Ile można wyczytać z historii syfilisu

Co byłoby, gdybyśmy żyli w obecności „być może”, z „nigdy się nie dowiemy”, z „teraz nie możemy tego sprawdzić na pewno”, z „wydaje mi się”?
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

Nasze doświadczenia, relacje, wypowiedzi, odbiór świata noszą w sobie chyba zawsze dozę fikcji – nie jesteśmy w stanie ocenić, w jakim stopniu. Zazwyczaj nie jest to niczyją intencją, nie chodzi o zamiar kłamstwa. Fikcja nie musi być kłamstwem; na ogół jest zaledwie opowieścią. Informacje, które rejestrują nasze umysły, i te, którymi dzielimy się sami, nie wypływają w świat w postaci surówki. Obróbce poddają je domysły, dopowiedzenia, przyzwyczajenia, preferowane wizje świata, których na ogół nie jesteśmy świadomi. Pisarz Leopold Buczkowski uważał, że fikcji podlegamy za każdym razem, gdy jakieś wydarzenia próbujemy łączyć w opowieść. Nie jest to stwierdzenie szczególnie sensacyjne, gorzej, gdy mamy przekonać się o jego naturze osobiście. Wszak wszyscy zmyślają, ale na pewno nie ja.

Być może łatwiej byłoby nam żyć, gdybyśmy dopuszczali do siebie obecność tej fikcji. Wtedy nasza wersja rzeczywistości nie musiałaby być jedyną ostateczną; bylibyśmy świadomi, że jest – no właśnie – wersją. Oczywiście, może być to świadomość przerażająca, wiem dlaczego: a więc moje myśli nie są jedynie moje; to, co uważam za swoje wspomnienia, mógł przeżyć ktoś inny, a wydarzenia ułożyły się w bliższą mnie samej, nie gołym faktom, opowieść. Słyszę echo czy szmer tam, gdzie jest cisza; widzę twarz czy ruch tam, gdzie są losowe wzory. Przyznać się do tego przed sobą – to dla niejednego musi być straszne. Chcemy polegać na własnej pamięci, wiedzy, móc na nie przysiąc, a nie tylko przyznać, że się nam wydaje. Stracić pewność co do własnego umysłu to jak spojrzeć w przepaść tuż pod własnymi nogami.

Ale może warto w nią patrzeć. Bywa, że kilka fikcji negocjujących ze sobą nawzajem może się utrzeć, dać odpowiedź najbliższą odpowiedzi na pytanie „jak było”. Raczej nie będzie to satysfakcjonująca odpowiedź, lecz wahanie, spekulacja, spore „być może”. Co by było, gdybyśmy żyli w obecności „być może”, z „nigdy się nie dowiemy”, z „teraz nie możemy tego sprawdzić na pewno”, z „wydaje mi się”. To brzmi jak ćwiczenie z pokory: zaakceptować niedosyt. Brzmi jak zachęta do godzenia się z rozczarowaniem, z takosobością świata. A przede wszystkim – do rezygnacji z czucia się arbitrem prawdziwości.

Niedawno zaabsorbowała mnie lektura znalezionej przypadkiem w gościnnej biblioteczce książki z zakresu historii życia codziennego. Podczytywanie jej w pociągu i zabawne zakłopotanie współpasażerów na widok tytułu, to osobna anegdotka („Niemoc z Neapolu, czyli historia syfilisu” Claude’a Quetela), jednak ważniejsze było w niej co innego, zupełnie nieanegdotycznego: przypomnienie, jak istotne są wątpliwości. Na każdym kroku autor gasił chęć dopatrywania się sensacji, przypominając, że cytowane świadectwa bywały pamfletami, służyły zdyskredytowaniu kogoś, przeforsowaniu jakiegoś pomysłu, a czasem były bardzo subiektywnym wyznaniem i nie możemy traktować ich jako neutralnych zapisów przeszłego świata. Quetel bardzo otwarcie mówił „być może” i gasił wszelką pokusę sensacji – choć temat jego książki na pewno musiał rozbudzać takie ambicje.

To przy okazji korzyść płynąca z czytania znalezisk bibliotecznych sprzed lat na zmianę z nowościami. Dzisiaj próbowano by tę książkę zapewne zapowiadać sloganem „znany historyk UJAWNIA I DEMASKUJE!”. Konfrontacja z taką lekturą przynosi rozczarowanie, lecz jest ono najlepszym z możliwych: wspaniale i odświeżająco jest czytać, że ktoś nie wie i wstrzymuje się od jednoznacznych sądów, że można zrezygnować z poszukiwania za wszelką cenę sensacji. Taka pokora to dzisiaj śmiałość, a może wręcz brawura.

Co jakiś czas pojawiają się zasadne wątpliwości co do wiarygodności reportażu, biografii, rozmowy. Sabotuje je pośpiech, pragnienie nowości, pokusa pewnych i pozbawionych wątpliwości rozstrzygnięć, złudny wdzięk mocnej tezy. Przez to pamflet czy satyrę czytamy jako świadectwo z pierwszej ręki, kadr z filmu fabularnego jesteśmy skłonni wziąć za wstrząsający dokument. Wszystko pożera żywioł fikcji podającej się za bezdyskusyjny fakt.

Jestem przekonana, że na dłuższą metę zwycięży ten, kto nie boi się powiedzieć „być może”, kto dopuści do siebie tę heretycką myśl, że i w jego umyśle rozgościła się fikcja, kto nauczy się żyć z niedosytem i oderwie się od pewności. Fikcja stanie się dlań niedoskonałym suflerem, którego nie można eksmitować, nie trzeba go zawsze słuchać, ale można też podjąć życzliwą współpracę.

Być Morze / Fot. Olga Drenda

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 29/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Fakcje i fikty