Szukam starych notatek. Próbuję odtworzyć nasze rozmowy sprzed lat. Nie było ich wiele, ale były ważne. Jedna długa, kiedy przyjechałem do Warszawy, żeby opowiedziała mi o swojej pracy w miesięczniku „Znak”, o jej ówczesnej szefowej i najbliższej przyjaciółce Hannie Malewskiej, o autorkach i autorach, którzy się na łamach pisma pojawiali, o jej relacjach z księdzem Józefem Tischnerem… Zapytany kiedyś, kto powinien zostać następcą kardynała Wojtyły w Krakowie, Tischner odpowiedział: „Halina Bortnowska”. Żart, jak to często bywa, skrywał drugie dno: redaktorka „Znaku” miała solidne teologiczne wykształcenie, a jednocześnie takie doświadczenie życia, jakiego wielu duchownym brakowało.
O swojej wierze wypowiadała się powściągliwie, właściwie dopiero w rozmowach do książki „Wszystko będzie inaczej” odsłoniła przed Jolantą Steciuk trochę więcej z tego, jak przeżywała relację z Bogiem. Nie bała się sformułowań mocnych, jeśli uważała, że oddają istotę rzeczy. „Relacja z Bogiem to jest relacja dwojga kochanków. My się z Bogiem kochamy”, powiedziała. W innych ustach mogłoby to zabrzmieć pretensjonalnie, w jej brzmiało wiarygodnie, rzeczowo. Miała tę umiejętność – raczej rzadką, niestety – że mówiąc o wierze, nikogo nie raniła, nie zarysowywała granicy. Wiara była dla niej darem, który do niej przyszedł, nie oczekiwała, że wszyscy będą ją przeżywać tak jak ona.
Pytałem o jej zaangażowanie w Solidarność, o obecność wśród strajkujących hutników w pacyfikowanym przez milicję nowohuckim kombinacie – ale rozmowa nieoczekiwanie pobiegła w innym kierunku. W tamtym, „solidarnościowym” okresie zjawiła się druga, późna miłość. Wyszła za mąż po pięćdziesiątce, za wdowca z czwórką dzieci. Kiedy mówiła o Kazimierzu, stawała się jeszcze bardziej oszczędna w słowach. O kazanie na ich ślubie poprosiła Tischnera. „Tylko bardzo proszę, żadnych dowcipów”, zastrzegła. I tak jak z pokorą przyjmował jej uwagi w redakcji, tak przyjął i tę – ponoć słuchając homilii, cały kościół płakał.
To są moje notatki – ale właściwie chciałem pisać o czym innym. Przede wszystkim o tym, że takich ludzi jak ona jest bardzo mało. Że większość z nas skupia się na załatwianiu własnych powszednich spraw i boi zaangażować w coś więcej. Albo angażuje się, ale tylko trochę, na pewien czas, bezpiecznie. Halina Bortnowska wspominała, że kiedy po powstaniu warszawskim trafiły z mamą do obozu w okolicach Wrocławia, po jedyny posiłek, brejowatą zupę, trzeba było stać w bardzo wąskim korytarzu zrobionym z drutu kolczastego.
Trzynastoletnia Halina podeszła kiedyś do tego korytarza, żeby podać mamie wodę, bo ludzie w tej kolejce mdleli z upału i wycieńczenia. A ponieważ inni też zaczęli prosić o wodę, biegała i przynosiła. „Wtedy odkryłam – opowiadała po latach – że to, co robimy dla najbliższych, możemy robić dla wszystkich”.
Niezwykła była w jej przypadku zgodność słowa i życia. Jej publicystyka zawsze łączyła się z działaniem: organizowaniem pomocy, protestu, jeśli było trzeba – czuwaniem przy pojedynczym chorym; a jeśli tego wymagała sprawa – także wyjściem na ulicę. W jej krytycyzmie było coś ujmującego: nigdy nie osądzała nikogo „z góry” jako ta, która wie lepiej. Nie miała „ogólnego poglądu” na człowieka, każdego widziała poszczególnie, pojedynczo. Z przeżyć wojennych wiedziała, że człowiek zdolny jest do najgorszych potworności. Ale wiedziała też, że nie musi taki być i że trzeba tak działać, żeby budzić w ludziach dobro, a nie demony.
Była człowiekiem-znakiem. Człowiek może umrzeć, a znak zostanie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















