„Żeby przeżyć w buszu, trzeba mieć do tego smykałkę” – tłumaczy Hector, czyli grany przez Sama Neila niepiśmienny myśliwy i zastępczy wujek. Właśnie adoptowali z żoną niechcianego przez nikogo trzynastolatka z kryminalną kartoteką, a Ricky lubi uciekać z domu.
Tymczasem żyją sobie na odludziu, w otulinie nowozelandzkiej dzikości, aż pewnego dnia natura – i równie wymagająca cywilizacja – wspólnie powiedzą im „sprawdzam”. Równocześnie urodzony w Wellington scenarzysta i reżyser Taika Waititi po raz kolejny udowadnia, że ma smykałkę do opowieści, które w innych rękach niechybnie zamieniłyby się w familijny banał.
Tego tytułu nigdy nie było w polskich kinach, a szkoda, bo świetnie wypełnia lukę zarezerwowaną dla przygodowych filmów rodzinnych okraszonych zawadiackim humorem. Czyli dla kina nieprzesłodzonego i zarazem pokrzepiającego na swój osobliwy sposób. „Dzikie łowy” mają działać na widza niczym szorstki kocyk – i tak się dzieje. Chociażby w scenie, gdy na początku filmu umiera żona Hectora i opiekunka Ricky’ego, a ceremonię pogrzebową prowadzi bardzo zabawny ksiądz, odtwarzany przez samego reżysera.
Nota bene Maorysa z pochodzenia, co także będzie mieć znaczenie dla tej historii. Podobnie jak rozsławiony przez „Władcę Pierścieni” baśniowy krajobraz, do czego również Waititi robi w którymś momencie aluzję. A kiedy akcja całkowicie przenosi się do buszu, gdzie Hector i Ricky walczą o przetrwanie w coraz bardziej ekstremalnych warunkach, historia zamienia się w jeszcze inny survival. Chodzi o ratowanie z trudem budowanej relacji ojcowsko-synowskiej przed zakusami opresyjnych instytucji.
Ów anarchistyczny rys rządzi w adaptacji powieści Barry’ego Crumpa, dotychczas u nas niewydanej. Błądząc po dzikich ostępach, bohaterowie rychło stają się zbiegami ściganymi przez opiekę społeczną (Ricky ma trafić do nowej rodziny zastępczej) i przez policję (Hector ma za uszami to i owo). I podczas gdy jedni na nich polują, dla innych są wcieleniem wolności.
Zwłaszcza rdzenni mieszkańcy Nowej Zelandii mogą odnaleźć się w tej żywej legendzie, a chłopiec najwyraźniej miał maoryskich przodków. Jednakże Waititi nie jedzie zbyt ostro na rasowym paliwie – w końcu również wśród tych „prawilnych” strażników znajdziemy osoby o takim pochodzeniu. Korpulentny buntownik, zagrany przez Juliana Dennisona, dziś już rozpoznawalnego aktora, uosabia co prawda wolnościowego ducha, ale w buszu spotkamy też innych uciekinierów z systemu, na przykład nawiedzonych foliarzy i różnej maści leśne dziwadła.
W „Dzikich łowach” wszystkim chodzi w gruncie rzeczy o to samo – o „dobro dziecka” – i Waititi mądrze rozgrywa ten pojedynek na racje i metody. Robi to z właściwą sobie fanfaronadą, a zarazem bez romantycznej naiwności. Wiadomo wszak, że życie na wsi jest brutalne, że natura rządzi się swoimi prawami, a prawdziwa wolność musi iść w parze z odpowiedzialnością. I trzeba przyznać, że twórca „Co robimy w ukryciu” serwuje nam tego rodzaju komunały z dużym wdziękiem. Nawet kiedy ma skłonność do nadmiernego infantylizowania rzeczywistości i swoich bohaterów, a jego dowcipy bywają grubo ciosane.
Bo tym, co odróżnia film od podobnych historii o niesfornych sierotach, niezwykłych przygodach w dziczy i o stawaniu się tam prawdziwym człowiekiem, jest nieznaczne przekręcenie rzeczywistości, na przykład dziwaczną muzyką w tle czy celową niezgrabnością narracyjną. Trzy lata później Waititi za pomocą dziecięcej wyobraźni będzie rozbrajał samego Adolfa Hitlera. Udowodni też, że potrafi kręcić superprodukcje pod szyldem Marvela. Mniej znanym filmem o ucieczce do buszu, zrobionym z awanturniczym szwungiem i szczyptą realizmu magicznego, zdołał pokazać, że daleko od Hollywoodu jest jeszcze miejsce na dobre kino rozrywkowe.
„DZIKIE ŁOWY” – reż. Taika Waititi. Prod. Nowa Zelandia 2016. Max, viaplay, tv smart, Play Now, Prime Video, Player, Apple TV+.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















