Reklama

Gdy uczeń nie chce być cicho

Gdy uczeń nie chce być cicho

11.03.2015
Czyta się kilka minut
W legnickiej podstawówce pojawiła się „Procedura wejścia do klasy” – kojarząca się raczej z tresurą, niż z odkrywaniem świata wiedzy. Niewolnikom podobnych metod można by zalecić filmową odtrutkę.
Procedura wejścia do klasy
P

Poznałem niezwykłego chłopca. Miał prawie siedem lat, chciał zostać wynalazcą i założył zeszyt, w którym opisywał (tak, umiał już pisać) dwieście najbardziej pożytecznych wynalazków dla ludzkości. W drugim zeszycie prowadził listę najciekawszych słów, z którymi kiedykolwiek się spotkał. Właśnie miał po raz pierwszy w życiu iść do szkoły. Nie mógł doczekać się chwili, w której zacznie się uczyć nowych rzeczy – takich, dzięki którym będzie mógł skonstruować np. rakietę kosmiczną dla całej rodziny. Jego wiedza o świecie była równie wielka jak jego ciekawość i zachwyt tym światem. W jego głowie rodziło się sto pomysłów na minutę, a jego ciało rozsadzała energia: ciągle się ruszał, bujał na stołku, huśtał nogami, stukał widelcem o talerz w rytm słyszalnej tylko w jego mózgu muzyki, na którą składały się także siorbanie siostry, przeżuwanie ojca, energiczne ruchy łyżeczką mamy i podskoki pokrywki na garnku. Powiedzieć, że miał ADHD, byłoby nietłumaczącą niczego kliszą, po prostu nie mógł długo wysiedzieć na miejscu; sam byłem kiedyś takim dzieckiem i takim dzieckiem wciąż jeszcze jest mój syn.

Czerwone kropki

Ów niezwykły chłopiec – bohater holenderskiego filmu „Niesforny Bram”, który pojawił się właśnie w polskich kinach studyjnych – trafił do szkoły i okazało się, że mimo swojej wiedzy i talentów do niej... nie pasuje, ba: że jest dla niej problemem. Nauczyciel, pracujący od lat w zawodzie, skrępowany rutyną, może trochę wypalony, nie tolerował jego ruchliwości – i nie miał pomysłu, jak ją wykorzystać. Równocześnie próbował go zmusić do wykonywania wciąż takich samych, nudnych zadań, które w tym tempie były dla niego nierealizowalne. Bram otrzymywał kolejne łatki: „niesfornego”, „nieposłusznego”, „niegrzecznego”, „rozkojarzonego”, „leniwego”. Wynikające z ciekawości eksperymenty (jak działa pióro: na ile jest podobne do działania ludzkiego organizmu, który płacze czy sika; na ile dłonie wysmarowane atramentem reagują w zetknięciu z powierzchnią stołu czy kartką podobnie jak dłonie spocone) uznawane były za prowokacje wymierzone w szkolny porządek: nauczyciel nie był w stanie nadążyć za tokiem myślenia chłopca, widział jedynie brudne ręce i pomięty zeszyt. Podobnie w symbolicznej scenie, w której wychowawca usiłował zabić brzęczącą w klasie muchę, a Bram mu w tym przeszkodził, złapał owada i wypuścił za okno – zamiast troski o stworzenie, nauczyciel widział w tym niesubordynację i podważanie swojego autorytetu.

Trudno się dziwić, że niezwykły chłopiec zaczął zamykać się w sobie. Czuł, że traci wsparcie ciągle wzywanych do dyrekcji rodziców, którzy – w poczuciu bezradności i zagrożenia perspektywą przenosin dziecka do szkoły specjalnej – rzeczywiście przestali go wspierać, wprowadzając w domu system punktów za zachowanie: czerwonych kropek za te niepożądane i zielonych za pozytywne. Bał się konfliktów, wybuchających nad jego głową między coraz bardziej zagubionymi mamą i tatą; bał się, że rodzice rozwiodą się z jego powodu. Coraz mocniej szykanowany przez nauczyciela, zaczął uciekać ze szkoły i symulować choroby; w końcu podczas jednego z kryzysów wszedł na klasową szafę – a próbujący go ściągnąć belfer miał poważny wypadek.

Ta historia skończy się dobrze: w szkole pojawi się na zastępstwo za leżącego w szpitalu wychowawcę młody nauczyciel. Widząc niespożytą energię Brama wprowadzi zajęcia ruchowe dla całej klasy (a przy okazji zlikwiduje ławki, proponując dzieciom siedzenie w kręgu, w którym nie ma miejsca dla kogoś ukrytego za katedrą), z niego samego zaś uczyni szkolnego gońca, biegającego po pomoce naukowe, dzienniki itd. Będzie potrafił spowodować przemianę także u swojego starszego kolegi, który – paradoksalnie dopiero w doświadczeniu własnej słabości, w gipsie, odbierającym mu surowość i powagę nauczycielskiej władzy – odnajdzie w sobie przestrzeń na zwiększenie tak potrzebnej szkole wolności. Sam wychowawca – dodajmy – odczuje w związku z tym ulgę.

Procedura wejścia do klasy
Procedura wejścia do klasy - z jednej z legnickich podstawówek / źródło: Facebook

Żetony i punkty

W jednej z legnickich szkół podstawowych na korytarzach powieszono dziesięciopunktową „Procedurę wejścia do klasy”. Dokument (patrz ilustracja) jeży włos na głowie: „2. Uczniowie ustawieni są w kolejności alfabetycznej. Ustawienie uczniów jest stałe do końca roku. 3. Uczniowie stoją, nie stykają się, mają plecaki położone na ziemi tuż przy prawej nodze, ręce są ułożone wzdłuż tułowia, patrzą prosto, nie wydają dźwięków, nie wykonują ruchów. 4. Od momentu ustawienia, czyli od stanu możliwego do zaakceptowania (patrz punkt 3) nauczyciel odlicza minutę. Jeżeli uczniowie w ustawieniu wytrzymają minutę, nauczyciel zaczyna wpuszczać kolejne osoby do klasy”. Ci, którzy nie spełniają warunków (czytaj: nie stoją spokojnie), zostają na swoich miejscach; ci, którzy odezwą się w trakcie – muszą na nie wrócić; ci, którzy weszli poprawnie – dostają specjalne żetony, itd., itp., aż do punktu dziesiątego. Bezpośrednio po zajęciu miejsc przez uczniów nauczyciel odczytuje regułkę, będącą sednem proponowanej tu „metody wychowawczej”: „Uczeń za swoje dobre zachowanie jest nagradzany. Opłaca się dobrze zachowywać”.

Sprawę „Procedury” nagłośniły media, kuratorium skierowało do szkoły kontrolę, interwencję zapowiedział rzecznik praw dziecka. A dyrekcja? „Uczą się u nas dzieci z różnymi problemami, z ADHD, z zaburzeniami opozycyjno-buntowniczymi. Muszą być stworzone ramy, które będą porządkować ich zachowanie” – tłumaczyła „Gazecie Wyborczej” dyrektorka placówki. I dalej: „Może to się wydawać absurdalne, ale po prostu chodzi nam o to, by dzieci nie biły się, by nie latały im ręce, by stały grzecznie”. W wizji kierownictwa legnickiej podstawówki istotą sprawy nie jest karanie, a przeciwnie: system nagród. „Wszyscy mówią dzieciom, że źle się zachowują. My wolimy nagradzać, a gdy dzieci zbiorą żetony, dostają ciastko czy wychodzimy z nimi na lody. Nie ma nic przyjemniejszego niż patrzenie na dziecko, które jest w stanie się czegoś nauczyć”.

„Gazeta” informuje, że procedura – chwalona przez wielu rodziców – została opracowana przez zespół złożony z pedagoga, psychologa i nauczycieli. „Korzystamy z prac psychologii behawioralnej, głównie Artura Kołakowskiego. Niektórzy chcieliby wychowywać w sposób zupełnie bezstresowy. Jeśli jednak chcemy wychować dobrych ludzi, musimy się bardziej postarać” – mówi dyrektorka szkoły, a mnie przypomina się – niewątpliwie wywiedziony również z zasad psychologii behawioralnej – system tresury psów przy użyciu tzw. klikera: przy każdym pożądanym zachowaniu zwierzę dostaje nagrodę, której towarzyszy kliknięcie specjalnego urządzenia, z czasem pies się od tych klików uzależnia. Wypada dodać, że to wyjątkowo skuteczna metoda.

To pewnie jedno ze źródeł problemu: na krótką metę podobne metody działają, przynajmniej na tym poziomie, że szkolny korytarz cichnie. Źródło drugie: że stosuje je wiele polskich placówek wychowawczych (bo przecież nie tylko szkół podstawowych –  przedszkoli i gimnazjów również), z tą jedynie różnicą, że nie są one ujmowane w procedury, których zapis trafia później na ściany i do mediów. Trzecie: że większość z nas była wychowywana w  podobny sposób i, jak to się zawsze mówi przy takich okazjach, „wyszła na ludzi”, bo „co nas nie zabije, to nas wzmocni”. Czwarte: większość z nas podziela pogląd, że dziecko w szkole musi być przede wszystkim grzeczne i uczyć się w sposób daleki od eksperymentalnego (nic to, że świat się zmienił i że za tą zmianą zdążyły nadążyć nawet szkolne podstawy programowe i wytyczne ministerialne, dające nauczycielom większy margines wolności). Piąte: większość z nas nie ma świadomości, że współczesne badania nad mózgiem pokazują, iż najłatwiej uczymy się (a uczymy się przez całe życie) w strefie komfortu, a nie tresury i przymusu – wtedy, kiedy sami tego chcemy. Aleksander Pawlicki, pisząc niedawno w „Tygodniku” o horrendalnym pomyśle przyznawania w szkołach punktów za zachowanie, przypomniał eksperyment, w którym w dwóch przedszkolach psychologowie przynieśli dzieciom materiały plastyczne: w jednym pozwolili bawić się do woli, a w drugim po zakończeniu zabawy wręczyli jeszcze medale. Gdy przyszli po raz kolejny, dzieci z pierwszego miejsca ochoczo rzuciły się do malowania, a z drugiego – na wieść, że tym razem nie będzie medali – odmówiły jakiejkolwiek aktywności.

Jak dopieścić nauczyciela

Jak polemizować z ludźmi, którzy widzą w szkole miejsce, gdzie uczniowie „nie stykają się, nie wydają dźwięków, nie wykonują ruchów”? Może zorganizować im serię pokazów „Niesfornego Brama”? Sam obejrzałem ten film w ramach akcji „Dzieciaki na horyzoncie”, organizowanej przez Stowarzyszenie Nowe Horyzonty. Było niedzielne południe, a ja trafiłem do maleńkiej sali czegoś, co jest bardziej klubokawiarnią dla chustowych mam niż kinem. Kiedy wyszedłem na słoneczną ulicę, miałem ochotę biec przed siebie – i ta ochota udzieliła się także moim synom, drugoklasiście, który już dobrze wiedział, jaki świat tu przedstawiono, i zerówkowiczowi: zanim wsiedliśmy do samochodu, wariacko goniliśmy się wokół niego. Mam wrażenie, że każdemu z nas udało się zobaczyć niesfornego Brama w sobie – i ostatecznie się z nim pogodzić. Wszystkim życzę tego doświadczenia.

Przed kilkoma tygodniami Agata Kula omawiała w „Tygodniku” nową książkę duńskiego pedagoga i terapeuty Jespera Juula, poświęconą kryzysowi szkoły. Szkoła, którą mamy, to relikt przeszłości – twierdzi w niej „duński Korczak”. Sposób traktowania dzieci przez rodziców zmienił się w ciągu ostatnich dekad: nie zawsze jest oparty na wymogu posłuszeństwa, często nie polega na stosowaniu kar i nagród. Dzieci zyskały w rodzinach głos, którego podczas lekcji wciąż nie mają. Stąd coraz częstsze problemy nauczycieli, zapisy w dzienniczkach: „nie słucha, nie uważa, robi, co chce”. Miejsca funkcjonujące dotąd na podstawie paradygmatu, w którym uczniowie robią, co nauczyciele każą, muszą przejść radykalną zmianę i zaufać kompetencjom swoich podopiecznych – twierdzi autor „Kryzysu szkoły”. I dodaje: „Polecałbym każdemu rządowi, żeby nie wahał się rozpieszczać nauczycieli”.

Ja polecałbym więc polskiemu rządowi, aby w ramach tego rozpieszczania zorganizował dla nauczycieli seanse „Niesfornego Brama”. Nie żeby po raz kolejny poczuli się postawieni pod pręgierzem czy krytykowani – w filmie próżno szukać oskarżycielskiego tonu. Raczej po to, by po zakończeniu seansu wybiegli z kina z poczuciem, że można inaczej. Przecież oni także za tym tęsknią.

Niesforny Bram, reż. Anna van der Heide, scen. Tamara Bos, Wyst.: Coen van Overdam, René Groothof, Katja Herbers, Roosmarijn van der Hoek, Dystrybucja: Stowarzyszenie Nowe Horyzonty, premiera: 6 lutego 2015 r.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, redaktor wydań specjalnych i publicysta działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w pisaniu o piłce nożnej i o stosunkach polsko-żydowskich. W redakcji od...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Szkoła jako relikt przeszłości funkcjonuje w kilku obszarach za które nikt dotąd nie odpowiada . Pierwszy problem dotyczy liczebności dzieci w klasach. Proszę sobie wyobrazić zajęcia w grupach, zespołach zadaniowych na małej przestrzeni. Każdy w grupie dzieli się swoimi pomysłami, nie ma mowy o ciszy, a generalnie dzieci nie potrafią mówić ściszonym głosem, to emocje, rzecz oczywista. Metody pracy zmieniają się, ale szkoła pozostaje taka sama. Można spróbować wyłączyć dzwonek, który wywołuje agresję, pobudza...rozpoczynajmy zajęcia bez dzwonka. Kolejnym krokiem, bez wątpienia, jest stworzenie mniejszych zespołów klasowych, ale wtedy wydłuży się dzień pracy i zabraknie sal lekcyjnych. Ponadto 'góra' na to nie przystanie. Wymienione 'procedury' pozostawiam bez komentarza. Wprost nie do wiary. Przyznać trzeba, że współczesna szkoła ma problem z hałasem. Na przerwach jest jak na lotnisku przy starcie samolotu. Stąd zmęczenie i znużenie nie tylko dzieci. Gdy wspomnę przerwy sprzed 30 laty myślę sobie, które więcej poczyniły/poczynią szkody. Między ciasno ustawionymi ławkami trudno spędzać bezpiecznie przerwy, dzieci maja potrzebę ruchu, świetlica, biblioteka przeludniona

Przyznałabym nagrodę za pomysłowość;-) Dodam, wcale nie żartując, ze znalazłaby się spora grupa dzieci która zasady przyjęłaby. Są dzieci, które lubią pewne wyzwania.Jako pedagodzy możemy się oburzać, ale prawdą jest ze rodzice fundują swoim pociechom szkoły przetrwania. A kto pamięta chrzest morski?

Instrukcja na pierwszy rzut oka jest absurdalna i wygląda na tresurę, ale z drugiej strony jakiś porządek musi być, od tego zależy bezpieczeństwo. A zapewnienie bezpieczeństwa jest podstawowym obowiązkiem nauczyciela. Sama pamiętam jak w mojej szkole przy wchodzeniu do klasy spadł ze ściany nad drzwiami radiowęzeł, bo dzieci się przepychały, a ścianka działowa była z dykty. Całe szczęście nikt nie ucierpiał. Nie dawno byłam na zebraniu rodziców w przedszkolu u córki i tam również wychowawczyni narzekała, że dzieci się źle zachowują, np. kiedy przed posiłkiem idą myć ręce, ustawiają się w kolejce, a tam zamiast posłusznie czekać przepychają się, czy jeden na drugim zaczyna się uwieszać itp. Z jednej strony normalne, że dzieci nie są cierpliwe, ale z drugiej strony tej cierpliwości trzeba ich uczyć. Nie może wszystkich naraz wpuścić do łazienki skoro są tam 3 umywalki. Pani upomina dzieci i przykleja im smutne chmurki lub wesołe słoneczka za zachowanie. Czyli robi mniej więcej to, co w tej legnickiej szkolnej instrukcji tylko nie ma tego napisanego w takiej surowej formie. Z jednej strony tresuje dzieci, ale z drugiej strony jeśli nie wprowadzi się porządku, wszystko dłużej trwa, posiłek, czy wyjście na spacer się opóźnia i w efekcie nie ma czasu na to by dzieci się wyszalały na dworze. Jak mają nauczyciele uczyć i wychowywać skoro zabiera się im wszystkie narzędzia: nie wolno niczego dzieciom kazać, nie wolno ani karać, ani nagradzać, ani oceniać. Jedno dziecko ma ADHD, drugie jest autystyczne i potrzebuje porządku, jedne ma problemy w nauce i trzeba mu spokojnie powoli tłumaczyć, drugie jest wybitnie zdolne i się nudzi. A do tego nad nauczycielem stoi kurator, który pyta, czy zrealizował program. Więc trochę rozumiem i usprawiedliwiam tych nauczycieli, bo sama nie wiedziałbym co zrobić. Chętnie obejrzę ten film, może wtedy się dowiem.

jak 'zapanować' nad żywiołem. Oczywiście bezpieczeństwo jest najważniejsze, a wyobraźnia i pomysłowość dzieci jest nieograniczona. Jest problem. Szkoła integracyjna, a do takiej aspiruje wiele, musi mieć opracowane pewne procedury dyscyplinujące uczniów w celu zapewnienia bezpieczeństwa wszystkim, zwłaszcza gdy 'zapanować' nad grupą 'adehadoców' niełatwo. Skądinąd wiadomo, ze takie surowe reguły stosuje się w grupie dzieci z autyzmem do których proste zasady przemawiają i przynoszą rezultaty.

Dobrze byłoby, gdyby p. M. Okoński zajął się systemem oświaty w Polsce, a nie tylko próbą zaprowadzenia ładu i porządku w klasach składających się z 30-35 uczniów w wieku 6-7 lat. Niech Szanowny Redaktor wyjdzie z redakcji i jeden dzień spędzi w szkole podstawowej czy gimnazjum na zajęciach z klasami 30-36 osobowymi. Niech spróbuje jeszcze tych uczniów /ponad 30!/ czegoś nauczyć!

przysłowiową 'puszkę pandory'. Osobiście jestem ciekawa co się z tego wykluje. Może wreszcie po 'reformach reform' coś ruszy i doczekamy się właściwej. Zabieramy się za 'system' trochę nie z tej strony. Aby zrealizować zamierzenia reform trzeba stworzyć miejsca/stanowiska do pracy. Nie daje się wszystkiego załatwić nauczycielem, choćby najbardziej twórczych, kreatywnym...etc. Nie można gnieździć się w tym samych salach lekcyjnych, co 30/40 lat temu przy 25- osobowych zespołach klasowych, bo w łeb bierze każda innowacyjna metoda pracy. Nie ma gdzie się poruszać, brak sal do zajęć muzyczno-ruchowych, nawet katecheci nie mają własnej. Mamy niż demograficzny, więc nie powinno być tak źle, ale przybyło nam zajęć; j. angielski od pierwszej klasy, religia, zajęcia komputerowa(czasem dwoje dzieci przy jednym stanowisku),inne. Do nauki języka powinny być sale wyposażone w odpowiednie nagłośnienie...Ponadto dzieci podzielone są na grupy, ponieważ pewnych zajęć nie można poprowadzić w 24 osobowej klasie, na przykład.

http://wyborcza.pl/duzyformat/1,142477,17323659,Skacza_i_licza.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_Gazeta_Wyborcza

około 1000 dzieci w szkole. Nauczyciel z uczniami porusza się po korytarzach szkoły nie zważając na rytm zajęć, które wyznacza dzwonek. Co nuż dochodzą zza ścianę odgłosy tupania, stukot, śpiew i okrzyki. Ponadto domaga się korzystania z dwóch sal jednocześnie, aby mógł swobodnie przechodzić z jednej do drugiej, ponieważ przy ławeczkach nie przeprowadzi wszystkich ćwiczeń. W podstawówce, a było to dawno temu moja pani od przyrody i pan od fizyki inaczej lekcji nie prowadzili, wszystko fruwało co ma pierze... Cudownie wyposażone pracownie, duże i przestrzenne. No i była kasa, teraz pozostały nam projekty unijne i sponsorzy. Jest takich szkól coraz więcej i nauczycieli również. Nie wyobrażam sobie studiów pedagogicznych na których nie byłoby mowy o inteligencji wielorakiej. To nie jest odkrycie ameryki, naprawdę. Natomiast godne pochwały są chęci i zapał nauczycieli przy takim wsparciu 'góry'.

jest takie wyświechtane powiedzenie: 'cudze chwalicie, swego nie znacie'. Jak mi Bóg miły, prawdziwe i wciąż aktualne. Ile kosztują szkoły, przedszkola(rodziców) imprezy z zaproszeniem kucharzy, z gotowaniem, tudzież żywe lekcje które zasilają budżety domowe przeróżnych hobbystów? Kto nie gotował, nie wyszywał, nie przebierał się w kostiumy uszyte w domowych pracowniach, nie doświadczał przemiany stanów skupienia wody, tudzież innych...palec w górę. Powiem to ze smutkiem. Jeśli w coś się nie inwestuje, zapomina o istnieniu umiera śmiercią naturalną. Nie ważne kto jest właścicielem szkoły niechby był biznesmen z Kongo, istotne jest to ze jest hojny. Rola dyrektora szkoły jest inna, Ministra Oświaty też trochę inaczej widzę, zwłaszcza gdy chodzi o decydowanie w sprawach dla dydaktyki kluczowych.

To absolutnie skandaliczne, że w obecnych realiach istnieje taka szkoła! Żeby było jasne, jestem nauczycielem i dla mnie to jest sytuacja zupełnie niemożliwa do zaakceptowania. Ale chyba wynika z tego, że oświata jest zwyczajnie niedoinwestowana, część osób wykonujących zawód nauczyciela, to osoby przypadkowe (brak jakiejkolwiek selekcji chętnych do zawodu), no i rezultatem tego jest deprecjonowanie tego ważnego zawodu. A przecież mamy niż, więc można by to wykorzystać do ucywilizowania naszej szkoły: - brak dzwonków, - klasy maksymalnie 20-to osobowe, - brak ocen cząstkowych i końcowych (w zamian opisowy raport postępów w nauce), - odejście od nauczania pod testy końcowe - uczymy dla samego uczenia się, a nie dla wyniku testu. To tylko kilka pomysłów, ale z tego co widzę decydentom w naszym kraju jakoś na edukacji nie zależy. Oni swoje dzieci i tak posyłają do szkół prywatnych, więc o realiach panujących w szkołach państwowych nic nie chcą wiedzieć. Cieszę się, że powoli zaczyna się, jednak jakakolwiek rozmowa na temat edukacji, może przyniesie coś dobrego. Proszę o więcej artykułów na temat.

z przyczyn już wymienionych, cieszy mnie również ta dyskusja. Proszę o więcej. Nie chodzi tylko o demaskowanie skandalicznych postaw, niemniej można wykorzystać jako okazję o poważnej debaty; Gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy? Absurdów jest co niemiara, a wszystkie rodzą się wraz przypływem nowej fali, która rzekomo ma użyźniać, nanieść warstwę gleby na której cokolwiek urośnie. W rezultacie jednym ubywa, a drugim przybywa. Co by nie powiedzieć jakieś przypływy i odpływy są. Przeżywamy ostatnio jakieś wiosenne przesilenie, przykra sprawa, ale można przekonać się przy chwilowej nieobecności 1/3 uczniów w zespołach jak się pracuje. Narzekamy na komunikację, poziom umiejętności praktycznych a tymczasem, choćby przyjrzeć się nowym podręcznikom, okrojone są z tych obszarów aktywności o które tak bardzo walczyliśmy. Doprawdy trudno dociec o co chodzi, ale jak głosi przysłowie, gdy...?
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]