Reklama

Hartmuta Richtera życie pod prąd

Hartmuta Richtera życie pod prąd

06.05.2007
Czyta się kilka minut
Choć po 1989r. Republika Federalna próbowała zadośćuczynić poszkodowanym przez komunizm, to wśród ludzi, których takie zadośćuczynienie miałoby dotyczyć, do dziś przeważa opinia, że znowu zostali zepchnięci na margines społeczeństwa. Tyle że tym razem zpowodu skąpstwa niemieckiego "państwa socjalnego.
1 maja 1986, Karl-Marx-Allee w Berlinie, w tle oddziały "Grup Bojowych Klasy RObotniczej". Fot. Harald Hauswald
M

Mur berliński był jego przeznaczeniem. Określał jego życie, w czasach dobrych i w złych. Do dziś zajmuje się murem, tym betonowo-szarym monstrum, które przez prawie trzy dekady dzieliło Berlin na dwie części, stając się dla kilkuset ludzi (niektóre szacunki mówią o tysiącu) ostatnią rzeczą, jaką widzieli w życiu, a dla wielu tysięcy - bramą do więzienia.

Dziś 59-letni Hartmut Richter nie musi już się bać muru. Opowiada o nim uczniom, gdy zostanie zaproszony przez jakąś szkołę; opowiada turystom. O murze, o socjalistycznym "wymiarze sprawiedliwości", o zniewoleniu. Richter wie, o czym mówi. Dla niego jest to także opowieść o życiu.

Spotykamy się przy Bernauerstrasse, na północ od nowej berlińskiej dzielnicy rządowej. W miejscu, gdzie niegdyś granica między dwoma globalnymi systemami przecinała jedną ulicę: część Bernauerstrasse należała do "bloku" wschodniego", a część do Zachodu. Gdy rankiem 13 sierpnia 1961 r. rozpoczęła się budowa muru, przysłani robotnicy zamurowywali okna kamienic po wschodniej stronie Bernauerstrasse, jedno po drugim. Zachował się film nakręcony przez kogoś, kto stał po zachodniej stronie: na czarno-białych zdjęciach widać ludzi miotających się w nie zamurowanych jeszcze oknach; niektórzy decydują się na skok z drugiego, potem trzeciego piętra. Kto miał szczęście, spadał na brezent rozpięty przez zachodnioberlińską straż pożarną. Inni lądowali na bruku. Były ofiary śmiertelne.

Kiedy od listopada 1989 r. mur rozbierano, postanowiono tutaj, przy Bernauerstrasse, zostawić jego fragment; obecnie jest on częścią Muzeum Muru Berlińskiego, które jest także miejscem pamięci o jego ofiarach. W muzeum tym pracuje Hartmut Richter. Rozmawiać chcemy jednak nie o murze, ale o zadośćuczynieniu dla ofiar komunizmu. O tak zwanej rencie dla ofiar, która - jeśli wszystko dobrze pójdzie - zostanie wprowadzona ustawowo od lata tego roku. Taki projekt ustawy skierowały niedawno do Bundestagu partie Wielkiej Koalicji: CDU/CSU i SPD.

Wkrótce zatem - 18 lat po upadku muru - ofiary systemu NRD-owskiego zaczną dostawać comiesięczną Opferrente: niewielki dodatek do emerytury, w wysokości 250 euro. Ale nie wszystkie ofiary: jedynie ci "najbardziej potrzebujący". I to tylko ci "najbardziej potrzebujący", którzy w NRD-owskim więzieniu spędzili co najmniej 6 miesięcy. - 250 euro! Jeśli ktoś jest naprawdę w potrzebie, to śmieszna kwota! - mówi Richter z goryczą.

Szczególnie niesprawiedliwe wydaje mu się następujące porównanie: o ile nowa ustawa kosztować ma budżet państwa tylko 48 mln euro rocznie, to na emerytury dla byłych NRD-owskich wojskowych, milicjantów oraz esbeków państwo wydało w 2006 r. 1,6 mld euro.

Skąpe zadośćuczynienie

Opferrente nie jest pierwszą próbą zadośćuczynienia. Ale pierwszą, która zakłada, że pomoc dla ofiar systemu będzie systematyczna.

W 1992 i 1996 r. Bundestag przyjął wprawdzie ustawy, określane jako "Pierwsza ustawa o usunięciu skutków bezprawia pod rządami komunistycznymi" oraz "Druga ustawa o usunięciu skutków bezprawia pod rządami komunistycznymi", które przewidywały rehabilitację osób poszkodowanych przez komunizm w sferze formalno-prawnej (np. anulowanie wyroków), na płaszczyźnie zawodowej oraz administracyjnej, w czym zawierało się także zadośćuczynienie materialne (odszkodowania, uznanie roszczeń do renty z powodu uszczerbku na zdrowiu, naliczenie okresu uwięzienia do emerytury itd.). Jednak realizacja tych przepisów okazała się trudna, a dla konkretnych ludzi - często upokarzająca.

Najmniej problematyczne okazało się anulowanie wyroków. Trudniejsze - wykazanie, że padło się ofiarą bezprawnych działań władz NRD o charakterze administracyjnym (jak np. przymusowe wysiedlenia na granicy niemiecko-niemieckiej), gdyż - jak się okazało - faktyczny charakter takich działań był często tuszowany w NRD-owskich dokumentach administracyjnych. Niełatwo było też dowieść, że np. z powodów politycznych ktoś nie został dopuszczony do matury czy na studia. Często ostatnim oparciem dla ofiar domagających się naliczenia lat prześladowań do okresu emerytalnego, okazywały się akta Stasi - otwarte od 1992 r.

Przedmiotem największych sporów politycznych stały się jednak kwestie odszkodowania finansowego za motywowane politycznie uwięzienie i za szkody na zdrowiu w wyniku uwięzienia czy innych represji. Po kilku latach sporów przyjętą początkowo wysokość odszkodowania uznano za niewystarczającą i w 1999 r. znowelizowano ustawę, podnosząc tę - wypłacaną jednorazowo - kwotę do 600 marek (dziś równowartość 300 euro) za każdy miesiąc uwięzienia dla wszystkich poszkodowanych (tak, aby chociaż zrównać ich w prawach z osobami, które obecnie otrzymują w Niemczech odszkodowanie za niesprawiedliwe uwięzienie).

Dla wielu poszkodowanych oznaczało to jednak nadal niewiele - tym bardziej że ich sytuacja, czyli np. wysokość emerytury okazywała się często niższa niż wysokość emerytur, które otrzymywali byli NRD-owscy prominenci. Problemem okazało się również dochodzenie przez ofiary ich roszczeń za szkody poniesione na zdrowiu w wyniku uwięzienia i represji: odpowiedzialne za to urzędy uznawały jedynie 5 proc. spośród złożonych wniosków.

Brakowało też woli politycznej: w 2001 r. Bundestag odrzucił projekt wprowadzenia "honorowej emerytury" (Ehrenpension) dla ofiar komunizmu. Równocześnie ten sam Bundestag podniósł wysokość emerytur dla NRD-owskich prominentów (musiał to zrobić, po orzeczeniu Naczelnego Sądu Administracyjnego). Zbieżność w czasie obu decyzji była przypadkowa, ale wywołała wrażenie, że wolne Niemcy traktują inaczej beneficjentów dyktatury, a inaczej tych, którzy zapłacili wolnością i zdrowiem za to, że się tej dyktaturze sprzeciwiali.

Niewielkim pocieszeniem mogła być świadomość, że po 1949 r. ówczesne państwo zachodnioniemieckie w podobnie macoszy sposób traktowało niemieckie ofiary nazizmu.

Wyrok: 15 lat

- Spośród komunistycznych zbrodniarzy tylko nieliczni zostali osądzeni i ukarani - mówi dziś Hartmut Richter. - Jeśli się o tym pamięta, to ta cała "renta dla ofiar" może wydawać się kpiną z ludzi.

I jeśli pamięta się o tym, co dzisiejsze Niemcy - wolne, demokratyczne - winne są tym, którzy kiedyś walczyli z NRD-owskim systemem. Wielu z nich ryzykowało życiem. Był wśród nich Hartmut Richter. Ich biografie zostały zgwałcone, ich zawodowe kariery złamane.

Richter miał 13 lat, gdy w sierpniu 1961 r. na własne oczy oglądał - stojąc po wschodniej, NRD-owskiej stronie - budowę muru przy Bernauerstrasse. To, co wówczas zobaczył, miało określić jego dalsze życie.

W 1966 r., przed maturą, postanawia uciec na Zachód: przez Czechosłowację do Austrii. Nie udaje mu się, zostaje złapany. NRD-owski sąd jest jeszcze łagodny:

18-latek zostaje skazany na 10 miesięcy w zawieszeniu. Do więzienia więc nie trafia, ale do matury dopuszczony nie zostaje. Kilka miesięcy później podejmuje drugą próbę. Udaną: przepływa kanał i niezauważony dociera do brzegu zachodnioberlińskiego.

W Republice Federalnej zdobywa zawód; trochę podróżuje. Gdy na początku lat 70. RFN i NRD podpisują umowę ułatwiającą drogowy ruch tranzytowy między Republiką Federalną a Berlinem Zachodnim, Richter postanawia wykorzystać nowe możliwości - i pomóc rodakom zza muru, którzy tak jak kiedyś on chcą wybrać wolność.

Mówiąc konkretnie: organizuje ucieczki. Przez granicę z Berlina Wschodniego do Zachodniego udaje mu się przemycić 33 osoby, schowane w bagażniku jego forda. Początkowo ryzykuje za pieniądze. Potem robi to za darmo: chce zaszkodzić państwu NRD-owskiemu, odegrać się za swoje krzywdy. W marcu 1975 r., gdy w bagażniku wiezie na Zachód rodzoną siostrę, szczęście go opuszcza: oboje zostają zatrzymani.

Przez okrągły rok siedzi w areszcie śledczym Stasi w berlińskiej dzielnicy Hohenschönhausen: nieskończone przesłuchania, tortury (izolatka, karcer, pozbawienie snu). Potem wyrok: 15 lat ciężkiego więzienia. Pięć i pół roku spędza w najcięższym z NRD-owskich więzień, w Budziszynie. Potem zostaje "wykupiony" przez rząd RFN (dosłownie: co jakiś czas rząd RFN wynegocjowywał z rządem NRD, że ten odstawi na granicę pewną liczbę więźniów w zamian za konkretny transfer finansowy bądź kredyt).

Znowu w Berlinie Zachodnim, Hartmut Richter już nie ryzykuje. Ale dalej walczy z NRD: prowadzi pracę edukacyjną, informuje społeczeństwo o tym, co się dzieje we wschodnich Niemczech. Po 1989 r. walczy dalej: z, jak mówi, pisaniem historii NRD na nowo i z banalizowaniem pamięci. - Zwłaszcza lewica rozpowszechnia dziś nieprawdziwy obraz NRD - mówi. - Mówi się, że nie było tam tak fatalnie, bo czynsze były niskie, a szkolnictwo na niezłym poziomie. Tym, którzy tak mówią, umyka jakoś pytanie, dlaczego w takim razie NRD w ogóle upadła.

Prócz wykładów dla uczniów oraz oprowadzania zwiedzających - po Muzeum Muru oraz Miejscu Pamięci w dawnym areszcie w Hohenschönhausen - Hartmut Richter działa w utworzonej siłami społecznymi bibliotece, która gromadzi książki poświęcone historii NRD. Biblioteka ma już ponad 6 tys. książek; poza ich wypożyczaniem, organizuje spotkania z byłymi więźniami dla zainteresowanych instytucji, np. szkół. A także - spotkania dla byłych więźniów. Takie trochę grupy samopomocowe. Prawie wszyscy spośród tych, którzy na nie przychodzą, raz w miesiącu, cierpią do dziś.

Co sądzą o nowej "rencie dla ofiar NRD"? Tylko tyle, że jest to kolejny dowód, iż stawianie oporu dyktaturze nie jest czymś, co się opłaca. Że bardziej opłacalne byłoby, gdy wtedy, przed laty, dopasowali się i siedzieli cicho. I że ofiary nie mają swojego lobby.

Współpraca Wojciech Pięciak

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, korespondent „Tygodnika Powszechnego” z Niemiec. Wieloletni publicysta mediów niemieckich, amerykańskich i polskich. W 1959 r. zbiegł do Berlina Zachodniego. W latach 60....

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]