Przed pierwszą turą wyborów prezydenckich w obwodowej komisji wyborczej w Nicei zarejestrowało się 1162 Polaków. Frekwencja wyniosła 82,81 proc., co jest świetnym wynikiem, zważywszy na fakt, że część z głosujących dojeżdżała z sąsiedniego Cannes. Jeśli zatem ktoś ze zgromadzonych na festiwalu dziennikarzy wykazał się obywatelską postawą, mógł liczyć na chwilę przedziwnej transgresji. Oto w miejscu, w którym polityka jest zwykle kłopotliwym balastem, odbyło się małe święto demokracji.
Podczas gdy Cannes od lat unika jakiejkolwiek transparentności w kwestii politycznych oraz ideologicznych sympatii, w kuluarach kwitną teorie spiskowe. Niektóre z nich mówią o tajnych wywiadach dla rosyjskich dziennikarzy (którzy wrócili do Cannes po dwuletniej banicji). Inne o rozszerzonych przywilejach dla Ukraińców, którzy – aby jakoś przełknąć tajne wywiady dla Rosjan – dostają dostęp do największych gwiazd. A jeszcze inne – o bojkocie izraelskiej strefy na branżowych targach. Nie wiem, ile w tym wszystkim prawdy. Jeśli jednak zacząłbym się nad tym zastanawiać, praca na festiwalu stałaby się gehenną.
Wiwisekcja autorytarnej władzy na festiwalu w Cannes
Polityka wsącza się do Cannes poprzez szczeliny w gładziutkiej fakturze „wysokiej sztuki”. Powraca w filmach chropowatych formalnie, niewygodnych intelektualnie, szarpiących emocjonalnie. Zazwyczaj są to obrazy wyświetlane na pokazach prasowych już po dobranocce – i jest to, mówiąc kurtuazyjnie, nie najlepszy pomysł. Z całym szacunkiem dla Siergieja Łoźnicy, który nakręcił wstrząsający film o piekle stalinowskiego terroru, ale jego „Dwóch prokuratorów” rozpoczyna się dziesięciominutową, statyczną sceną palenia w piecu. Czy naprawdę nie można było zaplanować konkursu tak, żeby o północy pod nasze opadające powieki wsączały się nieco lżejsze i żwawsze obrazy?
„Tajnego agenta” w reżyserii Brazylijczyka Klebera Mendonçi Filho pokazano o ludzkiej porze, co w tym przypadku miało fundamentalne znaczenie. To w końcu trzygodzinna podróż przez wszystkie kręgi piekła; wiwisekcja autorytarnej władzy oraz kronika najróżniejszych form opresji. Taki film mógłby nakręcić Jean-Pierre Melville, gdyby uważał, że moralny imperatyw naprawy świata jest bujdą na resorach. Łączy go z Kleberem Filho filozofia artystyczna. „Filmy powinno się pisać własną krwią” – mawiał Francuz.
Mendonça Filho nie jest wymieniany jednym tchem z braćmi Coen, Wernerem Herzogiem czy braćmi Dardenne. A szkoda, bo to jeden z najwybitniejszych żyjących reżyserów. Nakręcił dotąd cztery pełnometrażowe fabuły. Pierwsza, czyli „Sąsiedzkie dźwięki”, opowiada o mieszkańcach luksusowego osiedla terroryzowanych przez szemraną firmę ochroniarską. Drugi film – „Aquarius”, z wybitną Sonią Bragą w roli głównej – to historia kobiety, która walczy z nieuczciwym deweloperem o prywatną świątynię wspomnień; mieszkanie, w którym odchowała dzieci, wygrała walkę z rakiem i zrecenzowała niezliczone ilości albumów muzycznych. Trzeci fabuła, „Bacurau”, ukazuje dzieje miasteczka, które znika z mapy świata; coś zagraża zaniepokojonym mieszkańcom – nie wiadomo tylko co.
Wszystkie te filmy rozgrywają się w czteromilionowej aglomeracji Recife, stolicy regionu Pernambuco, słynącej z kolonialnej architektury, nieskazitelnych plaż oraz wysokiego wskaźnika przestępczości. Wszystkie też pokazują wspólnotę nie tyle jako komunię przekonań i wartości, co jako jednocześnie kruchy oraz święty sojusz przeciwko skorumpowanym ekonomiczno-politycznym układom.
„Tajny agent”: jaki pomysł na kino ma Kleber Mendonça Filho
W najnowszym filmie, „Tajnym agencie”, ta perspektywa powraca, choć na prawach zaskakującej fabularnej przewrotki. Recife lat 70. przypomina Dziki Zachód (choć leży na wschodzie Brazylii). Zamiast saloonu mamy rozpadającą się kamienicę. W miejscu wyjętych spod prawa zbirów pojawiają się wepchnięte na drogę przestępczości ofiary systemu. Brakuje tylko szeryfa, który błysnąłby złotą gwiazdą i zaprowadził porządek.
Marcelo (świetny Wagner Moura) nie nadaje się na ostatniego sprawiedliwego. Boi się własnego cienia, wciąż ogląda się za siebie. Ucieka przed reżimem, chciałby znaleźć tymczasowy kąt, przyczaić się wraz synem i dać nogę z kraju, gdy nadarzy się sposobność. W pierwszej scenie przyjeżdża na obrzeża miasta w żółtym volkswagenie beetle. Żar leje się z nieba, a przy stacji benzynowej leży przykryte dyktą ciało mężczyzny z kulą w głowie. Środy takie są.
Choć w Recife trwa właśnie karnawał, nastroje są raczej minorowe. Na ulicach piętrzą się trupy, dzieci straszone są legendami o rekinach ludojadach, tajne służby obserwują wszystko i wszystkich. Reżyser układa z tych wątków coś na kształt przydymionej mozaiki – w kolejnych „szkiełkach” odbijają się akty przemocy systemowej i ulicznej, wynikającej z biedy oraz z wszechwładności. Sporo tu Sergia Leone oraz jego „westernowej” wrażliwości. Da się również wyczuć fascynację Antonionim oraz jego pejzażami podświadomości – obrazy jałowej ziemi to odzwierciedlenie panującej w mieście moralnej degrengolady.
Oczywiście Klebera Filho nie interesują filmoznawcze gierki. Wszystkie gatunkowe toposy przepisuje w zgodzie z własną wrażliwością. Entuzjastom kryminałów odbiera frajdę ze śledzenia intrygi. Miłośników political fiction odsuwa od ekranu intymną perspektywą. Z fanów kina szpiegowskiego stroi sobie żarty już w tytule. Zaprzeczając regułom tak wielu konwencji, konstruuje – i dla bohatera, i dla widzów – labirynt bez wyjścia. Życie w autorytarnym ustroju jako ustawiczne tracenie gruntu pod nogami, ciągła zmiana priorytetów, punktów odniesienia i reguł gry? Uwierzcie na słowo – istnieją gorsze pomysły na kino.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















