Reklama

Bezpieki życie po życiu

Bezpieki życie po życiu

06.05.2007
Czyta się kilka minut
Długo milczeli, jakby zaniemówili. Dziś już nie milczą. Oni, dawni "niemieccy czekiści. Nie, to nie epitet: kiedyś sami się tak nazywali, z dumą. Dawni pracownicy Ministerstwa Bezpieczeństwa podnoszą głowy.
A

A przerywając milczenie, wykorzystują wszelkie narzędzia, jakie daje im wolne społeczeństwo. Byli oficerowie Stasi, ci z najwyższych "gremiów kierowniczych", chętnie zabierają głos: publikują, piszą wspomnienia, wydają pozornie naukowe książki o poważnych tytułach, a także pamflety, prowadzą strony internetowe. Dziś nie mogą oprzeć się pokusie wyjścia z anonimowości i wykorzystania możliwości, które stwarzają media i społeczeństwo informacyjne.

Dobrze sytuowani, z emeryturami, które wypłaca dawny "wróg klasowy" (może nie najwyższymi, ale pewnymi), ze świadomością, że nie podejmują żadnego ryzyka, pokazują swoje twarze: dawnych pułkowników i generałów. Obnoszą się z nimi, z nachalną dumą. Obstają przy tym, by tytułować ich dawnymi stopniami, z adnotacją: "w stanie spoczynku". Już nie uciekają przed pytaniami. Odpowiadają - umywając ręce. Więcej nawet: idą do przodu, kontratakują. Jak eks-pułkownik Stasi Gotthold Schramm, który oświadczył w wywiadzie telewizyjnym z dumą w głosie: "Jeśli chodzi o naszą działalność, to nie ma absolutnie nic takiego, za co mielibyśmy przepraszać czy żałować. To, co robiliśmy, było honorowe".

"Sumienie miał czyste. Nieużywane" - napisał kiedyś we fraszce Stanisław Jerzy Lec.

Stasi kontratakuje

Ale emerytowane kadry "organów" na tym nie poprzestają. Jak kontratak, to kontratak. Ostatnia bitwa. O historię. O pamięć. Ramię przy ramieniu.

Tak właśnie, zwartą grupą, przymaszerowali rok temu, w marcu 2006 r., na konferencję zorganizowaną w dawnym areszcie śledczym Stasi w Berlinie-Hohenschönhausen (dziś jest tu muzeum i miejsce pamięci). Zgłaszali się do głosu, jeden po drugim, aby przemawiać możliwie najdłużej. Gdy głos zabierał ktoś inny, zaczynali krzyczeć. I rozłożyli imprezę.

Drobiazg? Niezupełnie. Hohenschönhausen to miejsce symboliczne. Nie tylko dla tych, którym przyszło spędzić długie lata w obskurnych celach tego aresztu (dla wyjaśnienia: był to areszt podległy Stasi, tylko i wyłącznie Stasi, która zgodnie z NRD--owskim prawem mogła prowadzić swoje śledztwa i mieć swoich więźniów). Hohenschönhausen - to także symbol dla nich, "czekistów". Nieprzypadkowo jednym z przywódców tamtej grupy był eks--pułkownik Siegfried Rataizik - do 1989 r. dyrektor tego aresztu i zarazem szef wydziału w Ministerstwie Bezpieczeństwa, odpowiadającego za więźniów pozostających w gestii Stasi na terenie całej NRD.

Ten ideologiczny kontratak nie zaczął się rok temu. Trwa dłużej: mniej więcej od pięciu lat. Wtedy to ukazało się opasłe, dwutomowe dzieło pod tytułem "Die Sicherheit" [dosłownie: "Bezpieczeństwo"; bardziej precyzyjne byłoby swobodne tłumaczenie: "Organa bezpieczeństwa" - red.]. Antologia tekstów obejmowała prawie 1200 stron, na których byli wyżsi oficerowie Stasi opisywali swoją niegdysiejszą pracę - w tonie na poły nostalgicznym, a na poły apologetycznym. Na czym więc polegać miała ta ich praca? Na "ochronie kraju", rzecz jasna, na "Abwehrarbeit". Nie żadne tam represje.

Niemal równolegle z tą antologią, napisaną głównie przez oficerów Stasi czynnych na "wewnętrznym froncie", na półki księgarskie trafiła druga praca zbiorowa, pod tytułem "Kundschafter im Westen" [dosłownie: "Jako wywiadowcy na Zachodzie" - red.]. Dzieło to stworzyli z kolei walczący niegdyś na "froncie zewnętrznym": byli pracownicy wywiadu zagranicznego Stasi, którzy nierzadko sporą część życia spędzili na Zachodzie, jako tajni agenci. Także i oni opowiadali o swojej "pracy" na sentymentalną nutę: my, profesjonaliści - i, dodajmy, profesjonalistki - kurierzy i agenci (oraz, rzecz jasna, agentki). Wydawcami książki byli niejaki Klaus Eichner, kiedyś pułkownik w Hauptverwaltung Aufklärung MfS, czyli w Zarządzie Wywiadu Ministerstwa Bezpieczeństwa, oraz wspomniany na początku Gotthold Schramm, człowiek o czystym sumieniu.

Z resortowej biblioteczki

To był dopiero początek: bój wstępny, rozpoznanie terenu. Dziś trudno zliczyć, ile w ciągu minionych kilku lat ukazało się książek autorstwa byłych pracowników "organów". Ilość raczej nie przechodziła tu w jakość.

Choć bywały wyjątki. Wyjątkowe zainteresowanie wzbudziło na przykład wspólne autorskie wystąpienie dwóch dżentelmenów: Amerykanin Hannes Sieberer oraz Niemiec Herbert Kierstein wydali razem książkę. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby ten pierwszy nie był eks-agentem CIA (złapanym w latach 80. w NRD i skazanym na 15 lat więzienia; po 2,5 roku został wymieniony na agentów komunistycznych), a ten drugi - byłym oficerem śledczym Stasi, który przesłuchiwał aresztowanego Amerykanina. Były podpułkownik Stasi i jego były więzień, dziś pojednani i obejmujący się po bratersku: taka inscenizacja bez wątpienia uwiarygodniała ich wspólną książkę (abstrahując już od efektu marketingowego). Przekaz był jasny: Stasi nie była czymś gorszym niż CIA. Tymczasem sama książka nie była niczym innym jak propagandowym pamfletem, wybielającym NRD-owską bezpiekę.

Wybielanie, banalizowanie, dezinformowanie - tak podsumować można również kolejną pracę zbiorową, w której byli "wywiadowcy z niewidzialnego frontu" - oficerowie prowadzący i ich byli agenci - chwalą się, jak to "służyli zachowaniu światowego pokoju", plotkują, opowiadają anegdoty. Nie, nie jest to ani wielkie literacko, ani odkrywcze. Ale, pomimo to - a może dlatego - doskonale spełnia cel: pielęgnowania wizerunku "normalnego wywiadu, jak inne". Z posmakiem heroizmu.

Ostatni przykład z tej serii to książka "Besuchszeit" ("Czas odwiedzin"), pióra kolejnego eks-pułkownika. Jej autor, Peter Pfütze, był przez wiele lat śledczym i prowadził przesłuchania w sprawach politycznych. Później odpowiadał w resorcie za sporadyczne odwiedziny, które od 1974 r. zachodni dyplomaci mogli składać więźniom - obywatelom RFN i innych państw zachodnich, odsiadującym wyroki w NRD--owskich więzieniach. Przesłanie książki oddaje jej końcowa sentencja: "To, co robiliśmy, było zgodne z prawem".

Do nowości z "resortowej biblioteczki" zaliczyć wypada także książkę składającą się z rozmów Hansa-Dietera Schütta z Markusem Wolfem - zmarłym w listopadzie 2006 r. byłym generałem Stasi, który przez ponad 30 lat (do 1986 r.) zarządzał NRD-owskim wywiadem zagranicznym. Wypuszczona na rynek po śmierci Wolfa i zatytułowana "Markus Wolf: Letzte Gespräche" ("Markus Wolf: Ostatnie rozmowy"), ma większe ambicje intelektualne niż przeciętne dzieła wychodzące spod ręki pułkowników i generałów, choć przekaz jest podobny: chodzi o pokazanie w pozytywnym świetle człowieka, który przez te 30 lat był również, jako szef wywiadu, wiceministrem bezpieczeństwa. Nie jest to zresztą pierwsza taka próba: po upadku NRD Wolf opublikował kilka książek, w tym wspomnienia pt. "Spionagechef im geheimen Krieg" ("Szef szpiegów na tajnej wojnie", z 1997 r.). Wspomnienia wydał także następca Wolfa, eks-generał Werner Grossmann - w 2001 r., pod tytułem "Bonn im Blick" ("Bonn na celowniku"); wydano je także w Rosji.

Książki takie ukazują się zazwyczaj w dość dużych nakładach i po korzystnej cenie. Ich lektura uświadamia, w jak selektywny sposób emerytowani "czekiści" obchodzą się z prawdą. Kłamią nawet wtedy, gdy twierdzą, że respektowali prawo własnego państwa. Bo w istocie respektowali je tylko wówczas, gdy im to odpowiadało; w przeciwnym razie, o ile wymagały tego "czynności operacyjne", gwałcili także prawa teoretycznie obowiązujące w NRD - o normach międzynarodowych czy prawach człowieka już nie wspominając.

Dotyczy to zresztą również NRD-owskiego wywiadu, którego oficerowie - z Markusem Wolfem na czele - zawsze starali się sprawiać wrażenie, że są elitą, kimś lepszym, członkami międzynarodowej "rodziny wywiadowczej".

Nic z tych rzeczy. Również wywiad NRD służył totalitarnemu państwu, a sens jego istnienia nie różnił się od sensu istnienia np. wydziałów zwalczających opozycję: oba były elementami tego samego systemu represji, oba miały stabilizować władzę komunistyczną, tyle że na innym "froncie". Również wywiad posługiwał się na masową skalę takimi metodami jak dezinformacja, niszczenie ludzi czy porwania - tyle że czynił to nie w kraju, lecz na Zachodzie.

"Stowarzyszenie na rzecz godności"

Historyczny rewizjonizm w wydaniu ludzi Stasi nie jest, niestety, zjawiskiem jednostkowym, jakimś wyizolowanym wyskokiem grupy emerytów. To raczej fragment większej całości: tendencji do generalnego retuszowania obrazu przeszłości, który ostatnio prowadzą w Niemczech środowiska ortodoksyjnie lewicowe czy poststalinowskie. Towarzyszy temu zjadliwa krytyka Republiki Federalnej jako demokratycznego państwa prawa, któremu zarzuca się, że - ścigając po 1989-90 r. zbrodnie popełnione w NRD przez ludzi władzy (zresztą, dodajmy, w sposób zdumiewająco łagodny) - praktykuje "sprawiedliwość zwycięzców", mści się nad pokonanymi. Przykładem pseudonaukowe prace byłego wschodnioberlińskiego profesora prawa karnego Ericha Buchholza czy adwokata Friedricha Wolffa.

Wolno sądzić, że za całą tą "polityką informacyjną" kryje się przemyślana strategia - organizowana i wspierana (także finansowo) przez sieci powiązań, łączące dawnych funkcjonariuszy reżimu, zwłaszcza oficerów Stasi. Otwarcie i legalnie, wykorzystując prawa obywatelskie, funkcjonuje bowiem w wolnych i zjednoczonych Niemczech cały szereg stowarzyszeń i organizacji, których celem jest również propagowanie historycznego rewizjonizmu. Ciekawie brzmią ich nazwy, dobrane nieprzypadkowo. Nazywają się "Komitet weteranów na rzecz wspierania prawdziwej historii Ministerstwa Bezpieczeństwa", albo "Towarzystwo na rzecz pomocy prawnej i humanitarnej", lub "Stowarzyszenie na rzecz praw obywatelskich i godności człowieka", bądź po prostu "Wspólnota na rzecz ochrony praw socjalnych byłych członków zbrojnych organów NRD".

Politycznego znaczenia nabierają one za sprawą powiązań, personalnych i organizacyjnych - zarówno między sobą, jak i z polityczną spadkobierczynią partii komunistycznej, która w styczniu 1990 r. zmieniła szyld na Partię Demokratycznego Socjalizmu (PDS), a od niedawna funkcjonuje w kolejnych wcieleniach jako Partia Lewicy czy po prostu Lewica.

Nie warto przeceniać ich siły. Ale nie wolno ich bagatelizować. Bo cel ich wysiłków jest jednoznaczny: pisać na nowo historię drugiej dyktatury na ziemi niemieckiej w XX w., usuwając w cień jej ofiary. Tak, abyśmy na końcu otrzymali coś w rodzaju "humanitarnej legendy".

KARL WILHELM FRICKE (ur. 1929) uważany jest za jednego z najbardziej kompetentnych znawców historii NRD, a przed rokiem 1989 był jednym z najbardziej znanych krytyków komunizmu w Niemczech Zachodnich. W latach 1970-1994 redaktor naczelny ogólnoniemieckiego radia publicznego Deutschlandfunk. Autor wielu książek z historii Niemiec, zwłaszcza poświęconych aparatowi represji NRD, politycznemu sądownictwu oraz NRD-owskiej opozycji. W 1955 r. Fricke, wówczas 26-letni dziennikarz z Berlina Zachodniego pisujący o NRD-owskich realiach, został porwany przez agentów Stasi, wywieziony do Berlina Wschodniego i tam skazany za "podżeganie do wojny" na 4 lata najcięższego więzienia. Dziś mieszka w Kolonii.

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]