jakaś racjonalność, nazistom nie opłacałoby się zabijać potencjalnych robotników. Wątek ekonomiczny – potencjalnych korzyści, jakie hitlerowcom miało przynieść wymordowanie Żydów – pojawił się dlatego, że nazwę operacji wiązano początkowo z nazwiskiem sekretarza stanu w niemieckim Ministerstwie Finansów, Fritza Reinhardta. W rzeczywistości kryptonim pochodzi od imienia Reinharda Heydricha, jednego z głównych organizatorów ze strony niemieckiej, prowadzącego słynną konferencję w Wannsee, gdzie dowództwo III Rzeszy ustalało nie tyle sam fakt zabijania Żydów, ile logistykę tego procesu. Decyzja o tym, że Żydzi będą zabijani, zapadła z kolei najprawdopodobniej latem 1941 r. To moment najdramatyczniejszy nie tylko w historii Żydów, ale również w historii Polski – to tak, jakby w niektórych miejscowościach zamordować co trzeciego albo nawet co drugiego sąsiada; dzieje całego kraju potoczyły się inaczej. Niektóre miasteczka nie odbudowały się do dziś w sensie demograficznym, kulturowym ani gospodarczym – i nie ma szans na taką odbudowę w głębszym sensie życia żydowskiego w Polsce.

Czym tegoroczny Marsz Pamięci będzie się różnił od poprzednich?

Wszystkie Marsze Pamięci mają przypominać o ofiarach Zagłady i akcji wysiedleńczej z warszawskiego getta. W tym roku wypada też 75. rocznica „Aktion Reinhardt”, czyli Zagłady polskich Żydów dokonanej przez niemiecką III Rzeszę. Wtedy rozpoczęto masowe deportacje Żydów do obozów zagłady. Marsz jest zatem elementem większego projektu, odbywającego się ze wsparciem i przy dużym zaangażowaniu Ministerstwa Kultury. W ramach tego przedsięwzięcia odbyły się już obchody w obozie Chełmno nad Nerem, w Lublinie w związku z likwidacją getta lubelskiego oraz uruchomienia obozu śmierci w Bełżcu. Działań będzie jeszcze więcej. Żydowski Instytut Historyczny jest współorganizatorem Marszu w Warszawie, gdyż niezmiernie istotne jest dla nas, aby nie być tylko organizacją naukową, lecz angażować się też w pracę nad obecnością historycznych wydarzeń w pamięci zbiorowej. Istotna jest również rola, jaką w przekazaniu światu informacji o masowej zagładzie Żydów odegrała grupa Oneg Szabat, powstała z inicjatywy Emanuela Ringelbluma, który jest patronem naszego Instytutu.

Oneg Szabat, czyli Radość Soboty, bo spotykali się właśnie w soboty w gmachu, który ocalał z wojny i gdzie dziś mieści się ŻIH. Grupa kilkudziesięciu osób, które postanowiły stworzyć konspiracyjne archiwum z materiałów obrazujących, jak wyglądało życie w getcie warszawskim. Ludzi różnych zawodów, z różnych warstw społecznych, o różnych poglądach. Jak doszło do tego, że się spotkali i pracowali wspólnie, w tak ciężkich warunkach?

Wszyscy byli znajomymi Ringelbluma, który był osobą bardzo aktywną społecznie. Część wywodziła się z partii lewicowych syjonistów, niektórzy byli nauczycielami, inni historykami, w grupie działał też jeden rabin. Podczas wojny Ringelblum pracował w Żydowskiej Samopomocy Społecznej, to dawało mu dużo kontaktów z różnego rodzaju ludźmi. Byli więc zespoleni ze względu na jego osobę. Ale również – mam wrażenie, gdy czytam ich relacje – tym, że ta praca w ukryciu dawała im niewiarygodne poczucie sensu. Są głodni, chorzy – większość przeszła w getcie tyfus – żyją na granicy rozpaczy, ale jednocześnie mają poczucie, że robią coś bardzo ważnego i zostawiają po sobie bezcenny materiał.

Od początku byli świadomi jego wagi?

Dawid Graber, jeden z dwóch uczniów, którzy z początkiem sierpnia 1942 r. wspólnie ze swoim nauczycielem Izraelem Lichtensztajnem ukrywają pierwszą część archiwum w piwnicy dawnej szkoły przy ul. Nowolipki, pisze w testamencie, że zakopują w ziemi to, czego nie mogli wykrzyczeć światu. To jest poczucie, że oni wszyscy piszą pamięć i historię Izraela. W archiwum są świadectwa, których autorzy zapewniają, że są wdzięczni, iż mogą uczestniczyć w tej pracy, mimo olbrzymich kosztów psychologicznych. Imiona tych, którzy tworzyli Oneg Szabat i archiwum, zostały zachowane. W przeciwieństwie, niestety, do większości ludzi, którzy zginęli w Treblince.

Jednym z największych pośmiertnych sukcesów nazistów jest to, że spośród 990 tys. zamordowanych tam osób znamy jedynie 30 tys. nazwisk. Umarli w zapomnieniu, nie wiemy, jak się nazywali, jak wyglądały ich twarze, kim byli. To niewiarygodne. Zwłaszcza w Polsce, gdzie niemal każdy chodzi na cmentarz odwiedzić bliskich i coś o nich wie. Dlatego obsesją – zarówno Instytutu Yad Vashem, jak też Żydowskiego Instytutu Historycznego, a również i moją – jest odtworzenie imion tych, którzy zginęli. Nie może być tak, że oni zginęli anonimowo.

Jak można to zrobić?

Naszym marzeniem jest, aby na terenie dawnego obozu zagłady w Treblince pojawiła się lista podobna do tej, która istnieje w jednym z baraków Auschwitz. Lista zawierająca imiona i nazwiska ofiar, a gdy będzie to możliwe, również ich zdjęcia i adresy. Zdaję sobie sprawę, że to niezmiernie trudny, wręcz niewykonalny projekt, bo jak je znaleźć? A jednak próbujemy. Potrzebna jest każda pomoc, jeśli ktokolwiek może wskazać tropy wiodące do imion i nazwisk. Pamiętajmy, że w Treblince zginęło 990 tys. ludzi. Dla „Aktion Reinhardt” symbolem jest Treblinka.

Historyk Timothy Snyder zauważa, że Auschwitz przejęło rolę symbolu dla wszystkich obozów zagłady w okupowanej Polsce. To sprawia, że niewielu pamięta o Treblince. Albo nawet myli oba miejsca...

Ludzie mylą rzeczywistość symboliczną z historyczną. Wynika to m.in. z faktu, że w Auschwitz została zachowana infrastruktura masowej zagłady. Widzi się obóz śmierci i uświadamia jego skalę. A w Treblince nie ma nic, poza kamieniami i zaznaczonymi śladami obozu. Dlatego chcemy to również zmienić, tworząc jego plan i przewodnik, aby dookreślić tę pustą przestrzeń, wskazać: tu były komory gazowe, tam szpital obozowy, w którym zabijano, a gdzie indziej – baraki do obsługi obozu. Wszystko można odtworzyć do pewnego stopnia, choć nie jest to łatwe. Po rewolcie żydowskich więźniów, która wybuchła w Treblince w sierpniu 1943 r., Niemcy zrobili wszystko, by zatrzeć ślady swojej działalności. Obsadzili teren drzewami, postawili tam nawet dom, w którym zainstalowali ukraińską rodzinę. Po wojnie, gdy teren był już przekopany przez różnego rodzaju poszukiwaczy, co jest dokładnie opisane, weszły tam sowieckie władze.

Żydowskie przepisy religijne nie pozwalają na prowadzenie tradycyjnych prac archeologicznych...

Brytyjskiej archeolog sądowej, Caroline Sturdy Colls, korzystającej z nowoczesnych i nieinwazyjnych metod, w 2014 r. udało się ustalić dokładne granice poszczególnych stref obozowych w Treblince. Chodzi o to, aby ludzie mieli poczucie, że znajdują się w realnej przestrzeni śmierci. Aby mogli odtworzyć drogę, na której ktoś wsiada do tego pociągu, jak wiozą go do Małkini, jak tam czeka, aż wagony zostaną rozdzielone, i jedzie jednym z nich do obozu...

Przy czym w Treblince ginęli nie tylko Żydzi z Warszawy.

Pamięć o Treblince jest niezmiernie ważna nie tylko dla Warszawy, ale w kontekście ogólnopolskim. Spośród 613 kamieni pochodzących z różnych miejscowości, tworzących tam symboliczny pomnik ukazujący skalę deportacji, większość jest z Polski. Z kolei w Auschwitz częściej ginęli Żydzi spoza Polski – ze Słowacji, Czech, Węgier, Grecji, Bułgarii i innych krajów. Natomiast polscy Żydzi ginęli właśnie w Treblince, Bełżcu, Sobiborze i Chełmnie nad Nerem.

Jak Oneg Szabat dowiedziała się o „Aktion Reinhardt” i obozach zagłady?

W getcie warszawskim działały telefony i poczta. Pierwsze informacje o Zagładzie dochodziły za pomocą kartek pocztowych od rodzin spoza Warszawy. Wiedziano więc np., że na wschodzie Rzeczypospolitej zaczęły się masowe zabójstwa Żydów. Ale nikt nie miał pewności, czy są one sytuacyjne, związane z wydarzeniami wojennymi, czy też jest to realizacja planu na większą skalę, ogólnoeuropejskiego. Kartki przychodziły zwłaszcza z Wielkopolski, dostarczając wiedzy o tym, co się dzieje z poszczególnymi miejscowościami. Ich autorzy pisali je w taki sposób, by sens dotarł do odbiorcy, ale był niezrozumiały dla potencjalnego cenzora. Np. że trzeba zmówić kadisz, modlitwę żałobną, za tych, których nie ma. Albo że idzie wielka akeda, czyli po hebrajsku ofiarowanie Izaaka na górze Moria przez Abrahama, symbol śmierci. Tak kamuflowane informacje sugerowały warszawiakom, że dzieje się coś złego. Potem w lutym 1942 r. do Warszawy dociera Jakub Grojnowski, który był grabarzem w obozie w Chełmnie, i zdaje dokładną relację. Uzupełniają ją doniesienia z kolejnych miast.

Jak wiedza o „Aktion Reinhardt” wpłynęła na działalność grupy Oneg Szabat?

Gdy grupa zorganizowała się wiosną 1940 r., chodziło głównie o dokumentowanie różnych aspektów życia pod okupacją niemiecką. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że przechodzą przez bardzo trudny czas, ale jeszcze nikt nie myślał o obozach śmierci. Działalność Niemców, skierowaną przeciw żydowskiej wspólnocie, postrzegano raczej w kategoriach bardzo głębokiego uderzenia: głód, choroby, nędza, brak pracy, czyli warunki dramatyczne, ale jednak odmienne niż rzeczywistość masowej zagłady.

Potem jednak przychodzi rok 1942...

W kwietniu 1942 r., pod wpływem wiedzy o tym, co się dzieje w Bełżcu i Chełmnie nad Nerem, dochodzi świadomość, że zadaniem grupy jest głównie notowanie historii mordowanego narodu żydowskiego. Wówczas jej członkowie robią dwie ważne rzeczy. Po pierwsze, każdy z nich, na prośbę Ringelbluma, zaczyna prowadzić dziennik. Po drugie, zaczynają wydawać biuletyn z wiadomościami, który dociera do polskiego podziemia, a poprzez polskie podziemie do Londynu. W czerwcu 1942 r. radio BBC emituje audycję o mordowaniu Żydów. Ringelblum mówi wówczas: „To jest nasz największy sukces. Myśmy wygrali”. Sformułowanie „myśmy wygrali” należy rozumieć oczywiście tak, że powiodła się podstawowa misja Oneg Szabat: przygotowania świata na to, co się dzieje z Żydami.

Masowy mord, dokonywany w ukryciu, już nie jest tajemnicą...

Dokładnie tak: teraz już nie można mu zaprzeczyć. Potem, w październiku 1942 r., gdy getto przeżywa kryzys i jest na skraju destrukcji, trafia tu kurier polskiego podziemia Jan Karski. Następnie, w listopadzie 1942 r., po zakończeniu akcji wysiedleńczej w warszawskim getcie, sporządzony zostaje kolejny raport grupy, który dociera do Londynu. Odtąd świat nie mógł powiedzieć: my nie wiemy. Nie ma możliwości odrzucenia faktów. W tym sensie Oneg Szabat spełniła zasadniczą rolę jako grupa, która zebrała informacje i – co jeszcze ważniejsze – wypuściła je w świat. W ten sposób pierwsza historia Zagłady została napisana jeszcze w czasie wojny.

Czy informacje o „Aktion Reinhardt” trafiały do innych mieszkańców getta?

Wiadomości rozchodziły się szybko. Członkom Oneg Szabat zależało na przekazaniu ich dalej. Mieli informacje także z miejsc, które wydawałyby się niedostępne, jak z Treblinki. Uciekinierzy stamtąd przybywają do Warszawy, oczywiście bardzo nieliczni. Kiedy zdają dokładne relacje, nikt nie ma wątpliwości, w jaki sposób Żydzi są mordowani, i jak ci, którzy zostali w getcie, będą mordowani. Wiadomości wydawane przez Oneg Szabat dystrybuowano w ramach prasy podziemnej, która wydawana była w getcie na tyle, na ile było to możliwe, a potem trafiała do podziemnych struktur polskiego rządu.

Czy w getcie wierzono w nie?

Nie wiemy, kiedy mieszkańcy getta zaczęli mieć pewność, że idą na śmierć. Na pewno były to informacje emocjonalnie niezmiernie trudne do przyjęcia. Nie wiem, czy Korczak wiedział, że idzie na śmierć. To wszystko mogło mu się wydawać absurdalne, choć jego zachowanie – można to nazwać przeczuciami – wskazywało, że zdaje sobie sprawę ze swego losu. Początkowo w getcie krążyła informacja, że hitlerowcy zabijają w obozach prądem elektrycznym. Wieść o gazie, mającym pochodzić ze zdobytych rosyjskich czołgów, o spalinach czołgowych, przychodzi później.

Archiwum Ringelbluma spełniło swą rolę. Na szczęście po wojnie odnaleziono zakopane na Muranowie dokumenty i w tym roku ŻIH kończy edycję jego 36 tomów. Jak to w ogóle mogło się udać?

Spośród osób, które wiedziały, gdzie zostało ukryte Archiwum Ringelbluma, przeżyła jedna: Hersz Wasser. Ale znacznie więcej ludzi zdawało sobie sprawę z jego istnienia i wagi dokumentów. Głównym problemem było pozyskanie środków na kosztowne prace wydobywcze. Muranów był przecież jednym wielkim rumowiskiem, ze zwałami gruzu sięgającymi pięciu metrów. Ulice i domy nie istniały, nic nie przypominało krajobrazu pamiętanego sprzed wojny. Trzeba było odnaleźć właściwy adres i właściwą piwnicę, oczyścić ulicę, ostemplować pozostałości budynku, by udało się do niego wejść. Gigantyczna praca, by dostać się do piwnic. Fakt, że wszystkie piwnice tej szkoły się zawaliły oprócz właśnie tej jednej, gdzie zakopano skrzynie z dokumentami, zakrawa niemal na cud. A ponad trzy lata później odnaleziono kolejną część Archiwum. Co jeszcze kryje ten teren – tego nadal do końca nie wiemy. W Żydowskim Instytucie Historycznym są dokumenty odnajdywane w latach 60. XX w. i później. Ostatnie badania archeologiczne prowadzono przed kilku laty. Ziemia dawnej Dzielnicy Północnej wciąż mówi.

Jakie jeszcze działania planuje ŻIH, by spopularyzować dokonania Oneg Szabat?

Jednym z elementów obchodów 70-lecia ŻIH, wpisanym w program „Archiwum Ważniejsze niż Życie”, realizowanym wraz ze Stowarzyszeniem Żydowski Instytut Historyczny, będzie wystawa poświęcona Archiwum i ludziom, którzy je tworzyli – jako jeden ze sposobów przywracania pamięci. Chcemy uświadomić, jaką mieli intencję i co osiągnęli, gromadząc tak ważne dokumenty i świadectwa. Gdyby nie oni, żydowska historia Warszawy czasu wojny nie powstałaby nigdy. Planujemy też wystawę w otwartej przestrzeni dawnych Nalewek – gdzie do dziś jest bruk i oryginalne tory tramwajowe, ale nie ma ani jednego domu. Warszawa przedwojenna była centrum żydowskiego życia w Polsce, tu były główne siedziby wszystkich partii politycznych, organizacji, związków zawodowych. A Nalewki były uosobieniem tego miejsca, co dziś – w zmienionej od czasów wojny Warszawie, wyglądającej zupełnie inaczej – trudno sobie uświadomić. Chcemy za pomocą zdjęć, relacji czy reklam pokazać, jaka była to ulica, i tym samym przywrócić ją do życia. ©

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

Podobne teksty

Jacek Leociak, Anna Goc
Piotr Litka, Zdzisław Lorek, Grzegorz Pawlikowski

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]