Reklama

Giełda sztuki – sztuka giełdy

Giełda sztuki – sztuka giełdy

13.02.2006
Czyta się kilka minut
Są tacy, którzy zaczynają zbierać najpierw drobne, potem coraz lepsze dzieła sztuki i orientują się, że jest to też dobra lokata kapitału. Są i tacy, którzy szukają tylko lokaty kapitału, a w rezultacie stają się wybitnymi kolekcjonerami. A rynek sztuki w Polsce ciągle ewoluuje.
J

Jest początek lat 90. Wolny rynek otwiera się na oścież, a wraz z nim zaczyna zmieniać się rynek dzieł sztuki. Jeszcze kilkanaście lat wcześniej oscylował on między malarstwem i rzeźbą zaangażowaną, kupowaną chętnie przez państwowe zakłady pracy (bo taka też była oficjalna strategia dotowania artystów), a bezpiecznym land­szaftem i martwą naturą z wazonem. Dr Małgorzata Szelągowska z Katedry Kultury Współczesnej Instytutu Spraw Publicznych UJ, która bada pogranicze kultury i ekonomii, tłumaczy, że wysokiej klasy sztuka obca nie była do Polski sprowadzana nie tylko ze względu na ceny, ale też z braku zainteresowania aktualnymi prądami. - Wynikało to zarówno z ich nieznajomości, jak i z oporu wobec twórczości przekraczającej formułę realizmu - mówi. - Ci, którzy nie wyjeżdżali za granicę, nie mieli ze sztuką współczesną praktycznie żadnego kontaktu.

- Powstały wtedy młode pieniądze, był snobizm na aukcje - wspomina początki wolnego rynku sztuki Małgorzata Lalowicz, prezes domu aukcyjnego DESA Kraków. - Każdy chciał pokazać, na co go stać. Kupowało się wtedy "nazwiska", znane na przykład ze szkoły.

Stary rynek, nowy rynek

Zdarzało się, jak opowiada Konrad Szukalski, właściciel warszawskiego domu aukcyjnego "Agra", że ówczesny nowobogacki wpadał na aukcję, kupował kilkanaście obrazów, a dopiero potem patrzył, co ma. - W latach 80. i 90. niektórzy marszandzi zbili fortunę, sprzedając prace polskich artystów kupione za śmieszne pieniądze na Zachodzie - mówi dr Szelągowska. A Małgorzata Lalowicz opowiada o wątpliwej wartości antykach sprowadzanych z francuskich marchés aux puces i niemieckich Flohmarktów. Bo zasób tych rodzimych był i jest nader wątły - a to za sprawą powstań, wojen i przesiedleń.

- Rynek sztuki polskiej w latach 90. cierpiał na elefantiasis - mówi Jan Michalski z krakowskiej galerii Zderzak. - Przy nadmiernym rynku antyków nie było zainteresowania sztuką nową.

Rynek "starej" sztuki krystalizował się przez piętnaście lat. - Obecnie nie kupuje się nazwisk, lecz bardzo dobre dzieła sygnowane danym nazwiskiem - mówi prezes Lalowicz. - Odbiorcy wiedzą dziś, że malarz tworzył zarówno wybitne dzieła na wystawy, jak i galanterię "na kapelusz dla córki". Tyle że tych wybitnych w obrocie prawie już nie ma.

Najlepsze obrazy bardzo rzadko wracają na aukcje. Szukalski: - Dawniej zdarzało się to kilkanaście razy w roku, dziś ledwie kilka. Gdy już raz obraz za kilkanaście tysięcy zostanie kupiony, musiałby się wydarzyć wręcz kataklizm, żeby nabywca go sprzedał.

- To pewne, że społeczeństwo nam się wzbogaciło - kontynuuje Szukalski. - A przynajmniej przeszło na wyższe wzory konsumenckie. Zaspokoiliśmy pierwsze potrzeby, więcej jest ludzi skłonnych wydawać pieniądze dla przyjemności.

Andrzej Starmach, marszand, kolekcjoner i mecenas sztuki, także­ współczesnej, który wypromował m.in. Jerzego Nowosielskiego, mówi, że jeszcze trzydzieści lat temu 100 tys. dolarów było wartością całego rocznego obrotu na rynku sztuki

w Polsce. Dziś tyle może kosztować jeden obraz. - Oczywiście, krawiec nie może być już, jak dawniej, wybitnym kolekcjonerem - dodaje. - Co innego właściciel firmy odzieżowej.

Na przełomie wieków nastąpił zwrot ku młodej sztuce. Zdaniem Michalskiego, ze względu na rażącą nierównowagę między rynkiem starej i nowej sztuki było to do przewidzenia. - Po wejściu do Unii Europejskiej zachodni kolekcjonerzy zainteresowali się naszym rynkiem. Promocyjna polityka państwa pokazywała Polskę jako kraj młody i dynamiczny.

Młode pokolenie kolekcjonerów zainteresowało się młodą sztuką. Ale, co ciekawe, nie tylko oni. Gdy okazało się, że klasycy kosztują 30-40 tysięcy, a dzieła Wilhelma Sasnala czy Marcina Maciejowskiego - 80 tysięcy, starsi kolekcjonerzy przeżyli szok. - Musiało to zmienić ich mentalność - mówi Michalski.

Giełdowe gry

- Inwestycje w dzieła sztuki są jak najbardziej korzystne, ale w dłuższym okresie - zapewnia Małgorzata Lalowicz. - To jak w nieruchomościach: ziemi na świecie nie przybywa, antyków też nie.

Podobnego zdania jest Starmach: - Sinuso­ida cen dzieł sztuki jest stale rosnąca. Wszystko zależy od celnych wyborów.

Bo według Starmacha z rynkiem dzieł sztuki jest jak z giełdą. Poruszanie się na nim wymaga albo własnej kompetencji, albo - co w Polsce wciąż jest rzadkością - zatrudnienia eksperta-doradcy. - Generalnie im większa inwestycja, tym mniejsze ryzyko - tłumaczy marszand. Ale i mniejsza szansa na uzyskanie znacznego przebicia ceny przy sprzedaży. Natomiast inwestując w tańsze dzieła mniej znanych artystów, można liczyć na dobry zarobek, gdy już zostaną dostrzeżeni. Oczywiście, jeśli zostaną. - Na giełdzie również można inwestować w niedrogie akcje, tzw. dużego ryzyka - mówi Starmach. - Albo kupić na przykład akcje Coca-Coli. Ma się wtedy pewność inwestycji, ale trudno liczyć na spektakularne skoki ich wartości.

Za podziałem rynku na sztukę starą i nową idą więc dwie strategie inwestowania. - Ta stara ma ustalone przedziały cenowe. Młoda zaś przypomina rynek spekulacyjny, rynek młodych spółek wchodzących na giełdę - wyjaśnia Michalski. - U nas jeszcze nie, ale na świecie jest już grupa graczy rynkowych, która najchętniej sprzedawałaby same papiery.

To już czysta gra giełdowa. Tu nie liczy się dzieło, chodzi o samo wydanie pieniędzy, co podnosi jego giełdową wartość.

W Polsce jest też grupa nabywców kupujących dzieła wyłącznie dla lokaty kapitału. - Ci najchętniej sięgaliby po sztukę dawną, ale ten rynek jest już mocno ogołocony - tłumaczy Jan Michalski. Przesunięcie na rzecz rynku sztuki współczesnej to więc też kwestia praktyczna. A co za tym idzie - trzeba grać.

Rynkiem dzieł sztuki nie rządzą bynajmniej proste prawa ekonomiczne. - Cena dzieła sztuki to nie efekt ekonomicznej gry między podażą a popytem. Wartość estetyczna nie przekłada się na kwoty - zauwa­ża Małgorzata Szelągowska i wspomina rekordy aukcyjne, jak przypadek "Snu" Picassa z kolekcji Victora i Sally Ganzów, który osiągnął cenę 206 mln dolarów. Ganz kupił go w 1941 r. za... 7 tys. dolarów. - Niewiele jest dziedzin ekonomii, w których mody odgrywają równie istotną rolę - dodaje. - Malarstwo akademickie to podręcznikowy przykład. W XIX w. zdominowało ono rynek. Zostało odrzucone na fali awangardy, ale wróciło do łask w latach 60. XX wieku. Spójrzmy na notowania aukcyjne: najwyższą cenę, 2 mln 60 tys. zł, zapłacono w 2005 roku za "Rozbitka" Henryka Siemiradzkiego.

- Rzeczywiście, moda bezsprzecznie decyduje o cenie, ale zdarzają się też sytuacje, które temu zaprzeczają. Jak na giełdzie - ciągnie analogię Andrzej Starmach - która jest handlem kreacją i tak naprawdę nikt do końca nie wie, dlaczego jedne spółki zwyżkują, a inne dołują. Tym bardziej na polskim, wciąż niestabilnym rynku.

Dr Szelągowska zauważa jednak, że ceny akcji też bywają sztucznie kreowane. - Upadek spółki Art-B i towarzysząca mu przecena obrazów, zwłaszcza tych spod znaku École de Paris, które kupował Bagsik, sprawił, że przez kilka lat ceny utrzymywały się na bardzo niskim poziomie. Dowodzi to, że rynkiem steruje kilku kolekcjonerów.

Nazwa École de Paris, czyli "szkoła paryska", jak określa się malarzy pochodzenia żydowskiego działających na początku XX wieku w Paryżu, wywołuje zresztą uśmiech na twarzy znaczącej osoby ze środowiska antykwariuszy. - To było mistrzostwo świata marketingu - mówi i przekonuje, że byli to malarze nijak ze sobą powiązani, ale dzięki hasłu "École de Paris" można było wywindować cenę. - Marszand kupował wtedy całą kolekcję i musiał robić wszystko, by wykreować zbyt. Dziś trudno dostać za te obrazy pieniądze takie, za jakie je kupiono, a chodzi o kwoty rzędu 100 tys. zł.

Mechanizm wyjaśnia Andrzej Starmach, według którego lepszym przykładem takiego zjawiska jest los szalenie kiedyś popularnych "kossaków". - Niedawno każdy musiał koniecznie zacząć kupowanie od Jerzego Kossaka. Rzecz w tym, że gdy przychodzi moda na danego malarza, cena wybitnych jego dzieł winduje również ceny tych gorszych. Przy czym te wybitne zawsze będą drogie, cena średniaków zaś na pewno spadnie.

Dziedzina namiętności

Notowany od pewnego czasu spadek cen, jak wyjaśnia prezes Lalowicz, jeszcze zmniejsza podaż antyków. - Klienci nie godzą się na oddawanie ich za obowiązujące ceny. A chcący inwestować mają takie możliwości w innych dziedzinach, że nie są zainteresowani kupowaniem za wszelką cenę. Chyba, że z kolekcjonerskiej pasji.

Konrad Szukalski nie przypomina sobie klienta, który wyprany z emocji analizowałby notowania i kupował obraz tylko po to, by go odsprzedać z zyskiem. - Ludzie kupują przede wszystkim to, co się im podoba - mówi. - Dopiero potem idą kwestie finansowe, gdy okazuje się, że obraz, który wisi na ścianie, zyskuje na wartości.

Wszyscy są zgodni, że pasja kolekcjonerska rodzi się dopiero z czasem. Ale generalnie zaczyna się raczej od chęci zapełnienia pustych ścian niż korzystnego inwestowania, bo w zasadzie bardziej opłaca się inwestować na innych rynkach. Szelągowska przywołuje badania ekonomisty Williama J. Baumola, który dowodził, że analizowany długoterminowo zakup dzieł sztuki nie przynosi spektakularnych dochodów, zysk jest niższy niż z innych inwestycji, a tran­sakcje są obarczone ogromnym ryzykiem. Trzeba to więc kochać.

Konrad Szukalski śmieje się, że prawdziwego kolekcjonera poznaje się po oczach. Michalski dodaje, że przecież nawet tak czystej krwi inwestorzy jak Saatchi łączą spekulację z zamiłowaniem. - Sztuka to dziedzina ludzkich namiętności - mówi.

Kim więc jest polski kolekcjoner sztuki? Przede wszystkim człowiekiem działającym z ukrycia. To nie przypadek, że w muzeach przy dziełach wypożyczonych od prywatnych właścicieli widnieje tylko informacja "kolekcja prywatna", a ich nazwisk nie ma w katalogach, na aukcjach zaś słyszy się o "anonimowych nabywcach". Jak wyjaśnia dr Szelągowska, kolekcjonerzy dbają o anonimowość chcąc uniknąć kradzieży, ale nie tylko. - Obawiają się też urzędu podatkowego i jest tak na całym świecie - mówi. - We Francji zdarza się, że do kustosza dzwonią urzędnicy z urzędu skarbowego i pytają o nazwisko właściciela kolekcji. Nikt im go oczywiście nie poda.

Andrzej Starmach kreśli sylwetkę typowego kolekcjonera. Co oczywiste, jest to osoba zarabiająca wysoko powyżej przeciętnej. Zwykle biznesmen, ale coraz częściej menedżer najwyższego szczebla. - To nowość. Do niedawna nie było w Polsce pensji pozwalających na zakup dzieł sztuki - mówi. - Przy czym kolekcjonerzy to przeważnie ludzie wykształceni i obyci, bo jeżdżący za granicę - dodaje, zaliczając jeszcze do tej grupy przedstawicieli zawodów prawniczych i zawodów wolnych.

- To często ludzie o sporej wiedzy na temat sztuki, często wyniesionej z domu - dodaje Szelągowska. - W większości to jednak osoby przypadkowe. W Polsce nie obowiązuje powszechny gdzie indziej wymóg środowiskowy zbierania dzieł sztuki, aby zostać zaliczonym do elity. Wystarczy rezydencja, samochód i biżuteria.

W Niemczech, we Francji czy Beneluksie tradycja kolekcjonowania sięga pokoleń. Szukalski: - Armia Radziecka tamtędy nie przechodziła. Nikogo tam nie dziwi dom pełen antyków. Tymczasem w Polsce jeszcze stosunkowo niedawno każdy miał tylko taki dobytek, jaki dał radę unieść.

Czy kolekcjonerzy kupują tylko dla siebie? - Kolekcjonowanie zawsze łączy się

z próżnością. Przecież każdy lubi, gdy ogląda się jego rzeczy, nawet gdy pozostaje anonimowy - zapewnia Szukalski. - Wiele muzeów, organizując wystawy, zwraca się do nas, byśmy skontaktowali się z właścicielami z prośbą o wypożyczenie obrazu. Większość nie odmawia. Kolekcjoner czuje się wtedy doceniony.

Wystrój wnętrz

Andrzej Starmach wzdycha: - Zakupy dla instytucji to, w porównaniu z trendami światowymi, zjawisko w Polsce marginalne.

Jeżeli polskie przedsiębiorstwa angażują pieniądze w sztukę, to jest to bierny sponsoring. Jak mówi dr Szelągowska - okazja do pokazania logo. Tymczasem np. IBM od kilku lat wspomaga muzea technologią, skatalogował zbiory Luwru i Ermitażu, umożliwiając zwiedzanie ich przez internet. - Inwestycje w sztukę to sposób wyróżnienia się na rynku - mówi Szelągowska. - W 1987 r. najdroższy obraz świata, "Słoneczniki" van Gogha, został kupiony za 240 mln franków przez japońskie towarzystwo ubezpieczeniowe Yasuda Marine & Co, które zyskało w ten sposób rozgłos i wiarygodność w oczach klientów.

Konsekwentną politykę kupowania dzieł sztuki prowadzi Deutsche Bank. Dziś należy do niego ponad 50 tys. obiektów. To największa kolekcja jednej firmy na świecie. - Pomysł polegał na wprowadzeniu grafik, obrazów czy rzeźb do biur i sal obsługi klienta, by wspierać młodych artystów współczesnych, a zarazem dać klientom i pracownikom możliwość obcowania ze sztuką - mówi Sabina Salamon z polskiego oddziału banku. - Rocznie po biurach w samym Frankfurcie oprowadzanych jest około dwustu wycieczek, organizuje się do dziesięciu wystaw w prestiżowych galeriach.

Ostatnio polski oddział banku udostępnił Zachęcie obraz "Portret mężczyzny" Olgi Boznańskiej. Jednak, jak mówi pracownik banku, obrazy zostały tu jeszcze z czasu przed przejęciem Banku Współpracy Regionalnej przez DB i nie wchodzą w skład kolekcji.

Od 1988 r. powstawała kolekcja banku BPH. To około 150 obrazów, grafik i rzeźb, z obrazem "Cztery konie przed karczmą" Józefa Chełmońskiego na czele, zdeponowanym w warszawskim Muzeum Narodowym. Dwanaście obrazów z kolekcji objechało w 2005 r. dziesięć krajów Europy Środkowej i Wschodniej (włącznie z Polską), w ramach organizowanej przez Grupę HVB wystawy "Europa w sztuce". Co ciekawe, jej inicjatorem były banki, a nie instytucje kulturalne. Nawet wyboru eksponatów dokonali ich pracownicy w głosowaniu internetowym. - Bez wątpienia kolekcja jest także wartościową inwestycją, ale cel biznesowy jest w tym przypadku drugoplanowy - mówi Władysław Kołomański z BPH. Podobnie jest w banku PKO BP, który na początku lat 90. zakupił do centrali kilka obrazów, m.in. autorstwa Jana Cybisa i Jakuba Dominika. - Nie traktujemy ich jako lokaty kapitału, ale jako element wystroju wnętrz - przyznaje Marek Ryczkowski reprezentujący PKO BP.

W połowie 2000 r. powstała Fundacja Sztuki Polskiej ING, która skupia się głównie na twórczości młodych artystów, jak Wilhelm Sasnal, ale w jej zbiorach liczących 64 obrazy znalazł się też Gierowski i Nowosielski. Swoje prace sprzedał fundacji także Grzegorz Szwiertnia. - Pewnie kiedyś je komuś scedują, ale póki co nie są raczej pokazywane publicznie - mówi malarz. - Wiszą w biurach i na korytarzach ich głównej siedziby.

Sasnal i inni

- Mody? Ocbzywiście, były różne. Najpierw było École de Paris, potem malarstwo XIX--wieczne, teraz sztuka współczesna, ale zaczyna się też zainteresowanie socrealizmem - opowiada Małgorzata Lalowicz. - Tyle że stało się z nim coś dziwnego. Po prostu nie ma go na rynku. Być może rozszedł się przy okazji restrukturyzacji przedsiębiorstw państwowych, które go gromadziły.

- Na szczęście - kontynuuje prezes Lalowicz - zaczęła się moda na dzieła po prostu bardzo dobre. Nie kupuje się już obrazka pod kolor zasłon, co się często zdarzało jeszcze dziesięć lat temu. Oczywiście, są klienci nieuleczalni. Był np. okres mody na złote meble: stół, krzesełka, najlepiej jeszcze parawanik. Ale teraz wszyscy szukają prostego biedermeieru albo art déco. To meble mieszczańskie, nie pałacowe.

Moda może wywindować ceny dzieł sztuki o kilka poziomów. A modę kreują marszandzi. - To nie takie proste - zaprzecza jednak Andrzej Starmach. - Gdyby dało się po prostu orzec wraz z krytykami, że dany artysta jest świetny i właśnie jego będziemy lansować, dzieła te nigdy nie osiągałyby takich cen. Bo rynek byłby przewidywalny.

Okazuje się, że mody nie mają też prostego przełożenia pokoleniowego, choć to młodzi klienci chętniej kupują dzieła swych rówieśników. - Ale tu też nie ma reguły - tłumaczy Starmach. - Są młodzi ludzie, którzy wyrastali w domach pełnych antyków. Ci będą kupować sztukę starą. Są też zainteresowani klasyką awangardy, wreszcie są w tym pokoleniu szukający sztuki absolutnie najnowszej. To dotyczy przede wszystkim japiszonów z Warszawy. A ściślej: Warszawki.

- Jest trochę młodych ludzi, którzy zrobili większe pieniądze i interesuje ich sztuka młodych artystów - mówi malarz Grzegorz Szwiertnia. - Ci szukają w dzisiejszej sztuce identyfikacji dla swego pokolenia.

Szwiertnia jest jednym z uznanych młodszych twórców. Przyznaje jednak, że na rynku sztuki prawie w ogóle nie funkcjonuje: - Na aukcje ani nie daję, ani nikt się do mnie nie zgłasza. Nie jestem artystą o renomie aukcyjnej.

Z podobnym problemem boryka się krakowski artysta Bogusław Bachorczyk: - Żeby zaistnieć na rynku, trzeba czasu. To duża praca promocyjna, a ja się nią nie zajmuję. Młodzi ludzie uruchamiają teraz ciekawe galerie, gdzie przy kawie i ciastku można za drobne pieniądze kupić mały artystyczny gadżet. I to mi się podoba. Ci ludzie za kilka lat będą mogli podziałać więcej - dodaje.

Bachorczyk przyznaje, że do niedawna unikał galerii. - Galeria ma zawsze swoje wymagania, zobowiązuje, a mnie zależało na wolności totalnej. Tak naprawdę nie zabiegam o zbyt, sprzedaję przez znajomych. I cieszę się, bo nie chciałbym być masowym towarem - mówi. - Ale w sprawach komercyjnych jestem w zasadzie na początku drogi.

Inaczej niż niektórzy jego rówieśnicy, jak wywodzący się z grupy Ładnie Marcin Maciejowski, Rafał Bujnowski, a zwłaszcza Wilhelm Sasnal, których obrazy nie tylko osiągają zawrotne ceny w kraju, ale podbijają także zachodnie rynki.

Szwiertnia przekonuje jednak, że w Polsce da się żyć ze sztuki. - Artyści, którzy uprawiają malarstwo niehermetyczne, oparte na fotorealizmie, sprzedają prace - zapewnia.

Bo polski gust, jak mówi dr Szelągowska, jest konserwatywny. - Od czasów Matejki sztuka miała mówić językiem powszechnie zrozumiałym, o sprawach dotyczących całej społeczności - tłumaczy. - Przeciętnemu Polakowi wmówiono, że nie rozumie sztuki nowoczesnej. Podczas gdy nie zawsze trzeba ją rozumieć. Tymczasem przeciętny kolekcjoner kupi najchętniej scenkę rodzajową z patriotycznymi konotacjami.

Szwiertnia: - Jeśli chodzi o realizację projektów artystycznych, to warunki mam niemal idealne. A jeśli chodzi o sprzedaż, to sam sobie takiego piwa nawarzyłem, że maluję dość trudne obrazy i maluję ich dużo.

Przypadek Sasnala pokazuje, jak ogromną rolę na rynku sztuki pełni kolekcjoner. Szelągowska twierdzi, że przejęli oni w zasadzie rolę galerii - sami są w stanie wypromować artystę. Jednak perspektywy rynku zależą od tego, czy to galerie będą umiały promować nową sztukę. Dobry marszand to nie ten z bogatą ofertą, ale ten, który wypromował nieznanego artystę. Bo czy kubizm miałby rację bytu bez Kahnweilera, a pop-art bez Leo Castellego?

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz od 2002 r. współpracujący z „Tygodnikiem Powszechnym”, autor reportaży, wywiadów, tekstów specjalistycznych o tematyce kulturalnej, społecznej, międzynarodowej, pisze zarówno o...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]