Szkoci mają Narodowego Poetę. Jego kadencja trwa kilka lat, otrzymuje wynagrodzenie, a jednym z obowiązków jest popularyzacja poezji

Kiedy mieszkańcy północno-wschodniej części Szkocji dowiedzieli się, że ich biblioteki zostaną zamknięte z powodu oszczędności, postanowili zaprotestować. Chcą przejąć wypożyczalnie i samodzielnie nimi zarządzać.
ze Szkocji
Czyta się kilka minut
Międzynarodowy Festiwal Książek w Edynburgu. 17 sierpnia 2021 r. // Roberto Riccutti / Materiały prasowe Edinburg Book Festival
Międzynarodowy Festiwal Książek w Edynburgu. 17 sierpnia 2021 r. // Roberto Riccutti / Materiały prasowe Edinburg Book Festival

W rybackim Macduff biblioteka mieści się kilkaset metrów od przystani – w przestronnym, niedawno odnowionym budynku. Można tu przeglądać książki samodzielnie albo poprosić o pomoc bibliotekarkę – jeśli poszukiwany tytuł nie jest dostępny na miejscu, zostanie sprowadzony z centrali. 

Biblioteka tętni życiem: są spotkania, zajęcia dla dzieci, raz w tygodniu zagląda na herbatę lokalna grupa spacerowa. Wiosną działa też „biblioteka nasion”, w ramach której mieszkańcy wymieniają się nasionami sadzonych w domowych ogródkach warzyw i kwiatów.

To ostatnie takie miejsce w okolicy – dawny ratusz, kiedyś centrum życia towarzyskiego, od lat stoi zamknięty. Dziś cała nadzieja w bibliotece.

Komitet obrony bibliotek

W listopadzie ubiegłego roku mieszkańcy Macduff – a także kilkunastu innych miejscowości w regionach Aberdeenshire i Moray w północno-wschodniej Szkocji – otrzymali wiadomość, że ich biblioteka zostanie zamknięta w ramach budżetowych oszczędności władz samorządowych. Uznano, że pożyczających książki jest coraz mniej, więc taniej będzie niektóre biblioteki zamknąć, a książki dostarczać w inny sposób. 

Nie wzięto pod uwagę funkcji, jakie te placówki pełnią – w małych miejscowościach są sercem społeczności, często jedynym miejscem, gdzie mieszkańcy mogą się spotkać. Dla wielu starszych osób wyprawa do biblioteki to szansa na rozmowę, bycie z innymi ludźmi. Ich zamknięcie to coś więcej niż tylko trudniejszy dostęp do książek.

Po serii protestów, zawiązaniu się komitetów obrony bibliotek, apelach w mediach i dyskusji w szkockim parlamencie, w niektórych miejscach z planów się wycofano. W kilku z nich grupy mieszkańców zaproponowały przejęcie bibliotek i samodzielne ich prowadzenie. W Macduff petycję w sprawie zachowania otwartej biblioteki podpisało ponad dwa tysiące osób – to więcej niż połowa wszystkich mieszkańców.

Kiedy odwiedzam bibliotekę w Macduff pod koniec kwietnia, jej los nadal się waży. Jak zawsze, kieruję się w stronę półek z książkami dotyczącymi historii regionu. Kiedyś z książki o wielorybnikach dowiedziałam się, że późniejszy twórca postaci Sherlocka Holmesa, szkocki pisarz Arthur Conan Doyle, w młodości służył na statku wielorybniczym. A że kilka razy wpadł do wody, zaczęto go nazywać „Wielkim Północnym Nurkiem”.

Tym razem znajduję książkę Christian Watt, urodzonej prawie sto lat temu w małej rybackiej osadzie Broadsea (teraz to część Fraserburgha). Życie Christian nie było łatwe, kilku członków jej rodziny, w tym syn, zginęło na morzu. Mimo wszystko pozostawiła po sobie fascynujące wspomnienia. To z nich dowiaduję się, że kiedy pracowała jako służąca, jej pani, chcąc ją wynagrodzić, zaproponowała jej materiał na nową sukienkę. Christian grzecznie odmówiła i zapytała, czy zamiast sukni mogłaby dostać... słownik. „Otworzył w moim życiu nowe królestwa” – pisała potem.

Kodeks dobrych praktyk

Edinburgh International Book Festival, który co roku odbywa się w szkockiej stolicy, jest jednym z największych na świecie. W tym roku swoje wspomnienia zaprezentuje na nim znana z czytelniczej pasji była premierka Nicola Sturgeon, regularnie polecająca książki na swoim Instagramie. Są też inne znane imprezy, jak Bloody Scotland, poświęcona kryminałom. W sumie co roku w całej Szkocji odbywa się 60 festiwali i targów książki.

Istnieje też wiele instytucji wspierających pisarzy i promujących książki, jak m.in. Scottish Book Trust czy Creative Scotland. Szkocję obejmuje swoim działaniem brytyjski związek zawodowy The Society of Authors, zrzeszający 12 tys. twórców. Jego szkocki oddział wspólnie z branżową organizacją sektora wydawniczego Publishing Scotland wypracował kodeks dobrych praktyk, regulujący relacje między autorami a wydawcami.

Jednak z raportu zamówionego w 2022 r. przez Literature Alliance Scotland, największą w tym kraju organizację zrzeszającą pisarzy, wydawców, bibliotekarzy i inne osoby ze środowiska literackiego, wyłania się mniej optymistyczny obraz. Według niego aż 25 proc. freelancerów w tych zawodach – pisarzy, redaktorów, korektorów, wydawców, tłumaczy, ilustratorów itp. – uważa, że nigdy nie otrzymuje uczciwego wynagrodzenia. Średni dochód wynosił niewiele ponad 21 tys. funtów – to mniej niż płaca minimalna. Ale aż 66 proc. ankietowanych nie zarabiało nawet tyle. Ponad połowa freelancerów spotkała się z kolei z oczekiwaniem, że będzie wykonywać swoją pracę za darmo.

Poeta na pełen etat

Makar” oznacza po szkocku twórcę, barda, poetę. Od 2004 r. istnieje oficjalne stanowisko makara – Narodowego Poety Szkocji (brytyjski odpowiednik, „poet laureate”, istnieje od XVII w.). Kadencja trwa kilka lat, makar otrzymuje wynagrodzenie, a do jego obowiązków należy popularyzacja poezji, a także pisanie wierszy na okoliczność ważnych wydarzeń państwowych. Obecnie makarem jest Pàdraig MacAoidh (Peter Mackay) – pierwszy poeta na tym stanowisku piszący głównie w języku gaelickim.

Wsparcie poezji i poetów w Szkocji nie oznacza jednak, że nie mają oni podobnych wyzwań jak twórcy w innych krajach. Zresztą sam Robert Burns – bard, który głęboko zapisał się w szkockiej kulturze i tożsamości – zmagał się z chronicznym brakiem pieniędzy. Mimo sławy i otwartych drzwi na salony Edynburga, był ubogi i choć desperacko trzymał się posady poborcy podatkowego, umarł zadłużony. Za to teraz związana z nim turystyka przynosi Szkocji ponad 150 mln funtów rocznie.

– Nie można być poetą na pełen etat, nawet w Szkocji. Nie zarobi się na tym dużych pieniędzy. Do niedawna ja też zawsze miałem jeszcze inną pracę – przyznaje Jim Carruth, znany szkocki poeta, działacz literacki i farmer. – Są dostępne pewne stypendia, ale tylko na krótkoterminowe projekty. Przewodniczę St Mungo’s Mirrorball – sieci stu poetów w Glasgow, którą założyłem dwadzieścia lat temu – i tylko dwóch z nich utrzymuje się z działalności związanej z pisaniem, takiej jak korepetycje, redagowanie itp.

Carruth wychował się na wsi, nadal pomaga bratu w gospodarstwie, a doświadczenia rolniczej społeczności i związek z ziemią to znaczące wątki w jego wierszach. Ostatnia książka Carrutha, „Far Field”, dokumentuje zmiany w rolniczym krajobrazie zachodniej Szkocji.

– Moja poezja jest często bardzo osobista, ale ważne jest dla mnie, by się nią dzielić – mówi Carruth, który chętnie czyta wiersze na spotkaniach autorskich w całym kraju. Podkreśla, że jego czytelnicy pochodzą zarówno z miast, jak i środowisk wiejskich. Jak zostaje się poetą w Szkocji? – pytam. – W moim przypadku niemal niechcący. Zawsze uwielbiałem czytać poezję, ale nigdy nie myślałem, że będę mógł ją pisać. Moją pasją było bieganie na długie dystanse. Kiedy kolana odmówiły posłuszeństwa, miałem nagle mnóstwo czasu... Myśli, które krążyły mi w głowie podczas biegania, zacząłem zapisywać na papierze. Mój brat wyrzucał starą maszynę do pisania, więc poprosiłem go o nią i tak się zaczęło – opowiada Carruth. Teraz, jak mówi, nie mógłby robić niczego innego.

Carruth zdobył wiele nagród, był makarem Glasgow i przyznaje, że tego rodzaju uznanie jest pomocne. Jednak poeci w Szkocji przyciągają dużo mniejszą uwagę niż inni twórcy.

Jim Carruth, 2016 r. // Fot. Guillem Lopez / East News

Szkoła pisania

Donald S. Murray, pochodzący z wyspy Lewis na Hebrydach Zewnętrznych, wielokrotnie nagradzany autor ponad dwudziestu książek, w tym zbiorów poezji, też na początku pisarskiej kariery miał drugą, „zwykłą” pracę – był nauczycielem. Pisać zaczął wcześnie – jeszcze gdy był studentem, jedno z jego opowiadań zostało zaadaptowane w radiu BBC, wygrał też konkurs dla młodych szkockich pisarzy.

– Pisałem zawsze, nawet gdy chodziłem do szkoły podstawowej. To była dobra szkoła, zachęcano mnie tam do pisania. Miałem szczęście do nauczycieli – mówi „Tygodnikowi”. Zaznaczmy, że chodzi o małą szkołę na Lewis, wyspie, na której mieszka ledwie kilkanaście tysięcy ludzi. Dała ona Murrayowi też coś jeszcze – dwujęzyczność. Angielski jest jego pierwszym językiem, ale w wieku kilku lat po przeprowadzce na Lewis nauczył się gaelickiego.

– Piszę częściej po angielsku, bo w tym języku precyzyjniej się wyrażam, ale zdaję sobie sprawę, że na rytm mojego angielskiego ma wpływ gaelik – mówi. – W Szkocji było i jest bardzo wielu pisarzy z dwujęzycznego środowiska. Moim zdaniem dwujęzyczność pomaga w pisaniu.

W szkockiej literaturze współistnieją właściwie trzy języki: angielski, szkocki i gaelicki. Publikowane są też książki w regionalnych dialektach, na przykład doryckim. Zdaniem Murraya, w porównaniu z sytuacją, gdy on zaczynał pisać i publikować, teraz wsparcie dla tworzących po gaelicku jest znacznie większe. I w ogóle władze mają wobec twórców bardziej – jak to określa – „przyjazny” stosunek. 

Wydawnictwo z przypadku i koszty brexitu

Obecny szkocki Makar Pàdraig MacAoidh – również pochodzący z Lewis – za swoje zadanie uważa „zachęcanie ludzi do tworzenia we wszystkich językach Szkocji, w dziesiątkach języków, którymi mówi się w tym kraju” i obserwowanie, co może się między nimi wydarzyć.

Neil M. Gunn był jednym z najważniejszych szkockich pisarzy pierwszej połowy XX w., zaangażowanym w szkocki ruch narodowy. Teraz co dwa lata odbywa się konkurs pisarski organizowany przez fundację Neil Gunn Trust.

Gunn urodził się w Dunbeath na północy Szkocji, gdzie zaczyna się też jego najbardziej znana powieść „Highland River”. W wiosce, w której mieszka około 160 osób, znajduje się dziś pomnik małego chłopca Kenna i łososia – bohaterów tej właśnie książki (ich zmagania w chłodny poranek w wodach strumienia otwierają powieść). 

Nieco dalej, za ostatnimi domami, blisko rzeki, znajdziemy wydawnictwo Whittles Publishing, publikujące głównie książki naukowe i non-fiction, ale też tytuły Gunna. Keith Whittles, założyciel wydawnictwa, opowiada, że wybór Dunbeath na siedzibę firmy był raczej przypadkowy – potrzebował miejsca na biuro, które mieściłoby się w budżecie.

Przypadkiem było też w pewien sposób założenie wydawnictwa. – Zacząłem pracować w 1978 r. w wydawnictwie Blackie & Son w Glasgow. Właśnie skończyłem moje badania do doktoratu z geologii i zmierzałem w stronę kariery akademickiej. Ale moja żona zobaczyła ogłoszenie o pracy dla redaktora w dziedzinie nauk ścisłych i inżynierii i stało się! – wyjaśnia Whittles. – Zostałem redaktorem freelancerem. Opuściłem Blackie w 1986 r., aby założyć Whittles Publishing Services, zaś Whittles Publishing Ltd powstało w 2003 r.

Wydawnictwo działa z powodzeniem od prawie ćwierćwiecza. Jednak rosnące w ostatnim czasie koszty papieru i wysyłki okazują się wyzwaniem. – Oraz okropna biurokracja przy próbach sprzedaży do Europy z powodu brexitu, który był ogromnym błędem – dodaje wydawca. – Co więcej, podczas gdy wszystkie koszty idą w górę, my nie możemy podnieść cen naszych książek, ponieważ czytelnicy również cierpią z powodu rosnących kosztów utrzymania. Można dostać jakąś pomoc, ale to niełatwe.

W przeszłości o wsparcie Whittles rzadko zabiegał, zdając sobie sprawę, że rodzaj literatury faktu, jaką publikuje, ma na to mniejsze szanse. – Teraz przechodzę już powoli na emeryturę – przyznaje – ale gdybym tylko był młodszy, chciałbym, by wydawnictwo dalej się rozwijało.


Przeciętny Brytyjczyk przeczytał w ubiegłym roku (albo wysłuchał w wersji audio) trzy książki. Połowa mieszkańców Wysp kupiła co najmniej jedną. 19 proc. skorzystało z biblioteki, a 28 proc. pożycza książki od znajomych i krewnych. Preferowana jest książka drukowana, a nie e-book czy wersja audio – tak wybiera aż 61 proc. czytających. 

Ale z przeprowadzonych dwa lata temu badań wśród szkockich dzieci i nastolatków (między 8. a 18. r.ż.) wynika, że w swoim wolnym czasie 27 proc. z nich czyta prawie codziennie, a ponad 61 proc. przynajmniej raz w tygodniu. Prawie połowę do czytania zachęcili rodzice lub opiekunowie, także dlatego, że niemal 62 proc. dzieci po prostu widziało, jak rodzice sami czytają książki. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 23/2025