Historia jako siła i balast

Reanimowany niedawno spór o Jedwabne i debata wokół rzezi na Wołyniu odsłoniły smutną prawdę: większość Polaków woli być ślepa na jedno oko. Różni nas tylko to, że nie chcemy widzieć różnych rzeczy.

24.10.2016

Czyta się kilka minut

Kadr z filmu „Wołyń”: polsko-ukraińskie wesele / Fot. Krzysztof Wiktor / MATERIAŁY PRASOWE
Kadr z filmu „Wołyń”: polsko-ukraińskie wesele / Fot. Krzysztof Wiktor / MATERIAŁY PRASOWE

Po świecie krąży wiele strasznych kłamstw, ale najgorsze, że połowa z nich jest prawdą”.
 

Winston Churchill

Latem 1945 r. w trzech willach uzdrowiska w Rabce powstał ośrodek dla około setki żydowskich dzieci. Ciężko chorych i wygłodniałych; często osieroconych podczas wojny.

Pierwszy atak nastąpił w niedzielę 12 sierpnia. Do willi wpada granat i eksploduje przy łóżku 13-latki. Ktoś zatrudnionym w ośrodku Polakom grozi ogoleniem głów. Nie chcą iść do pracy. Wojewódzki Komitet Żydowski z Krakowa wysyła do Rabki dziesięciu żydowskich żołnierzy.

Za tydzień nieznani sprawcy znowu ostrzeliwują wille. Nazajutrz ochronę wzmacnia oddział MO z Nowego Targu. Dzieci śpią poukrywane w piwnicach i korytarzach. Byle z dala od okien. Po kolejnym tygodniu napastnicy ostrzeliwują ośrodek z ręcznych karabinów maszynowych i sowieckich pepesz, a nawet niemieckiego Panzerfausta.

Ośrodek zlikwidowano we wtorek 28 sierpnia. „Ci, którzy mogli, wrócili do swych rodziców, część dzieci wysłano do domów dziecka w Otwocku i Bielsku. Te najbardziej chore i nieposiadające opiekunów wysłano do sierocińca w Zakopanem. Dzieci pod wpływem strachu przed kolejnym napadem straciły na wadze, a stan ich zdrowia uległ pogorszeniu” – czytamy w artykule Karoliny Panz zamieszczonym przed rokiem w 11. tomie pisma Centrum Badań nad Zagładą Żydów Instytutu Filozofii i Socjologii PAN.

Kto strzelał? Niemcy – sądził Oleś Aronowicz. Jak na siedem lat, chłopiec był wyjątkowo precyzyjny: „Siostra Gusta zawsze nas posyłała pod łóżko i pod łóżko, a myśmy nie chcieli. Jednej nocy wystrzelali oni z 2400 kul. Jeden sierżant, który nas bronił, opowiadał mi o tym. Pewnego razu Niemcy wrzucili granat do jednego pokoju, gdzie spała chora dziewczynka, i łóżko się znalazło gdzieś za oknem, a ona na szafie”.

Byleby wypadków nie było

Oleś się jednak mylił. W Rabce od dawna nie było Niemców. Ale po latach w piekle Holokaustu dziecku zapewne nie przychodziła do głowy inna możliwość. Gdyby nawet Olesiowi odczytano dokumenty, które po kilkudziesięciu latach zgromadziła doktorantka z Uniwersytetu Warszawskiego – może i tak nie byłby w stanie uwierzyć?

Pierwszy granat – jak ustaliła Karolina Panz – rzucić miał uczeń rabczańskiego Prywatnego Gimnazjum Sanatoryjnego Męskiego dr. Jana Wieczorkowskiego. Mieczysław Klempka ps. „Kot” należał do niepodległościowego oddziału ROAK. Przemożny wpływ na gimnazjalistów miał katecheta i wikary parafii św. Marii Magdaleny. To ks. Józef Hojoł pisał listy z pogróżkami, które potem podrzucał Klempka. Gdy to nie przyniosło skutku, zaczęła się przemoc. Kiedy rodzony ojciec zbeształ syna, ksiądz wziął chłopaka w obronę. Tłumaczył, że „nie szkodzi, jeżeli skupiska żydowskie przepędzi się, byleby wypadków nie było”.

Ks. Hojoł był zdeklarowanym antykomunistą. Po pierwszym aresztowaniu w październiku 1946 r. został skazany za wrogą działalność przeciw ustrojowi w okresie przedwyborczym. Wkrótce miał się ugiąć i zgodzić na współpracę z bezpieką. Nie zachował się jednak żaden ślad po jego donosach. Wiadomo natomiast, że w 1948 r. kategorycznie odmówił kontaktów i dostał pół roku więzienia. Przed pięcioma laty w kościele św. Marii Magdaleny odsłonięto tablicę ku jego czci.

Krew z krwi i kość z kości

Nadeszły czasy, gdy trzeba powtarzać oczywistości. A zatem oczywistość pierwsza: historia jest skomplikowana. Naturalnie znamy przykłady krystalicznych bohaterów i zepsutych do szpiku morderców. Szlachetnych patriotów i zdegenerowanych zdrajców. Świętych i grzeszników. Ale nierzadko w jednym człowieku siedzą i dobro, i zło, całkiem nieźle znosząc wzajemne sąsiedztwo. A co dopiero mówić o narodzie złożonym z milionów jednostek?

Przyjmując jednak narrację, która od roku kolonizuje naszą publiczną debatę, a przejawia się m.in. w reaktywowanym sporze o Jedwabne – mielibyśmy problem z odpowiedzią na pytanie, kto usiłował wypędzić z Rabki żydowskie sieroty.

Bo jak tu się wyprzeć Mietka Klempki i jego duchowego mentora? Mielibyśmy pokrętnie tłumaczyć, że nie byli Polakami, ale antysemitami z Księżyca? Zaprzeczyć, że nie działali w antykomunistycznym podziemiu? Nie ryzykowali w czasach, gdy za drobniejsze sprawy można było skończyć z kulą w potylicy?

Najgłębsze poczucie wspólnoty z własnym narodem nie może ograniczać się do postaci pomnikowych i bez skazy. Zło trzeba piętnować; potępić bez fałszywych usprawiedliwień. Ale udawać, że tamten człowiek nie mówił naszym językiem, nie czytał Sienkiewicza i nie śpiewał Godzinek o Niepokalanym Poczęciu – po prostu się nie godzi. To byłoby nie tylko zakłamywanie historii, lecz również przejaw niedorozwoju: i sumienia, i tożsamości.

Odpowiedzialność, nie wina

Niedawno tygodnik „Der Spiegel” rozpoczął druk reporterskiego cyklu Navida Kermaniego, orientalisty i pisarza, który wyruszył w drogę po „obrzeżach Zachodu”. Kermani ma podwójne obywatelstwo, niemieckie i irańskie. Jego rodzice wyemigrowali z Bliskiego Wschodu i osiedlili się w RFN pod koniec lat 50. Ich czwarty syn urodził się już w Siegen nad rzeką Sieg.

Trzeciego dnia podróży przez Europę Środkową Kermani dotarł do Auschwitz-Birkenau. Tam wdał się w rozmowę z młodymi Izraelczykami, którzy nie byli w stanie pojąć, dlaczego pisarz o perskich korzeniach czuje się tu „winny, a właściwie nie tyle winny, ile przynależny do sprawców, a nie ofiar”. Kermani starał się wyjaśnić to na przykładzie Willy’ego Brandta. Bo tu nie chodzi o „osobiste sprawstwo, ale o odpowiedzialność za miejsce, w którym przyszło nam żyć”.

Kermani pisze, że w Auschwitz „mordowano po niemiecku”. Po niemiecku padały rozkazy, prowadzono służbową korespondencję i napisano instrukcję użytkowania na puszkach z cyklonem B. Dlatego każdy, dla kogo niemczyzna jest ojczyzną, a zwłaszcza pisarz, który z tego języka żyje – powinien zamilknąć, przechodząc przez bramę „Arbeit macht frei”.

Część zamiast całości

Biorąc pod uwagę, jak głupie stały się polskie debaty, wyraźnie zaznaczam: nie stawiam znaku równości między III Rzeszą i okupowaną czy tużpowojenną Polską; między niemieckim ludobójstwem na skalę przemysłową i przypadkami, gdy Polacy dopuszczali się przemocy wobec żydowskich sąsiadów. Staram się tylko pokazać ogólną zasadę etyki.

Zresztą – nie wolno lekceważyć polskich lęków, w części przecież uzasadnionych, że przegramy zbiorową pamięć świata. Że naszym udziałem stanie się powszechna, choć niezasłużona hańba. Że nie obronimy się przed uproszczeniami, które powstają na podstawie mechanizmu pars pro toto.
Proste zdanie, że Polacy mordowali Żydów, z czysto faktograficznego punktu widzenia jest poprawne. Tak, niestety, byli Polacy, którzy dopuścili się podobnych zbrodni. Zarazem jednak, gdy słyszymy taką konstatację sauté – wszystko się w nas zaczyna burzyć, i słusznie. Pojawia się bowiem niebezpieczeństwo, że w ramach triady Sprawca-Ofiara-Świadek zostaniemy jako naród w całości przeniesieni do kategorii katów. A przecież miażdżąca większość naszych przodków była po stronie ofiar bądź obserwatorów – na ogół sterroryzowanych przez okupanta, kierujących się wrodzonym instynktem przetrwania, nieraz też jednak po prostu biernych, obojętnych albo niechętnych. Jakakolwiek byłaby nasza dzisiejsza ocena tamtych postaw, wciąż mamy do czynienia z czymś diametralnie różnym od udziału w zbrodni.

Dramat w tym, że nowa polityka historyczna podsuwa najgorsze lekarstwa na wspomniane lęki, np. pomysł, aby każdy, kto przypisuje narodowi polskiemu (współ)odpowiedzialność za zbrodnie popełnione przez III Rzeszę, podlegał karze. Zwłaszcza że przedstawiciele władzy dziwnie ociągają się z zapewnieniem, że mglisty zapis nie będzie wykorzystywany np. do wytaczania procesów rzetelnym historykom. A co z książkami o szmalcownikach? Granatowych policjantach?

Z reguły cenzura jest przejawem słabości, na dodatek w czasach internetu – narzędziem kompletnie nieskutecznym, a wręcz kontrskutecznym. Trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że za histerycznymi próbami wymazania wszystkiego, co położyłoby się cieniem na wizerunku narodu bez skazy, kryje się też coś poważniejszego: zdrada ofiar.

Kowalski okradł wdowę

Przyjmując znowu retorykę niektórych środowisk narodowo-konserwatywnych, trzeba byłoby napisać, że np. ataki na żydowskie dzieci w Rabce nie miały większego znaczenia. Nikt przecież nie zginął. Zresztą wiadomo: Żydzi witali Sowietów wkraczających w 1939 r. do Polski, współpracowali z komunistami, wydawali członków patriotycznego podziemia, współtworzyli bezpiekę… Mało kto na prawicy ośmieli się powiedzieć to wprost, ale w gruncie rzeczy usiłuje się nam wmówić, że Żydzi sami sobie zgotowali ten los.

Pytanie tylko, co z wyrywaniem paznokci żołnierzom AK miała wspólnego dziesięcioletnia Mira Bram, osierocona w czasie wojny? Jaki jest związek między losem ośmioletniego Benka Brandera, który patrzył na śmierć matki, gdy ukrywali się po piwnicach Przemyśla – i stalinowskimi oprawcami m.in. żydowskiego pochodzenia? Czym wyjaśnimy fakt, że z Rabki usiłowano przepędzić siedmioletniego Jerzego Cynsa, na którym w Auschwitz przeprowadzano eksperymenty pseudomedyczne?

To prawda: zadaniem historyka jest szkicować szerszy kontekst, analizować płytsze i głębsze przyczyny zjawisk i wydarzeń. Ale rozumieć nie oznacza usprawiedliwiać, umniejszać, bagatelizować czy lekceważyć zło.

Zgoda: historyk nie jest sędzią, prokuratorem ani adwokatem. Ale odkrywając fakty z przeszłości – siłą rzeczy bywa narzędziem sprawiedliwości. Zwłaszcza dla tych, którzy nawet symbolicznego zadośćuczynienia nie doczekali za swego życia.

Za każdym razem dziejowa sprawiedliwość bierze górę nad fałszem i towarzyszącym mu często milczeniem, gdy wreszcie nazwiemy rzeczy po imieniu. Weźmy banalny przykład: Jan Kowalski okradł wdowę z dzieckiem. Tymczasem, wyobraźmy sobie, przez lata mówi się, że nieznany z imienia i nazwiska człowiek, przymuszony zapewne ciężką sytuacją materialną, pożyczył, ale niestety nie oddał mienia, którym dysponowała niepełna rodzina.

Dopóki jasno nie powiemy, jak było naprawdę – po uszy tkwić będziemy w kłamstwie i hańbie, pozbawiając ofiarę minimum godności i sprawiedliwości. I tu najwyższa pora na drugą oczywistość: całą przeszłość trzeba mierzyć identyczną miarą. Nie wolno dostosowywać skali do własnego widzimisię albo bieżących okoliczności.

Kaszka z mleczkiem

W lipcu tego roku zdominowany przez PiS Sejm przyjął uchwałę, która rzeź na Wołyniu z 1943 r. nazywa ludobójstwem. Reakcji ukraińskich można się było spodziewać. Polskich także, bo u nas od razu wybuchła debata, która obnażyła codzienną hipokryzję i moralność Kalego. Tym razem jednak nie na prawicy.

Otóż ta strona sporu polsko-polskiego, która z reguły krytykuje rodaków za niechęć do odważnego zmierzenia się z prawdą o naszym antysemityzmie – grillowała sejmową uchwałę, ile wlezie. Rzecz charakterystyczna: nikt wprawdzie nie kwestionował, że rzeź wypełnia kryteria definicji ludobójstwa, ale litania narzekań i zastrzeżeń była długa, chociaż dość przewidywalna.

Usłyszeliśmy, że polsko-ukraińskie pojednanie; że może za kilka lat, ale nie w chwili, gdy rosyjski Hannibal u bram; że Ukraińców z trudem kształtujących swą narodową tożsamość trzeba oszczędzić; żebyśmy tak się nie wywyższali, bo też nie mamy czystego sumienia; że niepotrzebnie podsycamy antagonizm; że zamiast w przeszłość powinniśmy patrzeć w przyszłość itd. To samo powtarza się jak mantrę w najświeższych dyskusjach sprowokowanych przez film „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego.
Żeby zdemaskować płyciznę powyższego myślenia, wystarczy prosty eksperyment: w miejsce Wołynia wstawiamy Jedwabne albo pogrom w Kielcach. Czy naprawdę mieliśmy milczeć o mordach na żydowskich sąsiadach, bo… Polacy z trudem podnoszą się z kolan po dekadach komunistycznego upodlenia; bo nie ma sensu im dokładać balastu; bo utrudnimy i tak niełatwe pojednanie polsko-żydowskie; bo Żydzi też nie są wcale tacy święci; bo zamiast przeszłością należy zająć się przyszłością itd.

Serio?

Umęczeni kolonialnym uciskiem

Jurij Szuchewycz, ukraiński polityk, długoletni więzień gułagu i syn słynnego dowódcy UPA, tak zdefiniował wydarzenia na Wołyniu: „Partyzancka wojna i masowe antypolskie wystąpienie ukraińskiego ludu, z jednej strony umęczonego kolonialnym uciskiem Polaków, a z drugiej podejmującego samorzutne akcje samoobrony przeciw groźbie i aż nadto czytelnym, brutalnym próbom przywrócenia statusu quo ante bellum”.

Nie da się zaprzeczyć: Polacy mają sporo na sumieniu wobec Ukraińców, by wspomnieć wyłącznie o burzeniu cerkwi w międzywojniu. Tych ciemnych kart nie pomija też sejmowa uchwała. Z moralną precyzją, czego wielu nie spodziewało się po posłach prawicy, w tekście podkreślono, że „nie można przemilczeć ani relatywizować polskich akcji odwetowych na ukraińskie wioski, w wyniku których także ginęła ludność cywilna”. Ale powtórzmy: żaden kontekst nie usprawiedliwia nabijania niemowląt na sztachety.

Ofiarom nikt życia nie przywróci. Nam, współczesnym, pozostaje nazwać ich śmierć po imieniu. Albo nakręcić wstrząsający film. Zaprawdę uczciwy, skoro przy temacie tak drażliwym jedyny konkretny zarzut merytoryczny odnosi się do sceny ze święceniem w cerkwi siekier, przyszłych narzędzi zbrodni. Że to słabo osadzone w źródłach.

Jest w tych polskich głosach krytycznych o „Wołyniu” coś jeszcze innego; coś, czego ich autorzy chyba nie do końca są świadomi. Po pierwsze, brak zaufania do rodaków: że opacznie zrozumieją dzieło Smarzowskiego i zapałają żądzą zemsty na Ukraińcach. Tę obawę jeszcze można zrozumieć o tyle, o ile wziąć pod uwagę odradzający się w naszym kraju prymitywny nacjonalizm, co niestety odbywa się przy milczącym przyzwoleniu rządzących.

Jednak (po drugie) w tych zaklęciach na temat troski o Ukraińców – młody naród zmagający się z putinowską agresją – dźwięczy nieznośny paternalizm i poczucie wyższości. Przekonanie, że dobry, lecz prosty lud ukraiński nie jest w stanie przyjąć, iż jego praszczur – bojowiec UPA mężnie walczący o niepodległą Ukrainę – mógł też obdzierać ze skóry niewinne kobiety i dzieci. Innymi słowy: pojąć, że historia bywa skomplikowana. Patrz oczywistości numer jeden i dwa.

Niepodległość z pogromem w tle

Trzecia oczywistość: Polski i Polaków nie sposób zrozumieć bez historii. To nasza siła, która pozwoliła przetrwać najciemniejsze chwile. Ale czasem i balast. Z reguły historia napawa nas dumą, ale bywa też, że zaboli.

Albo pogrąży w schizofrenii, w wewnętrznym rozedrganiu. Pytanie: 8 maja Polak powinien się cieszyć czy smucić? II wojnę przegraliśmy czy wygraliśmy? Biorąc pod uwagę chłodną kalkulację, czyli założenie, że wojnę obronną prowadzi się po to, żeby zachować niepodległość i integralność terytorium, a także ocalić życie obywateli – przegraliśmy z kretesem. W dużym stopniu utraciliśmy suwerenność, nasze granice uległy drastycznym zmianom. Straciliśmy sześć milionów obywateli.
Ale jak tu zarazem nie stanąć w jednym szeregu ze zwycięzcami? Przecież Poland first to fight! Tobruk, Monte Cassino, Falaise, biało-czerwony sztandar nad Berlinem. Polskie Państwo Podziemne i naród, który nie miał swojego Quislinga…

Naszą historię musimy nieść niczym skarb, nawet jeżeli czasem nieznośnie nam ciąży.

Wydawało się zresztą, że wielka debata o naszych dziejach najnowszych już się odbyła i zakończyła. Kiedy trwał najgorętszy spór o Jedwabne, w tytule artykułu Andrzeja Nowaka pojawiło się pytanie symboliczne i fundamentalne: Westerplatte czy Jedwabne? Paweł Machcewicz słusznie odpowiedział: i Westerplatte, i Jedwabne. A nieżyjący już Tomasz Merta doprecyzował, że wspólnota potrzebuje ideałów – nie ma sensu wypominać narodowi wyłącznie czynów haniebnych. Nieprzypadkowo święto narodowe obchodzimy 11 listopada, a nie 4 lipca, w rocznicę pogromu kieleckiego. Ale to nie znaczy, że o tamtym mordzie mamy zapomnieć.

Potknąć się o prawdę

Dziś trudno oprzeć się wrażeniu, że nagle robimy kilkanaście kroków wstecz, i awantura zaczyna się od nowa. Wahadło ostro wychyla się w prawo. Kiedyś jednak odbije, usiłując powrócić do równowagi. Historią można brutalnie manipulować, ale historia uczy też, że w dziewięciu przypadkach na dziesięć prawda w końcu wychodzi na wierzch. Przez kilkadziesiąt lat komunistom nie udało się zakorzenić kłamstwa, że Armia Krajowa to zaplute karły reakcji. Dziś narodowym bohaterem jest Witold Pilecki, a nie Feliks Dzierżyński.

Kiedyś Churchill złośliwie podsumował jednego z brytyjskich polityków: „Przypadkowo potknął się o prawdę, ale szybko się podniósł i pomknął przed siebie, jakby nic się nie stało”.

Prawda na szczęście ma to do siebie, że w końcu się o nią potkniesz. A jeżeli będziesz udawał, że nic się nie stało – pobiegniesz donikąd. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Były dziennikarz, publicysta i felietonista „Tygodnika Powszechnego”, gdzie zdobywał pierwsze dziennikarskie szlify i pracował w latach 2000-2007 (od 2005 r. jako kierownik działu Wiara). Znawca tematyki kościelnej, autor książek i ekspert ds. mediów. Od roku… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 44/2016