Nowy sezon „Rodu smoka”. Czemu wciąż wracamy do Westeros?

Mroczne obrazy fantastycznego średniowiecza pociągają nas nie tylko swoją egzotyką. Odbijają także nasze poczucie bezsilności wobec prowadzących świat ku katastrofie elit.
Czyta się kilka minut
Harry Collett, Emma D'Arcy, Oscar Eskinazi w serialu „Ród smoka”, 2023 r. // Materiały prasowe MAX
Harry Collett, Emma D'Arcy, Oscar Eskinazi w serialu „Ród smoka”, 2023 r. // Materiały prasowe MAX

Przez najbliższe kilka tygodni w każdą niedzielę i poniedziałek publiczność na całym świecie będzie śledzić kolejne odcinki „Rodu smoka” – prequela „Gry o tron”, opowiadającego o wydarzeniach rozgrywających się sto lat przed tymi przedstawionymi w najpopularniejszym serialu fantasy w historii.

Jednocześnie, jak poinformowało HBO, w Belfaście ruszyły właśnie zdjęcia do kolejnego serialu osadzonego w tym samym uniwersum, „Rycerza siedmiu królestw” – jego akcja rozgrywać się będzie między wydarzeniami przedstawionymi w „Rodzie smoka” a tymi z „Gry o tron” – w momencie, gdy choć wymarły już ostatnie, jak się wydawało, smoki, to dynastia Targaryenów ciągle panuje nad Westeros.

Mimo wszystkich żalów fanów na to, jak skończył się ostatni sezon „Gry o tron”, serialowa machina uniwersum opartego na prozie George’a R.R. Martina działa na pełnych obrotach. I biorąc pod uwagę wyniki, nie przestanie.

Pierwszy odcinek drugiego sezonu „Rodu smoka” obejrzało w telewizji co prawda ok. 2 miliony mniej widzów niż premierowy odcinek pierwszego sezonu, ale spadki te zdaniem ekspertów wynikają głównie z tego, że widzowie zamiast telewizji coraz częściej wybierają streaming. W dzień premiery drugiego sezonu „Rodu smoka” platforma Max, udostępniająca produkcję HBO, zanotowała rekordowy ruch.

Między odczarowaniem a zaczarowaniem

Co sprawia, że widzowie wracają do Westeros? Sukces „Gry o tron” zasadzał się w dużej mierze na tym, jak serial potrafił balansować między narracją mitologiczną a pozbawionym złudzeń, cynicznym dramatem władzy.

Na początku serialu świat przedstawiony wydaje się całkowicie odczarowany: smoki są w nim odległym wspomnieniem, magia czymś, czego poważni ludzie nie traktują do końca poważnie, jedyną realnością jest oparta na przemocy naga władza, o którą morderczą walkę zaczyna toczyć kilka najpotężniejszych rodów królestwa. 

Jednocześnie, wraz z rozwojem fabuły, ten cyniczny, odczarowany obraz świata zaczyna być coraz bardziej podważany. Ze skamieniałych, wydawałoby się, od stuleci jaj wykluwają się od dawna nie widziane przez nikogo smoki, na północ od lodowego muru chroniącego siedem królestw Westeros znów pojawiają się żywe trupy, walka o władzę kilku możnych rodów ustępuje wielkiej, mitycznej walce sił lodu i ognia, światła i ciemności, życia i śmierci.

Ten metafizyczny konflikt nie przekreśla jednak małostkowych i w swojej małostkowości arcyludzkich walk o władzę, serial aż do końca nie traci swojego cynicznego ostrza. Rozczarowanie fanów zakończeniem mogło wynikać z tego, że mimo wszystko oczekiwali oni od „Gry o tron” podnoszącego na duchu zakończenia, w którym postaci reprezentujące światło, życie i dobro jednoznacznie zwyciężają, a ich zwycięstwo przynosi nowy złoty wiek – jak powrót Aragorna na tron Gondoru u Tolkiena.

Także „Ród smoka” gra tym samym pomieszaniem odczarowania i zaczarowania, choć robi to poniekąd odwrotnie niż serial, którego akcję poprzedza. Zaczyna się też w o wiele bardziej „magicznym” świecie niż „Gra o tron”: dynastia Targaryenów znajduje się u szczytu potęgi, gwarantuje ją małe stado kontrolowanych przez rodzinę smoków. 

Jednocześnie, choć w pierwszych odcinkach pojawia się proroctwo zapowiadające wielką walkę z siłami ciemności, o której opowiadać będzie „Gra o tron”, „Ród smoka” szybko zmienia się w duszny, klaustrofobiczny, przyziemny dramat władzy, historię wojny domowej dwóch gałęzi Targaryenów walczących o Żelazny Tron.

W „Grze o tron” mieliśmy kilku bohaterów, którym niemal do końca mogliśmy kibicować w ich walce. W „Rodzie smoka” w zasadzie od początku nie ma nikogo takiego. Królowa Rhaenyra ma zdecydowanie mocniejszy tytuł do tronu, to ją – a nie jej młodszych, przyrodnich braci – król Viserys wskazał jako swoją następczynię. Sama w sobie być może nie byłaby nawet najgorszą władczynią – niestety rządy Rhaenyry oznaczałyby faktyczne panowanie jej męża i stryja Deamona, ostatniej osoby, jaka powinna mieć wpływ na państwo. Synowie Viserysa i królowej Alicent są równie niezrównoważeni i niezdolni do rządzenia.

Obserwujemy więc walkę o władzę grupy psychopatów uzbrojonych w magiczną broń masowej zagłady. Jak wiemy z prozy Martina, przegrają wszyscy, a dynastia Targaryenów w bratobójczej wojnie straci swój największy zasób – smoki – i wejdzie na drogę upadku. Zanim do niego dojdzie, mieszkańcy Westeros będą mogli tylko bezradnie patrzeć, jak wojna domowa elit, które nigdy nie powinny rządzić, pustoszy królestwo.

Fantastyczny feudalizm i kryzys demokracji

Być może to poczucie bezradności wobec niszczącego świat konfliktu niekompetentnych elit jest czymś, co sprawia, że „Ród smoka” trafia do współczesnej publiczności, doświadczającej podobnych emocji podczas obserwowania współczesnej polityki w Stanach, Polsce i wielu innych mniej czy bardziej dojrzałych demokracjach.

Sukces „Gry o tron” uruchomił modę na fantasy, a więc także na filmowe i telewizyjne obrazy fantastycznego feudalizmu. Niedawno w kinach mogliśmy oglądać drugą część „Diuny”, adaptacji powieści Franka Herberta, rozgrywającej się w świecie, gdzie ludzkość skolonizowała kosmos, wracając jednocześnie do feudalizmu: nad galaktyką panuje cesarz i wielkie rody, kontrolujące całe planety. „Galaktyczny feudalizm” Herberta jest mroczny, okrutny, oparty na przemocy, nierówności stanowe wzmacnia w nim eugenika – ta wizja nie ma nic wspólnego z romantycznymi wyobrażeniami średniowiecza.

Jak na łamach „Los Angeles Review of Books” zauważył Daniel Immerwahr, „Diuna” Herberta zaczyna ukazywać się w odcinkach zaraz po zabójstwie Kennedy’ego. Historyk łączy popularność powieści w latach 60. z kryzysem powojennego liberalizmu i jego obietnicy linearnego, napędzanego przez technologię postępu – Herbert pokazuje świat, w którym postęp technologiczny i społeczny radykalnie się rozchodzą, a podbój kosmosu przynosi brutalną refeudalizację. Immerwahr konkluduje swój wywód: „nic dziwnego, że dziś, gdy nasza polityka coraz bardziej przypomina »Grę o tron«, »Diuna« znów zyskuje na popularności”.

Trudno nie zgodzić się z tą diagnozą. Mroczne, odczarowane obrazy okrutnego fantastycznego średniowiecza pociągają nas z jednej strony swoją egzotyką, jako eskapistyczna fantazja, z drugiej tym, jak odbijają nasze współczesne problemy i lęki, z poczuciem bezsilności wobec prowadzących świat ku katastrofie elit na czele.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”