Dostępny w streamingu „Andor” to „Gwiezdne wojny” dla dorosłych: bardziej mroczne, wolne od komunałów i łatwych pocieszeń, pełne złożonych postaci o skomplikowanych motywacjach, wymykających się jednoznacznym moralnym ocenom. Nowy, drugi sezon serialu idealnie trafia przy tym w swój czas: w pełen chaosu początek drugiej kadencji Donalda Trumpa, testującej – jeszcze bardziej niż pierwsza – odporność demokratycznych instytucji na autorytarne zapędy władzy.
Rebelia
Za „Andorem” stoi scenarzysta i reżyser Tony Gilroy, znany głównie z pracy nad serią filmów o Jasonie Bournie. Gilroy napisał wspólnie z Chrisem Weitzem osadzony w świecie gwiezdnej sagi film „Łotr 1” (2016) – historię straceńczej misji grupy partyzantów Rebelii, rozgrywającą się tuż przed wydarzeniami z „Nowej nadziei” (1977).
Nowy serial jest prequelem „Łotra”, historią oficera wywiadu Cassiana Andora. W „Łotrze” ginie on bohaterską śmiercią podczas misji, dzięki której Rebelia pozyskuje plany Gwiazdy Śmierci, co umożliwia zniszczenie tej śmiercionośnej broni przez Luke’a Skywalkera w filmie z 1977 r.
Jak pamiętacie, jednym z kluczowych pojęć w świecie gwiezdnych wojen jest Moc, rozumiana jako tajemnicza, mistyczna wręcz siła, przenikająca, łącząca i utrzymująca w równowadze cały wszechświat. Już w „Łotrze 1” widać było jednak, że Gilroya od Mocy bardziej interesuje władza w jej twardym, politycznym wymiarze. W „Andorze” odniesienia do Mocy znikają już niemal zupełnie.
Serial używa fantastycznego kostiumu, by pokazać przede wszystkim konflikt polityczny: starcie coraz bardziej zaciskającej pętlę na szyi swoich poddanych autorytarnej technokracji i zradykalizowanych przez jej działanie, także gotowych sięgać po bardzo brutalne metody, rebeliantów.
Władza
W efekcie otrzymujemy wyjątkowo materialistyczne i odczarowane „Gwiezdne wojny” bez całego przenikającego sagę kosmicznego new age’u. Tylko w jednej scenie drugiego sezonu Andor natrafia na posługującą się Mocą uzdrowicielkę, która przeczuwa jego przeznaczenie i rolę, jaką mężczyzna pośrednio odegra w upadku Imperium. Bohater serialu – podobnie jak jego twórcy – nie ma jednak cierpliwości, by słuchać wywodów kobiety, i nie potrafi potraktować ich do końca poważnie.
W ciągu dwóch sezonów widzimy, co władza Imperium oznacza dla jej zwykłych poddanych. Od ogłupiającej propagandy, codziennej korupcji, przemocy policji i wojska (w tym seksualnej), po brutalny wyzysk, rabunkową eksploatację zasobów i masowe masakry. Główny wątek drugiego sezonu pokazuje, jak Imperium prowokuje bunt przeciw swojej władzy na planecie Ghorman, by stworzyć warunki do zbrojnej interwencji, pozwalającej pozyskać kryjący się pod jej powierzchnią bezcenny minerał – zdając sobie sprawę, że jego masowe wydobycie doprowadzi do katastrofy ekologicznej, czyniącej planetę niezdatną do życia.
Zło w „Andorze” nie ma twarzy Imperatora, Vadera, czy innego mistrza ciemnej strony mocy. Kryje się pod maską imperialnego biurokraty zainteresowanego przyspieszonym awansem, dostępem do ucha przełożonych, walką o urzędnicze zasoby z konkurentem z sąsiedniego biura. W obu sezonach ciągle zaglądamy w bebechy imperialnej biurokracji, obserwujemy jej wewnętrzne konflikty, biurową politykę, małostkowe intrygi i zmieniające się sojusze.
Tym, co najbardziej zwraca uwagę w antagonistach z „Andora” – od kierującego budową Gwiazdy Śmierci oficera naukowego Krennica przez pnącą się po szczeblach kariery funkcjonariuszkę imperialnej policji politycznej, Debrę Meero, po jej partnera z Imperialnego Biura Standardów Kyle Sollera – jest to, jak są zwyczajni w swoich motywacjach i ambicjach, jak banalni w złu, którego się dopuszczają. Bez problemu jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, jak robią karierę we współczesnych państwach, korporacjach czy w partiach politycznych.
Ludzie
Także postaci Rebeliantów przedstawiane są w „Andorze” w bardzo złożony sposób, one też niosą ze sobą swój własny mrok. Andor – złodziej kradnący sprzęt Imperium – zostaje zrekrutowany do sprawy Rebelii przez Luthene Raela, właściciela obsługującego elitę sklepu z antykami w stolicy Imperium, prowadzącego jednocześnie kampanię terroru wobec imperialnej władzy.
Luthen potrafi być równie bezwzględny, co Imperium, z którym walczy. Nie ma oporów, by wydać wyrok likwidacji kogoś, kto za dużo wie, nie daje gwarancji absolutnej lojalności albo stwarza ryzyko dla Sprawy – nawet jeśli przez lata z wielkim poświęceniem z nim współpracował.
Luthen instrumentalnie traktuje nie tylko towarzyszy walki, ale też całe światy, świadomie inspiruje je do buntu przeciw Imperium, by sprowokować jak najbardziej brutalną reakcję władzy, licząc, że to zradykalizuje kolejne systemy planetarne i pozyska nowe siły dla Rebelii. Gdy obserwujemy to, jak prowadzi swoją grę wokół planety Ghorman – nieświadomy, że radykalizując miejscową populację wpisuje się w imperialny scenariusz – zastanawiamy się, czy jego stosunek do tego świata nie jest tak samo instrumentalny jak Imperium.
Nie tylko Luthen, ale też inni Rebelianci mają w sobie coś z rosyjskich rewolucjonistów z przełomu XIX i XX w., postaci z „Andora” odnalazłyby się w „Gorączce” Agnieszki Holland czy „Płomieniach” Stanisława Brzozowskiego. Mają to samo oddanie sprawie, zdolność do najwyższych poświęceń, ale też do stosowania morderczej przemocy. Charakteryzuje ich ten sam fanatyczny nihilizm. Gilroy konstruując postać Andora inspirował się zresztą „Młodym Stalinem” Simona Sebaga Montefiore, książką przedstawiającą barwną, często po prostu bandycką młodość przyszłego radzieckiego dyktatora.
Jeden z wątków w pierwszym sezonie „Andora” przedstawia organizowany przez tytułowego bohatera napad na transport pieniędzy z wypłatami dla pracowników Imperium na odległej planecie Aldhani – łup ma posłużyć finansowaniu Rebelii. Gilroy inspirował się tu historią kierowanego przez młodego Stalina napadu na bank w Tbilisi w 1907 r. – bolszewicy, podobnie jak PPS pod Bezdanami, posługiwali się zbrojnymi „ekspropriacjami” dla finansowania swojej partyjnej działalności.
Jeśli Andor miałby być Stalinem, Luthen byłby odpowiednikiem Lenina. Patrząc na jego działalność w serialu trudno oprzeć się wrażeniu, że nie chcielibyśmy żyć w rzeczywistości, gdzie ktoś taki zyskałby istotną władzę. Gilroy pokazuje, że nie można zbyt długo bezkarnie żyć w podziemiu, bo potrafi ono korumpować tak samo jak absolutna władza, przeciw której toczy ono walkę. Nihilistyczna strategia Luthena jest niezbędna dla pokonania Imperium, ale nie nadaje się dla budowania nowego porządku na jego gruzach.
Czas
Jednocześnie „Andor” działa tak dobrze jako serial, bo wywołuje skojarzenia nie tylko z historią sprzed ponad stu lat, ale także ze współczesnymi napięciami politycznymi i społecznymi. W pierwszym sezonie tytułowy bohater trafia do więzienia-obozu pracy, gdzie buduje się komponenty Gwiazdy Śmierci. Wyrafinowany system nadzoru, zachęt i kar ma wycisnąć z osadzonych maksimum produktywności – trudno oprzeć się skojarzeniom z najbardziej eksploatacyjnymi praktykami współczesnych korporacji.
W drugim sezonie te skojarzenia wprost odsyłają do wydarzeń z pierwszych stron gazet. Bliscy Andora ukrywają się na rolniczej planecie, gdzie siły imperialne prowadzą cenzus poszukując nielegalnych migrantów. Imperator – nigdy bezpośrednio niepokazywany na ekranie – jeszcze bardziej umacnia swoją władzę przy zupełnej obojętności Senatu, dającego się zredukować do roli nieistotnej politycznej dekoracji. Wszystko to łatwo można odnieść do wyjątkowo brutalnej działalności ICE – agencji zajmującej się walką z nielegalną migracją – oraz autorytarnych zapędów Trumpa i zupełnej bezradności Demokratów wobec tego wszystkiego.
Serial wpadł też w maszyny polaryzacji dzielącej współczesne Stany. Liberałowie są zachwyceni, zwolennicy Trumpa narzekają na „niepotrzebne upolitycznienie” sagi i wzywają, by „uczynić ją znów wielką”, jak w czasach, gdy była wolną od polityki rozrywką. Co oczywiście nie jest prawdą. „Nowa nadzieja” wyraża przecież obawy dekady naznaczonej przez Watergate i wojnę w Wietnamie, a Imperium jest ostrzeżeniem przed tym, w co może zmieni się – jeśli już się nie zmieniła – Ameryka.
Drugi sezon kończy się sceną, w której Andor wyrusza na misję przedstawioną w „Łotrze 1”. Jak wiemy, padają tam słowa, że zdobycie planów śmiercionośnej broni „da nadzieję Rebelii”. W „Andorze” zostaje tylko powidok tamtej nadziei. Ale nawet takie odległe echo jest dziś bardzo potrzebne widzom obawiającym się o kierunek, w jakim zmierza świat.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















