„Festiwal Renesansu”: dramat władzy i sukcesji w realiach teksańskiej biesiady

W serialu „Festiwal Renesansu” dramat władzy i wielkiej polityki zostaje pomniejszony do skali krainy Liliputów. Dopiero wtedy ujawnia on swój niedostrzegalny w normalnej skali komizm. I jest to ozdrowieńcze.
Czyta się kilka minut
Kadr z filmu "Ren Faire", HBO MAX // Materiały prasowe HBO MAX
Kadr z filmu "Ren Faire", HBO MAX // Materiały prasowe HBO MAX

W ostatnich kilkunastu latach najpopularniejsze seriale podejmowały szekspirowskie tematy walki o władzę, trudnej sukcesji oraz starcia namiętności, jakie wyzwala pojedynek o najwyższe stawki. „Gra o tron” i „Ród smoka” osadzały te motywy w świecie i konwencji fantasy. „Sukcesja” we współczesnej globalnej korporacji medialnej, wzorowanej na imperium Ruperta Murdocha. „House of Cards” w realiach waszyngtońskiej wielkiej polityki.

„Festiwal Renesansu” („Ren Faire”), nowy dokumentalny miniserial platformy Max, w odświeżający sposób sprowadza temat na ziemię. A jednocześnie oferuje widzom podróż do fascynującego mikrokosmosu.

Abdykacja

Serial rozgrywa się wokół Teksańskiego Festiwalu Renesansu. Wielkiej, corocznej, generującej dziesiątki milionów dolarów przychodu imprezy, której uczestnicy po zakupieniu biletu mogą na kilka dni zanurzyć się w – raczej dość umownej – rekonstrukcji średniowieczno-renesansowej rzeczywistości: obejrzeć inscenizację turnieju rycerskiego albo przedstawienia błaznów i żonglerów w kostiumach jak z XV w.; odwiedzić sklep udający warsztat płatnerski i nabyć replikę zbroi lub miecz; zaopatrzyć się w stroje i biżuterie naśladujące te sprzed kilku wieków; wypić drinka i zjeść steka w lokalu stylizowanym na pub z czasów Tudorów.

Festiwal jest osobistym królestwem George’a Coulama. To on, ponad pół wieku temu startując od zera, stworzył tę imprezę. A potem zmienił ją w dochodowy biznes i stały element pejzażu Teksasu. George ma jednak ponad 80 lat. I w przeciwieństwie do Joego Bidena świadomość, że wskazane byłoby się wycofać. Starszy mężczyzna, który praktycznie całe dorosłe życie poświęcił festiwalowi, chce w końcu mieć czas, by cieszyć się gromadzonym przez całe życie majątkiem. Chciałby np. przed śmiercią przeżyć raz jeszcze wielką namiętność. Liczy, że znajdzie atrakcyjną towarzyszkę życia w wieku „30-50 lat”, być może więcej niż jedną.

Wiadomości o planowanej „abdykacji króla George’a” wywołują wielkie poruszenie, zwłaszcza w grupie najbliższych współpracowników, od lat związanych z Festiwalem. Niektórzy z nich w odejściu szefa widzą szansę na przejęcie interesu, inni zagrożenie dla życia, jakie zbudowali wokół teksańskiej imprezy.

W tej pierwszej grupie na czoło wysuwa się Louie Migliaccio – „lord kukurydzy”, prowadzący na jarmarku stoisko z popcornem oraz pub. Louie, milenials wkraczający pomału w wiek średni, widzi w sobie wizjonerskiego lidera biznesu. Ciągle pobudzony przez napoje energetyczne – pochłania je w niemal każdym ujęciu, w jakim pojawia się na ekranie – przywodzi na myśl maklera z filmu o giełdzie lat 80., w stylu „Wall Street” Olivera Stone’a.

„Lord kukurydzy” chce poszerzyć ofertę Festiwalu o możliwości, jakie dają technologie immersyjne, zmienić go w dochodową franczyzę zdolną funkcjonować poza sezonem. Rodzina Louiego ma pieniądze, więc młody wizjoner liczy, że z jej pomocą będzie w stanie zebrać kapitał, by spłacić George’a.

Ta perspektywa przeraża człowieka nr 2 w królestwie, głównego menadżera Festiwalu, Jeffreya Baldwina, zdeterminowanego, by nie dopuścić do transakcji i przekonać szefa, że Louie nie będzie godnym następcą. Jeff spędził lata, pracując dla George’a, stopniowo awansował na coraz wyższe stanowiska. W przeciwieństwie do wiecznie pobudzonego Louiego sześćdziesięcioletni menadżer wydaje się zmęczony i ospały.

Być może Jeff nie chce rządów Louiego głównie dlatego, że u boku George’a chciałby spokojnie doczekać emerytury. Z drugiej strony jest oczywiste, że autentycznie kocha Festiwal, wierzy w wizję George’a i pragnie, by impreza pozostała jej wierna. 

Między tą dwójką jest jeszcze Darla Smith. Gdy w trójkącie George-Louie-Jeffrey zaczyna coraz bardziej narastać konflikt, kobieta praktycznie przejmuje codzienne zarządzanie całym przedsięwzięciem.

George Coulama, organizator festiwalu Ren Faire, 2024 r. // Materiały prasowe HBO MAX

Gra o tron

Reżyser serialu, Lance Oppenheim, razem z ekipą towarzyszył Festiwalowi przez ponad dwa lata. Nagrany materiał pokazuje toczące się na zapleczu imprezy walki o władzę, mikrointrygi, starcia odmiennych wizji i ambicji, wzloty i upadki w walce o tron królestwa George’a. Uczestnicy tego sukcesyjnego dramatu traktują swój udział w nim śmiertelnie poważnie.

„Jesteśmy w piątym akcie Króla Leara” – z rezygnacją mówi Jeff do pracującej również dla Festiwalu żony w trakcie wieczornej rozmowy w kuchni. „W grze o tron wygrywasz albo umierasz” – deklaruje, nakręcony jak zawsze Louie, tłumacząc do kamery swoją agresywną strategię w negocjacjach z George’em.

Takie deklaracje i przywoływane przez nich odniesienia kulturowe w kontekście stawki, o jaką toczy się walka – dla większości widzów nie do końca poważnej – tworzy oczywiście efekt komiczny. Pojawia się on zresztą w serialu dosyć często. 

Przedstawiając dramat władzy i sukcesji w realiach pseudorenesansowej imprezy, twórcy serialu uzyskują podobny efekt jak Jonathan Swift w pierwszej podróży Guliwera, kiedy to wielka polityka początków XVIII w. – z konfliktem angielsko-francuskim na czele – pomniejszona do skali krainy Liliputów ujawnia swój niedostrzegalny w normalnej skali komizm. Lustro bezlitosnej satyry zmusza czytelnika, by – jak śpiewał Kaczmarski – „widzieć w miniaturce własne ambicje i słabości”.

Prawdziwe łzy

Amerykański reżyser wolny jest jednak od zgorzkniałej mizantropii autora „Podróży Guliwera”. Wielką siłą „Festiwalu Renesansu” jest to, że nie pragnie być satyrą na dziwaków, zabijających się w walce o tron królestwa z kartonu. Produkcja przygląda się bohaterom z empatią, a nawet sympatią dla ich ekscentryzmów. Jakkolwiek komiczny wydawałby się dramat wokół sukcesji króla George’a, towarzyszą mu prawdziwe emocje, w tym prawdziwe łzy.

Widzimy, jak Jeff przeżywa fakt, że w pewnym momencie wypada z łask swojego króla. Popada w autentyczną depresję, nie wie, co dalej zrobić ze swoim życiem. Gdy w końcu zbiera się do kupy, wraca do George’a, prosząc go o pracę na niższym stanowisku niż to, z którego został zwolniony.

George, podobnie jak Logan Roy z „Sukcesji”, jest z jednej strony fenomenem, być może nawet wizjonerem branży, a przy tym tyranem. Nieustannie manipuluje otaczającymi go pracownikami, na przemian obiecując i łamiąc obietnice, bombardując ich pochlebstwami, by za chwilę brutalnie ich upokorzyć. Logan – jak bardzo nie byłby inspirowany biografią Ruperta Murdocha – był jednak postacią fikcyjną. George nie jest, podobnie jak jego podwładni.

Sceny, w których widzimy twarde metody zarządzania George’a czy – nazywając rzecz po imieniu – zwykły mobbing, należą do najbardziej przejmujących w filmie. Dotykamy w nich surowej, emocjonalnej prawdy, jaką trudno znaleźć w innym medium niż filmowy czy telewizyjny dokument.

Oppenheim wykorzystuje niecałe trzy godziny trwania serialu, by przedstawić wielostronny, zniuansowany portret wszystkich kluczowych bohaterów. Najlepiej wychodzi to w przypadku George’a, którego widzimy także jako bardzo samotnego, głęboko nieszczęśliwego człowieka. Po rozstaniu z długoletnią partnerką i zerwaniu relacji z parą najbliższych przyjaciół teksański król renesansu nie ma wokół siebie nikogo bliskiego poza ludźmi, którym płaci pensję.

Festiwal jako metafora

W trakcie seansu zastanawiam się wielokrotnie, czemu mimo ciągłego mobbingu, złamanych obietnic i brutalności „króla George’a” jego „poddani”, nawet wygnani, wracają do festiwalowego królestwa. Po trzech odcinkach zaczynam to rozumieć. Dla Jeffa, Louiego i Darli festiwal jest heterotopią, przestrzenią alternatywną wobec głównego nurtu rzeczywistości, gdzie cechy, za które „normalny świat” raczej karze – marzycielstwo, skłonność do eskapizmu itd. – są pożądane i nagradzane.

Jeff jest niespełnionym aktorem i reżyserem, praca dla Festiwalu jest dla niego jedyną okazją, by łączyć zarabianie pieniędzy ze swoją artystyczną naturą. Pracownicy George’a mówią do kamery o tym, jak Festiwal okazał się dla nich schronieniem, miejscem, do którego mogli uciec od problemów swojej wcześniejszej, w najlepszym wypadku nieciekawej, w najgorszym traumatycznej egzystencji. Gdy George otwiera się i opowiada o trudnym dzieciństwie w mormońskiej rodzinie i wychowaniu przez matkę, która ciągle mówiła mu, jak bardzo jest grzeszny, rozumiemy, że królestwo, jakie sobie zbudował, było formą ucieczki od tamtego świata.

To, jak w produkcji platformy Max został pokazany Teksański Jarmark Renesansowy, pozwala spojrzeć na niego jak na metaforę przemysłów kreatywnych. Wszystkie działają przecież w podobny sposób jak przedsięwzięcie George’a. Dają swoim pracownikom możliwość twórczej pracy, realizowania własnych pasji, a przy tym podporządkowują impulsy stojące za pragnieniem kreatywności twardym biznesowym realiom. Tak jak w walce o sukcesję w teksańskim królestwie na prawdziwy sukces mogą w nich liczyć nieliczni, wielu musi zadowolić się słabo opłacaną i słabo widoczną pracą w tle.

Podobny serial można by nakręcić w teatrze, którego wiekowy założyciel, dyrektor i uznany reżyser myśli o emeryturze. Albo w studiu filmowym stojącym przed problemem sukcesji. George ma zresztą w sobie coś z hollywodzkiego magnata z klasycznej ery Fabryki Snów.

W błędnym kole

Im dłużej oglądam serial, tym silniejsze mam wrażenie, że tak naprawdę ani George nie jest w stanie realnie oddać władzy, ani nikt z jego potencjalnych następców po nią sięgnąć. Kolejne intrygi, wzloty i upadki w grze o tron Teksańskiego Jarmarku Renesansowego zaczynają coraz bardziej przyjmować strukturę błędnego koła, co otwiera tę produkcję na jeszcze jedną metaforyczną interpretację. Otóż pozwala ją czytać jako obraz amerykańskiego społeczeństwa, ciągle zdominowanego przez pokolenie urodzone w latach 40. Jego obsesje, interesy i spory, zupełnie oderwane od problemów młodszych pokoleń. Te będą musiały kiedyś zmierzyć się z całym szeregiem problemów stworzonych przez rówieśników George’a, ale na razie nie są sobie w stanie wywalczyć koniecznej do tego władzy.

Ta interpretacja nasuwa się szczególnie silnie, gdy cały świat zastanawia się, czy będący mniej więcej rówieśnikiem George’a amerykański prezydent – mimo wszystkich przesłanek wskazujących, że ze względu na wiek i stan zdrowia może nie podołać kampanii – wycofa się z wyścigu. Ryzykuje klęskę ze swoim populistycznym, zapowiadającym antyliberalną krucjatę konkurentem – też zresztą niewiele młodszym. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 30/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Sukcesja, czyli samo życie