Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy usłyszałem o Hiromi Kawakami. Może tak musi być, bo japońska autorka montuje swoje książki z zatartych fragmentów wspomnień. Czasem wątki się odkształcają, czasem pojawia się bohater z innego wymiaru, nieraz wszystko brzmi nieprawdopodobnie – jak wyciągnięte z przykurzonych szufladek pamięci. Nie ma co liczyć na realistyczny ciąg zdarzeń, ale w niczym to nie przeszkadza. Pierwsza cecha jej opowieści: nikt tu nie kwestionuje nawet najbardziej nieprawdopodobnych zdarzeń. Nie ma wyboru, wierzysz w każde słowo.
Choćby w historię Kei, matki nawiedzanej przez duchy w „Manazuru” (2011, wydanie oryginalne: 2006). W Karakterze właśnie ukazało się wznowienie tej powieści. Nowy projekt okładki – tym razem malowana twarz zamiast abstrakcyjnej kompozycji – zdradza równie niewiele, co szata graficzna w pierwotnym projekcie Przemka Dębowskiego.
Z daleka
To kolejne wznowienie Kawakami na polskim rynku wydawniczym, japońska autorka ewidentnie trafiła u nas na podatny grunt. Jeśli miałbym zgadywać, skąd to zainteresowanie, stawiałbym na działanie stereotypu, na pierwszy rzut oka całkiem nieszkodliwego, a może nawet przyjaznego. Literaturę japońską utożsamiamy z kilkoma powtarzalnymi motywami: dziwność, medytacyjność, natura, duchowość. Już się chce czytać? Przez lata karmiono nas podobną wizją tamtejszej kultury i dopiero takie inicjatywy, jak Festiwal Filmowy Pięć Smaków albo seria Proza Dalekiego Wschodu Państwowego Instytutu Wydawniczego do spółki z wydawnictwami Tajfuny i Karakter wypracowały uczciwy obraz azjatyckiej kultury – z całą jej różnorodnością, której nie daje się sprowadzić do tych kilku modnych i prostych do przyswojenia haseł.
W Polsce często nadal święcą triumfy wersje pop japońskiego mitu. Książkę „Zanim wystygnie kawa” Toshikazu Kawaguchiego w ubiegłym roku kupiło u nas więcej osób niż mieszka w moim byłym wojewódzkim mieście, a film „Perfect Days” Wima Wendersa zebrał jeszcze bardziej imponującą widownię, zwłaszcza jak na artystyczne kino o samotnym czyścicielu toalet z Tokio. W pierwszym przypadku mamy do czynienia z prozą w stylu feel-good, oferującą prosty rodzaj przyjemności z obcowania z niespieszną i niewymagającą wysiłku lekturą. Drugi przypadek to stereotypowe wejrzenie w „japońską duszę” – Wenders kręci Kōjiego Hashimoto, jakby jego postać była ulepiona tylko z niezachwianego etosu pracy i stoickiego spokoju, a całe tło wydarzeń jest do przesady uładzone. Dość powiedzieć, że większość filmu spędzamy z bohaterem w toaletach publicznych, a z tego doświadczenia najwidoczniej mamy zapamiętać głównie czułe spojrzenia, eleganckie cienie i sterylne posadzki.
Proza Kawakami stoi na nieco innym biegunie estetycznym. Choć „Manazuru” czy „Nadepnęłam na węża” rzeczywiście dostarczają jak najprzyjemniejszych wrażeń, to w swojej podszewce mają oryginalne i skomplikowane koncepty dotyczące czasowości albo niejednoznaczne refleksje o związkach człowieka z naturą. Choćby dlatego Kawakami wypada wyjątkowo ciekawie na tle modnych polskich przekładów azjatyckiej prozy. Jeśli szukać mocnego i oryginalnego japońskiego głosu na półkach naszych księgarń, to właśnie u niej.
Pod futrem
Debiutowała w 1994 r. osobliwym opowiadaniem „Niedźwiedzi bóg”. Da się je przeczytać dosłownie w paręnaście minut, fabułka przypomina dziecięcą bajkę, pointa jest niejednoznaczna. Ta metaforyczna historia dołączenia niedźwiedzia do ludzkiego sąsiedztwa jest najlepszym wprowadzeniem do tekstów Kawakami. Sama wspomina, że zachwyt zbiorami baśni był jej formacyjnym doświadczeniem. Z futrzakiem obcujemy na tyle krótko, że nie zdążamy zorientować się w jego zamiarach, ale też na tyle blisko, że nie zarzucimy mu wrogości. Spod sierści ewidentnie bije przyjazne ciepło, a gesty zwierzaka, choć nieporadne, mają w sobie mnóstwo czułości.
Kawakami szukała tu przede wszystkim sposobu na opis zaniku więzi międzyludzkich. Przez baśniową soczewkę patrzyła na własnych sąsiadów i stwierdzała, że niewielu miałoby zaufanie do obcego przybysza. Do polskich czytelników i czytelniczek „Niedźwiedzi bóg” trafił po dwudziestu pięciu latach od premiery za sprawą wydawnictwa Tajfuny, już w wersji zaktualizowanej. Bo kiedy już wydarzyła się Fukushima, dawna opowiastka o przyjaznym niedźwiedziu potrzebowała dostosowania do nowych warunków.
Kawakami zrobiła z nią więc to, co robi się z każdym remake’iem – podrasowała język, zmieniła dekoracje, dodała współczesny kontekst. W „Niedźwiedzim bogu 2011” zastajemy więc bohaterów w maskach i skafandrach, ciągle gadających o „tamtym wydarzeniu” (ano koto). Nie zmienił się tylko wydźwięk całości – to nadal rzecz o dystansie i braku zaufania, tylko jeszcze bardziej aktualna. Przy zachowaniu regularnego cyklu takiego przepisywania moglibyśmy co cztery lata dostawać kolejną wersję opowiadania. Wspomnienie pandemii nadałoby się do tego idealnie. Pewnie nie gorzej wypadłby „Niedźwiedzi bóg 2028” w kontekście kryzysu migracyjnego. Możliwości będzie sporo.
Dający się czytać w różnych kontekstach debiut mógłby oczywiście świadczyć o uniwersalizmie Kawakami. Nie wiem jednak, czy w rzeczywistości nie zależy jej bardziej na wyłuskiwaniu tego, co specyficzne i lokalne. Dlatego, poza bajkową alegorią, „Niedźwiedzi bóg” jest też wycinkiem z życia konkretnego miejsca. Kraju, który przypłacił erę prosperity izolacją i zwrotem ku indywidualizmowi. Który za piękno natury regularnie składa ofiarę kataklizmom. Zupełnie jakby eksploatowana przyroda musiała raz na jakiś czas wyrównywać rachunki i nie pozwalała na trwały spokój żyjącym na wyspach. Jeśli w książkach Kawakami szukać ogólniejszej diagnozy ludzkiego doświadczenia, to skupiałaby się ona dokładnie w słowie „nietrwałość”.
Na moment
Dowody tej nietrwałości nawarstwiają się w języku. W zaktualizowanym opowiadaniu widać to jak na dłoni. Życie w czasach „po tamtym wydarzeniu” wymusza dodanie do codziennego słownika dziwacznych słów: dekontaminacja, stront, mikrosiwerty. A w posłowiu do „Niedźwiedziego boga 2011” sama autorka pisze o nieuchronnym oswajaniu się z językiem naznaczonym traumą. Skoro istnieje ciągła zmienność, musi też nastąpić przyzwyczajenie. Kawakami robi wszystko, żeby ten fakt nie stał się przezroczysty. Zajmują ją wszelkie rodzaje nietrwałości, ale nie dopuszcza do czytelniczego przyzwyczajenia, które mogłoby nas uodpornić na znajomo brzmiące problemy. Kolejne książki mocno się więc od siebie różnią, choć na pierwszym planie zawsze pozostaje jej naczelny temat.
Do tego stopnia, że trudno mi myśleć o „Nadepnęłam na węża” (2010, wydanie oryginalne: 1996) – późniejszym o dwa lata od debiutu zbiorze opowiadań – inaczej niż w nawiązaniu do „Metamorfoz” Owidiusza czy „Przemiany” Franza Kafki (w każdym razie czegoś z synonimem zmienności w tytule). Już sama konstrukcja książki z opowiadaniami każe nie przywiązywać się do kolejnych bohaterów, skoro za chwilę wkroczą jeszcze kolejni. Ale poczucie nietrwałości bierze się tutaj skądinąd. Gdybym miał strzelać, powiedziałbym, że gdzieś z literackich rejonów Gabriela Garcíi Márqueza, który musiał najsilniej wpłynąć na poetykę „Nadepnęłam na węża”. Zresztą pisarka wymieniła go kiedyś jako istotny punkt odniesienia, tuż obok J.G. Ballarda.
Nie żeby Kawakami szła w ślepe naśladownictwo. Z Márqueza uchowało się tu głównie wrażenie jednoczesności świata realnego i magicznego. We współczesnej Japonii spotykają się ludzie, zwierzęta i postaci fantastyczne, kret czy wąż mają tyle samo mocy sprawczej, co człowiek lub gadające kiwi. Czasem stają się wręcz jedną postacią, manifestując wspólnotowość ponad gatunkowymi podziałami, innym razem wymieniają się tożsamościami albo wpadają na siebie jak równi na równych. W tle często zaznaczają się problemy wprost z japońskich ulic – w tytułowym opowiadaniu węże niepokoją rodzaj ludzki, bo ich siedliska zalewa beton. Podobna sprawa wybrzmiewa jeszcze dobitniej w finałowych „Zapiskach z pewnej niezwykłej nocy”. Zaczyna się niewinnie, a kończy niepokojąco: „Ludzie (…) kopią doły i wbijają w nie głęboko słupy, łączą belki, by postawić wieżę (…). Miasto rośnie w oczach. Gdy jest już gotowe, ludzie, pogwizdując, chowają piły, młoty, dłuta i motyki, siadają i zaczynają pysznić się swoim dziełem”.
W obecności
Co prawda „Zapiski…” są spełniającym się proroctwem o nadejściu ery niepohamowanego przemysłu, ale antropocen w ujęciu Kawakami jest wizją nie całkiem apokaliptyczną. Ostatecznie punktem dojścia jest tu pogodzenie się z wieczną zmiennością, z erozją, z odchodzeniem. Zgoda na ulotność wzięta trochę z buddyjskich wierzeń, a trochę z biologicznego wykształcenia Kawakami: „Jedyna rzecz, której nauczył mnie uniwersytet, to że człowiek jest tylko jednym gatunkiem wśród wielu. Wierzy, że króluje nad światem i zachowuje się tak, jakby był panem wszechświata, ale w skali kilku milionów lat jego egzystencja zostaje zredukowana do ułamka sekundy”. Ten rodzaj pogodzenia ze światem jest, rzecz jasna, naznaczony świadomością pewnej utraty. Tyle że tracimy nie tylko przez mechaniczny chaos przemysłu, ale też w konsekwencji konkretnego porządku biologii. „Natura jest bezstronna” – mówi Kawakami. Czasem bywa okrutniejsza niż najstraszniejsze ludzkie wynalazki.
Nowe wydanie „Nadepnęłam na węża” z Karakteru zaznacza to zawikłanie – jedno z wielu, z których złożona jest proza Japonki. Z odświeżonej grafiki na obwolucie spogląda bezosobowe oko – ludzki, a może zwierzęcy wytrzeszcz wpisany w okrągły przycisk windy. Tym razem, po trzynastu latach od pierwszego wydania, wydawca słusznie kieruje nasze oczy na oko Innego. Jakby podkreślał to, co z Kawakami warto dla siebie wziąć – świadomość zagadkowej obecności, która może przerażać, ale przynajmniej nie skazuje nas na totalną samotność.
U Kawakami coś niezrozumiałego czyha w cieniu zwykłych spraw, przyziemnym doświadczeniom towarzyszy nieznane. Łypie na nas jak to dziwne, samotne oko w windzie.
W afekcie
Trzeba jednak powiedzieć, że ten autorski styl nie zawsze był domeną jej pisania. Romanse obyczajowe wydane u nas przez W.A.B. jako „Sensei i miłość” (2013, wydanie oryginalne: 2001) oraz „Pan Nakano i kobiety” (2012, wydanie oryginalne: 2005) biły z okładek hasłami pokroju: „Książka jak lekcja szczęścia”. Ustaliliśmy już, że to owocna strategia sprzedaży japońskiej literatury na rodzimym rynku, z tym że niezupełnie przystająca do strategii twórczej Kawakami. Jasne, obie powieści spełniają założenia popularnego gatunku, ale jednocześnie niuansują go akurat na tyle, żeby trafić nie tylko do czytelników i czytelniczek oczekujących klasycznych schematów.
W „Senseiu i miłości” romans kobiety po czterdziestce z jej dawnym nauczycielem, już po sześćdziesiątce, to pretekst do refleksji o ostracyzmie wobec nienormatywnych konfiguracji miłosnych czy o dojrzewaniu, które nie zawsze następuje wraz z upływem lat. Nie dostajemy romantyzowania problematycznej miłości, tylko realizm kulturowy i trzeźwe spojrzenie na hierarchie w japońskim społeczeństwie.
Z kolei „Pan Nakano i kobiety” uderza w tony bliższe współczesnym historiom coming of age, o dojrzewaniu do miłości i wszystkich niezbornościach, które zdarzają się po drodze. W sklepie ze starociami pana Nakano wydarzenia następują tak leniwie, jakby autorka miała w nosie zasady dramaturgii. Wszystko dlatego, że to proza nastawiona na nastroje i afekty. Jest coś wyzwalającego w poczuciu, że na nic spektakularnego tutaj nie czekamy. Codzienność to u Kawakami największa sensacja.
Z duchami
Inna sprawa, że faktycznie potrafią się w niej zdarzyć rzeczy nie z tej ziemi. „Manazuru” to najwyrazistszy triumf tej zasady w twórczości Kawakami. W pomyśle na jej ostatnią wydaną u nas powieść łączy się intymna autofikcja (shishōsetsu) oraz to, co znam ze współczesnego horroru o wiele zdradzającym tytule „Coś za mną chodzi” (2014). Kei jako samotna matka-pisarka żyje bowiem w świecie, w którym na ulicy można spotkać upostaciowione wspomnienia, duchy „byłych”, widma przeszłości. Zjawy łażą za nią i ani myślą pozwolić na pełne przeżywanie teraźniejszości. O ile jednak w horrorach o duchach niepojęte zjawiska wzbudzają strach i odrazę, to u Kawakami jest zupełnie inaczej. U niej to, co pozarozumowe, prędzej uczy godzenia się z nietrwałością.
Taki koncept pozwala Kawakami przeprowadzić na drugim planie przejmujący macierzyński dramat. Relacja z nastoletnią córką Momo jest skomponowana jak najboleśniejsza spowiedź – z całą szczerością i rozchwianiem, które potrafi przekuć ambiwalentne uczucia w wyjątkowo ludzkie wyznanie.
Jeśli japońska autorka przekonuje, że wspomnienia podlegają dyskusji, to robi to w całkiem dosłownym sensie. Bo z przeszłością dyskutuje się w „Manazuru” twarzą w twarz, wykłóca się o wspomnienia, negocjuje właściwe wersje wydarzeń. Dlatego ta proza tak dobrze sprawdza się na polskim rynku, w kraju naznaczonym traumami i z niedającymi się pogodzić wersjami historii. Kawakami odnajduje alternatywne ścieżki myślenia o przeszłości poprzez opowieści fantastyczne. Swoim czytelnikom i czytelniczkom stawia zawsze tylko jeden warunek: „Załóżmy, że to nie bajka, tylko prawdziwa historia”.

Hiromi Kawakami, Manazuru. Przeł. Barbara Słomka, Karakter, Kraków 2024
Nadepnęłam na węża. Przeł. Barbara Słomka, Karakter, Kraków 2023
Niedźwiedzi bóg. Przeł. Beata Kubiak Ho-Chi, Tajfuny, Warszawa 2019
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















