Takich ludzi jest bardzo mało. Nastawionych na pomaganie innym, na rozwiązywanie problemów, które się nawarstwiają, a nikt nie chce się nimi zająć. Halina Bortnowska wspominała, że kiedy po powstaniu warszawskim trafiły z mamą do obozu przejściowego, trzeba było stać w kolejce po zupę – w bardzo wąskim korytarzu z drutu kolczastego. Trzynastoletnia Halina podeszła kiedyś do tego korytarza, żeby podać mamie wodę, bo ludzie w tej kolejce mdleli z upału i wycieńczenia. A ponieważ inni też zaczęli prosić o wodę, biegała i przynosiła. „Wtedy odkryłam – opowiadała po latach – że to, co robimy dla najbliższych, możemy robić dla wszystkich”.
Filozofka i teolożka, wieloletnia redaktorka miesięcznika „Znak”, wychowała – bo tak to chyba trzeba nazwać – cały szereg znakomitych autorek i autorów, wraz z Hanną Malewską ucząc ich klarowniejszego i bardziej precyzyjnego formułowania myśli. W latach 70. ubiegłego wieku była jedną ze współorganizatorek ruchu hospicyjnego w Polsce i sama pracowała jako wolontariuszka w hospicjum. W latach 80. doradzała rodzącej się, a potem odradzającej Solidarności. Gdy tworzyła się nowa Polska, Bortnowska współzakładała Helsińską Fundację Praw Człowieka. Była głosem przemawiającym wielokrotnie w obronie ludzi marginalizowanych, pogardzanych, atakowanych. Prowadziła warsztaty dziennikarskie dla młodych, ale też dla osób osadzonych w więzieniach – wierzyła, że dzięki dobrym mediom świat będzie lepszy, sprawiedliwszy.
Pamiętam jej powiedzenie – że nie należy żyć tylko „z ręki do ust”. Żyła długo, bo była potrzebna, żeby przypominać tę prostą prawdę. Zmarła 19 czerwca w wieku 92 lat.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















