Jeśli w kinie jest jeszcze możliwa jakaś wolność, „Sorry, Baby” dostarcza na to bezsprzecznych dowodów. Bo dziś tego rodzaju historie najłatwiej byłoby wpisać w konkretny dyskurs – kultury terapeutycznej czy społecznej krytyki. Tak, Agnes, będąc studentką, padła ofiarą przemocy seksualnej. Tak, jako młoda wykładowczyni nadal nosi w pamięci i ciele to, co się wtedy wydarzyło. Tak, sprawca tamtych zdarzeń powinien być ukarany... Jednakże Eva Victor, debiutująca za kamerą trzydziestolatka, robi wszystko, by nie zamknąć tej historii w żadnym znanym nam schemacie – i kręci o tym nieco łobuzerską tragikomedię. Lekka konwencja też może mieć w sobie oczyszczającą supermoc.
Zagrana przez samą reżyserkę Agnes była kiedyś „obiecującą młodą kobietą”. Ale znowu: na przekór podobnym scenariuszom jej kariera wcale nie została złamana. Bohaterka „Sorry, Baby” pracuje na uczelni, w perspektywie ma cały etat na macierzystym wydziale literatury i najwyraźniej kocha swoją pracę. Nawet pomimo tego, że doznawszy ongiś krzywdy ze strony swojego promotora i wielkiego autorytetu, „odziedziczyła” po nim gabinet.
Dzisiaj żyje samotnie w tym samym miasteczku, w domku z kotem, i mimo drobnych dziwactw sprawia wrażenie osoby spełnionej. Ma także wielkie wsparcie ze strony Lydie (w tej roli Naomi Ackie), swojej homoseksualnej przyjaciółki z czasów studenckich, mieszkającej obecnie w Nowym Jorku. Od jej odwiedzin rozpoczyna się akcja tego filmu i będzie zawijać wstecz lub wybiegać wprzód, żeby pokazać, jak kręta emocjonalnie jest droga przebyta przez Agnes na przestrzeni tych wszystkich lat.
„Sorry, Baby” to kino babskie w najlepszym tego słowa znaczeniu. Wyświechtaną formułkę „czy chciałabyś o tym porozmawiać?” zamienia w świetnie napisane i zagrane dialogi, czym Victor zdradza swój dramatopisarski rodowód i co bynajmniej nie odbiera filmowości tej historii. Mamy tu na przykład dwie żywcem wzięte z dobrego teatru sceny i są one niczym solidne gwoździe, na których zawieszono cały film. To dwa monologi Agnes.
Pierwszy w wannie, kiedy precyzyjnie, acz załamującym się głosem relacjonuje przyjaciółce, czego doświadczyła na spotkaniu z profesorem, i ten finałowy, wypowiedziany już zupełnie innym głosem, którego adresatem jest tytułowe niemowlę. Podzielona na rozdziały, więc niejako książkowa fabuła przeprowadza nas przez cały bardzo nieoczywisty proces samouleczania się bohaterki. Niektóre sytuacje uruchamiają traumatyczne wspomnienia, inne stanowią dla nich kojący plasterek. Najbardziej jednak brzemienne są momenty na pozór wyzbyte dramatyzmu.
Weźmy choćby długie, nieruchome, kręcone z oddali ujęcie rozświetlonego domu profesora, z którego nagle wybiega dziewczyna trzymając w rękach swoje buty. Albo równie wydłużoną jazdę samochodem, kiedy nic się nie dzieje, lecz tyle kłębi się w powietrzu. Dyskrecja byłaby dla tej opowieści słowem kluczem, gdyby nie fakt, iż nawet zwykłe pogaduchy nabierają u Victor ciężaru. Chwilami, patrząc na losy Agnes i słuchając jej błyskotliwych ripost, można by pomyśleć, że właściwie nic się nie stało. Albo, że zdążyła szczęśliwie to przepracować. Choć przecież wtedy zdarzyło się dla niej wszystko i młoda reżyserka wie, jak pozaszywać to „wszystko” między słowami i kadrami.
To bowiem film z gatunku tych „kocykowych” – niby grzeje, ale i mocno drapie. W „Sorry, Baby” można również usłyszeć jedno z najpiękniejszych wyznań kobiecej przyjaźni i brzmi ono po prostu „nie umieraj!”, w sytuacji, kiedy nikt w tym filmie nad grobem nie stoi. Rzadko też zdarzają się ekranowe tytuły, które by z takim wdziękiem opowiadały o ludziach zajmujących się pracą naukową, nawet jeśli bywają zdolni do intryg, niezdrowej rywalizacji i poważnych nadużyć. A nazwiska autorek i autorów, którymi się zajmują, są bardzo nieprzypadkowe: Wirginia Woolf, Joan Didion, James Baldwin. Podobnie jak oglądany w telewizji klasyk „Dwunastu gniewnych ludzi”, który znajdzie swoje zakrzywione odbicie w ławniczym epizodzie Agnes. No i wreszcie, rzadko na ekranie rozprawia się o seksie tak swobodnie i zabawnie, a zarazem tak celnie.
Victor tka tę filmową materię zarówno z małych gestów czułości, jak i drobnych złośliwostek czy niezręczności. Film wyprodukował twórca oscarowego „Moonlight”, czyli Barry Jenkins, który pomógł zaistnieć również filmom „Nigdy, rzadko, czasami, zawsze” (2020) Elizy Hittman czy „Aftersun” (2022) Charlotte Wells, jakoś spokrewnionym ze sobą w swojej podwyższonej wrażliwości.
Ponoć wypatrzył przyszłą reżyserkę na Instagramie i zachwycony jej oryginalnym poczuciem humoru, zachęcił do twórczego debiutu. Zaś pod swoje dystrybucyjne skrzydła wzięła „Sorry, Baby” firma A24, co wiele oznacza dla niezależnego debiutu (przede wszystkim, jak twierdzą złośliwi, tak zwaną dystrybucję prestiżu). Bez wątpienia objawił się w kinie talent na miarę Leny Dunham. A inteligentnych komedii nigdy za wiele, zwłaszcza takich, które nie bagatelizują bolesnych tematów i jednocześnie znajdują dlań świeże wybrzmienie.
Wiadomo, że każda krzywda oprócz terapii domaga się sprawiedliwości. Lecz w filmie Victor ta ostatnia od początku zawodzi, trzeba więc ratować się inaczej. Dlatego tak ważny w całej historii staje się ów mały domek, w którym otoczona książkami Agnes chowa się przed bliskością, tapetując okna feralną pracą magisterską i wypatrując odwiedzin Lydie. A czasem uchylając drzwi dla sympatycznego sąsiada (Lucas Hedges). Nie ma tutaj jednak żadnego romantyzowania tej relacji ani gier w kotka i myszkę; w końcu może się za tym kryć zwykłe drapieżnictwo. Pozostaje trudne i żmudne wyzwalanie się bohaterki z ciężkich wspomnień i przymusowego uciszenia oraz stopniowe odzyskiwanie ufności.
Okazuje się, że zwykła kanapka od nieznajomego może pomóc bardziej niż papierowy feminizm uczelnianych władz, bezradnych wobec dziurawych procedur. Na tym polega wolność „Sorry, Baby”, który wyrastając z ruchu #metoo, ma odwagę pójść o krok dalej albo skręcić na nieco inny tor. Bez pośpiechu, łatwych recept i uogólnień towarzyszy swojej bohaterce podczas jej mocowania się z następstwami tego, co już nigdy się nie odstanie. I chociaż ironia bywa nazywana bronią słabych, to właśnie autoironia Agnes, mimo ładunku bólu, z czasem potrafi przynieść niespodziewane ukojenie.
SORRY, BABY – reż. Eva Victor. Prod. USA/Francja/Hiszpania 2025. Dystryb. Forum Film Poland. W kinach od 29 sierpnia.
Eva Victor, amerykańska aktorka, scenarzystka i reżyserka niezależna, zaczynała od teatru. Poczucie humoru ostrzyła, pisując na satyrycznym portalu dla kobiet „Reductress”. Po występach w komediach czy serialu „Billions” zagrała główną rolę w pierwszym napisanym i wyreżyserowanym przez siebie filmie, „Sorry, Baby”, który miał premierę na tegorocznym festiwalu Sundance.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















