Isidre ma 49 lat. Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna nerwowo zerka na zegarek. Brama do jego garażu jest otwarta, a w środku stoi niemal nowy samochód hybrydowy.
– Pół godziny temu miała być laweta i ciągle nic – Isidre nie jest zdziwiony spóźnieniem, znając hiszpańskie podejście do czasu.
Tyle że on czeka już ponad dwa miesiące, aby ktoś zabrał z garażu jego czteroletni niesprawny samochód.
– Chcę zapomnieć, zacząć nowy rozdział, a oglądanie auta za 20 tys. euro, którym nigdy już nie pojadę, jest trudne – mówi.
Isidre doskonale pamięta tamten dzień, 29 października 2024 r. Ledwo wrócił z ostatniego montażu drzwi i zaparkował auto, a przyszła ogromna fala. W kwadrans stracił nie tylko samochód, ale też zakład stolarski, który prowadził wraz z młodszym bratem.
Gdy tak czekamy na lawetę, Isidre zaprasza do środka garażu. Czuć wilgoć, w powietrzu unosi się kurz. Tuż obok samochodu jest regał z książkami, gdzieniegdzie widać jeszcze błoto i nawilgłe kartki. Isidre nie chce ich wyrzucać, to pamiątka po ojcu.
W powodzi, która pod koniec października 2024 r. spustoszyła rejon Walencji, zginęło co najmniej 220 osób.
Jordi i Isidre stracili warsztat stolarki, ich miejsce pracy
W głębi garażu jest ów zakład stolarski, a właściwie pozostałości po nim. Wszystkie maszyny trzeba było wyrzucić. Jest już kilka nowych, które Isidre kupił z pierwszej wypłaty odszkodowania.
Jednak od stu dni jest bezrobotny, podobnie jak jego brat Jordi. Młodszy o dwa lata, jest szczuplejszy i niższy. Świeci słońce, a on ma czapkę i szalik zaciągnięty na usta. Nie patrzy na mnie, wzrok ma wbity w podłogę.
– Tego dnia nie zapomnę. Byłem w mieszkaniu na parterze, gdy po kilku minutach woda zaczęła sięgać mi do szyi. Udało mi się wypłynąć z domu, ale uratowałem tylko telefon. Straciłem wszystko – mówi.
W domu Jordiego nie ma już błota. Przez piętnaście dni wyrzucał je wraz z kilkunastoma wolontariuszami. Teraz jest pustka. Z sypialni dobiega tylko hałas włączonego osuszacza powietrza, który Jordi dostał od Czerwonego Krzyża.
Są też plastikowe worki, paczki z ręcznikami i pościelą, a nawet telewizor, który dostał z darów, od ludzi i firm. Wszystko stoi nierozpakowane.
Jordi jeszcze przez wiele miesięcy nie będzie mógł wrócić do domu. Jest za dużo wilgoci, ściany muszą wyschnąć. Inaczej malowanie nie ma sensu.
Jordi prowadzi mnie na taras z widokiem na wąwóz. Pokazuje miejsce, w którym znaleziono ciało jednej z mieszkanek miasteczka. Zginęła w swoim samochodzie.

Powodziowa strefa zero: hiszpańska gmina Paiporta
Jordi i Isidre są mieszkańcami Paiporty, 25-tysięcznej gminy. Z Walencji są tu tylko trzy kilometry: prosta droga, trzy ronda.
Paiporta została nazwana „strefą zero” powodzi. Kilkadziesiąt jej ofiar to mieszkańcy Paiporty. Wielu to starsi schorowani ludzie, mieszkający na parterze, a także kierowcy uwięzieni w autach, a nawet przechodnie.
Dziś Paiporta zamieniła się w plac budowy. Całe miasteczko poszukuje elektryka, murarza czy stolarza. Na dachach samochodów przewożone są prowizorycznie przymocowane drabiny. Mnóstwo też żółtych barierek, odgradzających nieprzejezdne miejsca, i czerwono-białych taśm na pozamykanych placach zabaw i parkach.
Na ulicach prawie nie ma już błota, gdzieniegdzie ostało się na konarach palm.
Jednak większość biznesów pozostaje zamknięta. Otwartych jest raptem parę kawiarni i barów, w których wystawiono stoliki na zewnątrz. Przy tej samej ulicy zamknięty pozostaje sklep papierniczy (kartka głosi: „Wrócimy wkrótce”), otwarto już za to salon piękności – ten jakby za sprawą czarodziejskiej różdżki uniknął wielkiej fali.
Na ulicach wciąż widać wozy policyjne, wojsko i UME, wojskowy oddział ds. klęsk żywiołowych. Jest też nadal kilka punktów, gdzie mieszkańcom rozdaje się jedzenie i środki czystości.
Za szybami samochodów widać kartki z napisem „działa” albo „nie działa, przed usunięciem zadzwoń na podany numer”.
Oprócz aut ucierpiała też elektryka: tysiące budynków straciło windy i domofony; informują o tym kartki przy drzwiach wejściowych.
Nie działa też stacja metra (linia biegnie do Walencji) i pewnie długo będzie niedostępna.
Wąwóz w Paiporcie, z którego wylała woda, jest teraz całkowicie wyschnięty. O tragedii przypominają rzędy wypalonych świec na jego zboczu. Każdego 29. dnia miesiąca przynoszą je mieszkańcy.

W rejonie Walencji uszkodzonych lub zniszczonych zostało 130 tysięcy domów
W pobliskiej gminie Chiva wysiedlono całą ulicę leżącą najbliżej tego wąwozu i rzeki; budynki nie nadają się do zamieszkania. Wielu podmytym starym murom grozi zawalenie.
Miasteczka zniszczone przez powódź łączy charakterystyczny widok: ulic z ciągnącymi się rurami. Przy studzienkach wciąż słychać przelewającą się wodę.
Minęło ponad sto dni, odkąd zjawisko pogodowe zwane tu DANA uderzyło w południowo-wschodnią Hiszpanię. Burze, intensywne opady (w Chivie nawet 500 mm w ciągu ośmiu godzin) doprowadziły do wylania rzek.
Prócz ofiar ludzkich, zniszczonych zostało ponad 530 km dróg i 15 km linii kolejowych. W kilkudziesięciu miasteczkach w okolicy Walencji uszkodzonych lub zniszczonych zostało 130 tys. domów i ponad 120 tys. aut (dla nich stworzono specjalne „cmentarze”). Władze Walencji szacują, że ponad 60 proc. biznesów z terenów powodziowych pozostaje nieczynnych. Także 48 tys. uczniów z terenów powodziowych nie wróciło wciąż do szkół; kontynuują naukę zdalnie.

Walencki Instytut Badań Ekonomicznych (Ivie) szacuje straty materialne na ponad 17 mld euro.
Ucierpiały też zwierzęta: tylko w pierwszych dniach potwierdzono śmierć ponad 3 tys. zwierząt hodowlanych. Kilka dni po przejściu fali uruchomiono platformę internetową, by w jednym miejscu zbierać informacje o zagubionych, znalezionych lub widzianych gdzieś zwierzętach domowych. Jak dotąd opublikowano 450 wpisów, a jedna trzecia tych zwierząt wróciła do właścicieli.
Z kolei w mediach społecznościowych lokalne schroniska publikują zdjęcia i opisy zwierząt porzucanych. Jak ten: „13-letnia suczka szuka nowych właścicieli. Jej rodzina straciła dom i już nie może się nią zająć”.
Krewni ofiar powodzi występują z pozwami przeciw lokalnym politykom
DANA nie jest czymś nowym na Półwyspie Iberyjskim: to zjawisko pogodowe, gdy masa polarnego powietrza zderza się z ciepłym znad Morza Śródziemnego. Tym razem jednak zaskoczyła jego intensywność.
– Rozumiem, że może zdarzyć się powódź, ale bolało mnie, że nas nie ostrzegli i pozostawili samym sobie – mówi stolarz Jordi.
Wprawdzie krajowa agencja meteorologiczna AEMET opublikowała na portalu X ostrzeżenie przed „ekstremalnym zagrożeniem” już 29 października przed ósmą rano, ale lokalny rząd Walencji wysłał alert na telefony mieszkańców dopiero po dwudziestej. Znaczna część miejscowości była już wtedy pod wodą.
Frustrację mieszkańców Paiporty dało się odczuć podczas wizyty pary królewskiej kilka dni później. Filipowi VI i królowej Letycji towarzyszyli premier Pedro Sánchez i prezydent Walencji Carlos Mazón. Mieszkańcy rzucali w ich stronę błotem, krzycząc: „Zabójcy!” i „Precz stąd!”.
Wizyta miała być symbolem jedności, bo premier-socjalista pojawił się obok konkurenta z konserwatywnej Partii Ludowej. Wkrótce jednak zaczęły się wzajemne oskarżenia. Potem, podczas kolejnych wielkich demonstracji, mieszkańcy Walencji żądali dymisji Mazóna. Ten uważa jednak, iż nie ma sobie nic do zarzucenia i obwinia Konfederację Hydrograficzną Júcar, która podlega ministerstwu transformacji ekologicznej i rządowi centralnemu w Madrycie. Mazón uważa, że Júcar nie poinformowała na czas o rosnącym poziomie wody.
Tymczasem prokuratura prowadzi śledztwo. Pozew przeciw kilku lokalnym politykom i szefowi Júcar złożyło stowarzyszenie bliskich ofiar DANY „Huerta Sud”. Ze zbiorowym pozwem wystąpili też krewni ofiar skupieni wokół Stowarzyszenia SOS Zaginieni.
Do Walencji przyjechały tysiące wolontariuszy z Hiszpanii i świata
Ale powódź stała się też demonstracją solidarności – tej dającej nie tylko wsparcie materialne, ale i nadzieję.
Media obiegły zdjęcia ciągnących do Walencji wolontariuszy. Już w pierwszych dniach listopada przyjechało ich ponad 15 tysięcy – z kraju i zagranicy. W sklepach, zakładach fryzjerskich, a nawet szkołach tańca w całej Hiszpanii zbierano produkty i organizowano koncerty czy mecze, z których dochód przeznaczano na odbudowę zalanych miasteczek.
Manuel Deronde, koordynator wolontariuszy z Red Civil de Voluntarios (grupa powstała dzień po przejściu DANY), zwraca uwagę, że problemem wśród powodzian jest brak podstawowych informacji:
– Drogi do zalanych miejscowości są już przejezdne, ale wciąż jest wiele do zrobienia. Skupiamy się teraz na pomocy starszym osobom, które mają problemy z poruszaniem się. Do nich wysyłamy wolontariuszy. U nas działa obecnie ok. 100 osób, ale potrzeb jest więcej.
– Wciąż spotykamy ludzi, którzy mimo wilgoci odmalowują domy i liczą daremnie, że będą mogli się szybko wprowadzić – mówi Deronde. Aby wyjaśniać mieszkańcom, co warto robić, a czego nie, powstały specjalne profile na Instagramie i Telegramie.
– Pytasz o wyzwania? To polityka – mówi mi były żołnierz, a od półtora miesiąca wolontariusz, który woli pozostać anonimowy. – Władzom nie podoba się obecność cywilnych wolontariuszy, nie pozwolili też działać oddziałowi ratunkowemu żołnierzy z Meksyku. Dlaczego? Uważam, że jest wiele rzeczy do ukrycia, wiele zaniedbań, wciąż odnajdowane są ciała zaginionych, a skala zniszczeń jest większa od tej oficjalnie podawanej.
Pomoc psychologiczna dla Walencji
Laura Prieto z miasteczka Benetússer, psycholożka, pracuje z poszkodowanymi w powodzi.
– Mimo upływu czasu moi pacjenci wciąż mają flashbacki, wracające wspomnienia, ataki lęku i paniki. Boją się zostawiać starszych rodziców samych w domu. Widoczna jest też apatia – mówi Prieto.
Jej gabinet w pierwszych dniach po powodzi świecił pustkami.
– Ludzie odwoływali wcześniej umówione wizyty, skupiali się na podstawowych potrzebach i instynkcie przetrwania – mówi Prieto.
Dlatego Laura Prieto, wraz ze specjalistami z Kolegium Psychologów w Walencji, zdecydowała się udzielać bezpłatnych porad. Wykorzystuje też media społecznościowe, aby uczyć dbałości o – jak to nazywa – higienę myśli. Uczy też technik relaksacyjnych i zasad zdrowego odżywiania. Uważa, że to ważne w powrocie do rzeczywistości po takim dramacie. Choć i tak w wielu przypadkach, aby uporać się z traumą, potrzebna będzie terapia.
Jordi, 47-letni stolarz z Paiporty, liczy na oczyszczenie wąwozu, który znajduje się w sąsiedztwie jego domu, i na budowę nowych tam oraz zbiorników. – Bez tych prac odbudowa naszych domów nie ma sensu.
– A jeśli taka powódź ma się jeszcze raz powtórzyć, nie chcę już dalej żyć – dodaje.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















