Bezwzględny kształt kalendarza, ale i polecenie służbowe zmusiły nas do napisania tego felietonu przed piątkową debatą kandydatów na prezydenta. Nie możemy zatem odnieść się do faktów, ale są i dobre tego strony – takie, że możemy bezkarnie fantazjować i sprawdzić bojem, czy nasze widzenie sytuacji przylega do rzeczywistości. Czy – jak tu ponuro siedzimy – umiemy przewidzieć kształt zdarzeń i klimatów najpoważniejszych zdarzeń w polskiej polityce, czy raczej nasze mniemania to zły sen.
Aby podsumować nasz nastrój, wypada rzec, że debaty przedwyborcze w czasach obecnych są de facto pomyślane jako rodzaj bójki w słabo oświetlonym chlewiku. Dostajemy nadzwyczajną dawkę nieuprzejmości, kłamstw, prostackich żartów i szokujących poglądów na sprawy nieszokujące. Problemy trudniejsze są/będą sprowadzane do haseł skandowanych na wiecach od Końskich, poprzez dziesiątki miejscowości o nazwach odzwierzęcych, po miasta małe udające duże i duże udające małe. Analizy zjawisk i zdarzeń społecznych są/będą prezentowane na poziomie refleksji pantofelka. Sprawy geopolityki – z poziomu rozwielitki, czyli z horyzontem wyznaczonym przez rodzimą kałużę. Padnie mnóstwo grepsów, wymyślanych przez ludzi niedowcipnych dla niedowcipnych. To narzekanie nie jest ani rytualne, ani jak to się mawia – wyższościowe. Tak jest po prostu i kropka.
Specjaliści od „zaorania”
Czasy, w których ludzie wybierani w wyborach powszechnych mniej lub bardziej sensownie i kompetentnie spierali się na tematy merytoryczne, minęły dawno temu. Sztaby wyborcze pozbyły się doradców od spraw poważnych i wypełniły się specjalistami od „orania”. Powszechnym celem każdej dyskusji pod zbiorczym tytułem „ja panu nie przerywałem” jest zaoranie, a precyzyjnie rzecz ujmując: zaoranie całkowite. Moderatorzy takich spotkań specjalizują się w przerywaniu przerywającym. Sądzimy, że są już gwiazdy przerywania przerywającym i być może zobaczymy ich w którejś edycji „Tańca z gwiazdami”. Słowem, poza ogłoszeniami o zaoraniu nie dostaniemy – jak tu siedzimy – nic a nic.
Oczywiście będzie nieco interesujących tematów. Na razie przychodzą nam do głowy dwa i bardzo jesteśmy ciekawi, jak i czy zostaną wyeksploatowane. Chodzi nam tu o stosunek kandydatów na prezydenta Polski do amerykańskich ceł i ograniczenia aktywności amerykańskich wojsk. Nie ma tu nic do rzeczy, że podwyżka ceł jest na razie zawieszona, bo tak czy owak problem polskich kosztów związanych z ich podniesieniem kiedyś wróci. No więc – popatrzmy – sytuacja jest szalenie osobliwa, a przez to ciekawa z praktycznego i chyba też psychiatrycznego punktu widzenia. Oto kilku kandydatów, w tym jeden z dwójki najważniejszych, to kibice, by nie rzec: kibole Donalda Trumpa. Są oni po prostu tak wielkimi miłośnikami hasła głoszącego, że Ameryka znów będzie wielka, że koszt owej wielkości jest bez znaczenia. No więc tego tu jeszcze nie grali, żeby kandydat na prezydenta RP głośno popierał działania przywódcy obcego mocarstwa, mające zubożyć polskie państwo i obywateli. Bardzo podobnie rzecz ma się z wycofywaniem wojsk, mających przynajmniej teoretyczną moc odstraszania Rosjan. Tu zauważamy stosowanie pewnego manewru, opartego rzecz jasna na kłamstwie, że mianowicie obecny rząd zniechęca Amerykanów – mówiąc najdelikatniej – do obrony Polski. Jest to jedyne i wygodne tłumaczenie, choć wiadomo że D. Trump w tych sprawach nie ogląda się na nikogo ani na nic – ma po prostu taką ideę, za przeproszeniem, fix. Fiksacja ta jest w debacie jakiejkolwiek niewygodna, bowiem trzeba by powiedzieć o niej coś mądrego, a to jest wykluczone.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















