Popkultura mówi, że dealerzy narkotyków często praktykują zasadę „pierwsza działka za darmo”. Klient próbuje, uzależnia się, a gdy jest już nałogowcem, zapłaci każdą cenę, byleby dostać substancję.
Ten sam mechanizm doskonale opisuje relację Unii Europejskiej z paliwami kopalnymi. I tak jak przy uzależnieniu narkotykowym, tak i w tej kwestii, kluczem do wyjścia z nałogu jest dostrzeżenie oraz zrozumienie pełni jego kosztów.
Nawet USA nie są odporne na kryzys naftowy
„Otwórzcie tę j***ną cieśninę, wy chore sukinsyny, albo wyślę was do piekła” – takimi słowami prezydent USA Donald Trump zwrócił się w Wielkanoc 2026 r. do władz Iranu, wzywając je do jak najszybszego udrożnienia cieśniny Ormuz. Uderzenia irańskich dronów w statki, które próbowały przez nią przepłynąć, skutecznie zniechęciły armatorów do podejmowania takich prób. Szlak, przez który przechodziło ok. 20 proc. światowego handlu ropą i gazem skroplonym, nagle opustoszał.
Z dzisiejszej perspektywy można już zaryzykować stwierdzenie, że USA nie były przygotowane na taki rozwój sytuacji. Blokada Ormuzu oraz uderzenia Iranu w inne kraje Zatoki Perskiej i ich infrastrukturę naftowo-gazową rozpoczęły bowiem drugi w ciągu zaledwie 4 lat światowy kryzys energetyczny. Biały Dom z trudem odnajdywał się w sytuacji, w której na kilka miesięcy przed amerykańskimi wyborami połówkowymi ceny paliw w USA zbliżają się do niechlubnych rekordów z 2022 r., przebijając 4 dolary za galon benzyny.
Jeśli zatem Ameryka, czyli największy na świecie producent i eksporter surowców energetycznych, obrywa tak mocno kolejnym kryzysem, to jak odczuje go Unia Europejska, która należy do głównych importerów nośników energii?
Wojna z Iranem podbija ceny ropy i gazu
Odpowiedź na postawione powyżej pytanie jest krótka: dla UE to sytuacja wprost katastrofalna. Dopiero w drugiej połowie 2025 r. unijne gospodarki zaczęły odczuwać zauważalny spadek cen surowców oraz paliw po gwałtownym wzroście spowodowanym pełnoskalową agresją Rosji na Ukrainę. Stabilizowała się inflacja, przemysł wykazywał oznaki pobudzenia, poprawiały się nastroje konsumenckie.
Perspektywy na rok 2026 były obiecujące – aż do 28 lutego. Teraz Europejczycy znów stają przed kryzysem, który ponownie wykoleja unijną gospodarkę, a bierze się po prostu z najgroźniejszego nałogu UE: czyli uzależnienia od paliw kopalnych.

Każdy narkoman ma swoją historię – zazwyczaj wyglądającą jak bilans strat. Unijna powieść na ten temat jest spektakularna; można prowadzić ją bowiem przez muzeum wielkich liczb.
Dla przykładu: podczas ostatniego kryzysu energetycznego (2021-2024) Unia Europejska wydała na zakupy surowców energetycznych 1,8 bln euro, czyli dwukrotność zeszłorocznego polskiego PKB. Połowę tej kwoty – a więc 900 mld euro – stanowiła nadpłata, wynikająca z gwałtownego skoku cen nośników energii. To nie wszystko: tylko w 2022 r. kraje UE musiały rzucić na rynek kolejny bilion euro, by stabilizować odbiorcom końcowym ceny ciepła, gazu, paliw czy prądu.
Z kolei w pierwszym pokryzysowym roku względnie ustabilizowanych cen energii – czyli w roku 2025 – wartość unijnego importu surowców energetycznych sięgnęła 336,7 mld euro. Jednakże przez wojnę w Iranie tegoroczne importy mogą znów być kosztowniejsze – tylko w ciągu pierwszych 10 dni konfliktu UE płaciła dodatkowe 250 mln euro dziennie za sprowadzane nośniki energii.
Tyle, jeśli chodzi o wielkie liczby – bo dla lepszego obrazu trzeba przełożyć tę opowieść na język przemawiający silniej do przeciętnego konsumenta.
Ropa i gaz drożeją nie tylko z powodu braku obu surowców
Całą mechanikę kosztu uzależnienia od paliw kopalnych najłatwiej pokazać na przykładzie szalejących cen ropy naftowej i paliw. Tuż przed atakiem USA i Izraela na Iran baryłka ropy Brent – kosztowała 69 dolarów. Trzy tygodnie po rozpoczęciu wojny i nałożeniu blokady na cieśninę Ormuz jej cena wzrosła do 112 dolarów.
Odbiorcy surowca z Zatoki Perskiej zaczęli się więc rozglądać za alternatywą i szturmować eksporterów; popyt naftowy nie jest bowiem elastyczny. Zawsze w takich sytuacjach pojawia się tzw. surowcowe panic buying, czyli gorączkowe zakupy, często na zapas, dokonywane przez różnych klientów z całego świata. Do tego doszła premia za ryzyko, a więc zawarta w nowej, wyższej cenie kalkulacja dotycząca możliwości rozszerzenia się konfliktu i dalszych przerw w dostawach.
Dla pełnego obrazu – jak podkreśla Łukasz Skiba, analityk zajmujący się rynkami finansowymi – trzeba wspomnieć o mechanizmach rządzących światowym handlem ropą.
– Najwięcej kontrowersji budzi dziś oderwanie się wycen popularnych benchmarków, takich jak WTI czy Brent, od realiów rynkowych – zaznacza. – Nie starczyłoby dnia, żeby opisywać wszystkie anomalie, ale wartym nagłośnienia jest chociażby sprytny zabieg traderów TotalEnergies, którzy wzmożonymi zakupami wykreowali ogromny wzrost cen ropy Dubai, po czym skasowali blisko miliard dolarów zysku – mówi.
Dla zobrazowania wyjątkowości sytuacji, analityk podaje przykład. W normalnych warunkach eksport lekkiej ropy z USA do Azji nie ma sensu ekonomicznego. Dziś jednak marże rafineryjne w Azji wzrosły tak bardzo, że opłacają się najbardziej dotychczas nieefektywne kierunki, nawet jeśli dany gatunek ropy nie daje pożądanego „urobku” w postaci gotowych paliw.
– Mamy do czynienia z klasyczny kryzysem płynności. Brakuje nie tylko surowca, ale też statków, a to rozregulowało mechanizm tzw. arbitrażu, czyli możliwość zakupu ropy tam, gdzie jest taniej, i sprzedaży tam, gdzie jest drożej. To pomijany, a bardzo istotny wątek: aktualny kryzys to w równej mierze kryzys dostępności tankowców, który nie zaczął się zresztą w lutym tego roku. Narasta jak kula śniegowa od pandemii, poprzez zmiany w logistyce po wybuchu wojny na Ukrainie, ataki Hutich na Morzu Czerwonym, kryzys klimatyczny w 2023 roku, który sparaliżował Kanał Panamski, aż po amerykańską interwencję w Wenezueli i „wyrwanie” tamtej ropy z objęć floty cieni – wymienia Skiba.
I tak nagromadzenie czynników sprawiło, że w trzy tygodnie baryłka Brent zdrożała o 60 proc. Ale termin „baryłka” wciąż brzmi abstrakcyjnie. Warto więc zobaczyć, jak na tę zmianę reaguje reszta gospodarki.
Droższe paliwa szybko uderzają w polskie portfele
W pierwszym odruchu na pewno zajrzymy na stacje benzynowe. Na ich pylonach szybko zaczynają się gwałtowne skoki. Sprzedawcy paliw działają bowiem odtwórczo, i to w podwójnym tego słowa rozumieniu: oferowane przez nich ceny niejako odtwarzają sytuację na rynku globalnym, bo oni sami muszą myśleć o odtworzeniu zapasów benzyny czy oleju napędowego po wyższych cenach. I tak, po trzech tygodniach wojny w Iranie, na wielu stacjach w Polsce za litr diesla trzeba było płacić ponad 8 złotych, czyli o ok. 2 zł więcej niż w lutym.
Jednakże to nie sama ropa sprawia, że ceny szaleją – przy dystrybutorze nie tankuje się przecież tego surowca, tylko produkty jego rafinacji. Te zaś są w dużej części importowane (jeśli chodzi o olej napędowy, to Polska sprowadza 40 proc. zapotrzebowania). Żeby zaś import się opłacał, to cena na rynku krajowym musi być odpowiednio wysoka w stosunku do ceny paliwa importowanego – a tak się akurat składa, że przez zablokowaną cieśninę Ormuz szły głównie eksporty diesla, co szczególnie mocno podbija notowania akurat tego nośnika energii.
Odbiorcy na świecie rozpoczynają więc licytację cenową, którą z czasem zaogniają uderzenia w rafinerie, a więc źródła dostaw paliw na rynek. Import paliwowy staje się coraz droższy, a wraz z nim skaczą lokalne wyceny. I nagle okazuje się, że przeciętny polski kierowca, przejeżdżający miesięcznie ok. 1,5 tys. km samochodem z silnikiem diesla, za paliwo płaci już nie 540 zł, ale 720 zł.
Drożejące paliwa momentalnie wywierają presję na koszty transportu, które w nawet 40 proc. są zależne właśnie od nich. Z kolei transport podbija ceny mnóstwa produktów i usług. Dlatego też w marcu br. indeks CPI, pokazujący ceny towarów i usług konsumpcyjnych, był wyższy o 3 proc. w porównaniu do marca roku 2025. To i tak mniej niż przewidywali ekonomiści – spodziewano się bowiem 3,3 proc. Słowem: za te same produkty Kowalski płaci dziś o 3 proc. więcej niż rok temu. W dużej mierze przez kryzys naftowo-paliwowy.
Przy takim tąpnięciu gospodarczym do akcji wchodzi rząd – i obniża akcyzę oraz VAT na paliwa, ustalając przy tym ich ceny maksymalne, żeby sprzedawcy nie wypełnili podatkowego rabatu swoją marżą. Ale to tylko leczenie objawowe. Oczywiście, udaje się okiełznać ceny na stacjach, a przez to i inflację, ale koszt tego i tak ponosi budżet państwa – przychody podatkowe spadają o ok. 1,6 mld zł miesięcznie.
W tym miejscu znów pojawiają się wielkie liczby, podczas gdy my na sytuację chcemy nadal spoglądać z perspektywy Kowalskiego. Rosnące ceny paliw oznaczają dla niego nie tylko wzrost kosztów transportu drogowego. Skaczą również ceny biletów lotniczych, zwłaszcza tanich linii – na razie o kilka procent, ale jeśli kryzys się utrzyma, to tegoroczne wakacje mogą być sporo droższe niż szacowało wiele polskich gospodarstw domowych.
Mało tego: dłuższa przerwa w dostawach gazu z Zatoki Perskiej będzie podbijać ceny tego surowca na rynku europejskim (obecnie większe o 50 proc. w stosunku do końca lutego), co z kolei przerodzi się w wyższe ceny energii elektrycznej i ciepła w UE (gaz jest kluczowy do ich wyznaczania).
Ucierpi także przemysł, zwłaszcza chemiczny. Odbije się to również na cenach nawozów, a więc też żywności – i to nie tylko przez sam gaz, ale również ze względu na to, że przez Ormuz szły ogromne ilości mocznika. Jeśli zaś równolegle zacznie nakręcać się spirala inflacyjna, to wrócić mogą mechanizmy sprzed czterech lat, czyli np. podniesienie stóp procentowych przez NBP, co zwiększy koszty kredytów i zostawi mniej pieniędzy na konsumpcję.
I tak Kowalski budzi się w sytuacji, w której musi wydać więcej na jedzenie, podróż do pracy, wakacje czy ratę kredytu, bo gdzieś na drugim końcu świata tankowce utknęły za jakąś cieśniną.
Europa nie ma swoich paliw kopalnych
Uprzedźmy z góry pytanie, które zapewne padnie. Dlaczego kraje UE nie wydobywają swoich własnych surowców energetycznych? Odpowiedź jest prosta: bo albo ich nie mają, albo te, którymi dysponują, są nieopłacalne w eksploatacji.
Unijna produkcja ropy naftowej to zaledwie 15,5 mln ton – czyli ok. 60 proc. tego, co przez rok zużywa sama Polska. Gdyby UE chciała być samowystarczalna w tym zakresie, musiałaby zwiększyć wydobycie trzydziestokrotnie. Takich złóż w UE po prostu nie ma. Gaz ziemny? Obecnie eksploatowane pokłady dają Unii niecałe 40 mld m sześc. rocznie, co umożliwia pokrycie ok. 10 proc. zapotrzebowania. Istnieje możliwość zwiększenia tej puli biometanem, ale ten wciąż jest od gazu ziemnego sporo droższy.
Węgiel kamienny? Ostatnim krajem Unii, który go wydobywa, jest Polska. To wydobycie kosztuje polskich podatników miliardy złotych rocznie, bo sektor jest w większości trwale nierentowny i wygenerował 20 mld zł strat tylko w ciągu ostatnich dwóch lat. Tymczasem produkcja z kopalń na Śląsku i Lubelszczyźnie nie pozwala pokryć nawet polskiego zapotrzebowania, nie mówiąc o unijnym – Polska od 2010 r. jest importerem węgla netto.
Węgiel brunatny? Używają go wciąż Niemcy, Polacy, Czesi, Bułgarzy, Rumuni, Grecy, Węgrzy i Słoweńcy. Ale z tego grona jedynie Polska chce korzystać z tego surowca po roku 2038. Obecnie eksploatowane odkrywki powoli się kończą, a wydobycie z nowych złóż jest zbyt kosztowne – m.in. ze względu na szkody w rolnictwie i gospodarce wodnej. Zresztą, surowiec ten odpowiada już tylko za niecałe 6 proc. unijnej generacji energii elektrycznej.
Podsumowując: nieprzypadkowo UE importuje 75 proc. zużywanego węgla, 90 proc. gazu i 97 proc. ropy i paliw. Dlatego co roku przelewa miliardy euro amerykańskim nafciarzom, arabskim szejkom czy rosyjskim oligarchom, którzy daliby wiele, by utrzymać surowcowe status quo na Starym Kontynencie.
Chiny zrozumiały stawkę transformacji energetycznej
Ale Unia ma też potężne narzędzie do tego, by to uzależnienie radykalnie ukrócić. Jest nim wyśmiewana i atakowana przez wielu polityka klimatyczna, której celem jest przecież redukowanie zużycia węglowodorów. Europejski Zielony Ład czy pakiet Fit for 55 mają obecnie złą prasę na Starym Kontynencie.
Trudno się dziwić; przez lata Komisja Europejska i inne unijne instytucje nie dołożyły należytych starań, by wyjaśnić, że mechanizmy te zwiększają bezpieczeństwo energetyczne, umożliwiając przejście na wsobną produkcję energii i ograniczenie kosztownych dostaw. Wielu Europejczyków to właśnie w polityce klimatycznej szuka winnego za ostatnie skoki cen energii, podczas gdy w rzeczywistości wynikały one ze wciąż istniejącego uzależnienia od paliw kopalnych.

Tę receptę podwędziły od UE Chiny – które są obecnie absolutnym liderem w skali, tempie i zakresie transformacji energetycznej. ChRL wydaje rocznie na ten cel ponad bilion dolarów. Chińczycy od lat, rok w rok, budują więcej źródeł odnawialnych niż reszta świata razem wzięta, realizują najwięcej projektów elektrowni jądrowych, mają największy rynek elektromobilności.
Jednocześnie postępuje gwałtowny proces elektryfikacji gospodarki Państwa Środka. W kolejnych jej sektorach paliwa kopalne zastępowane są elektrycznością jako nośnikiem energii – Chiny już teraz produkują więcej prądu niż UE i USA razem wzięte.
Te wszystkie działania zaczynają przynosić Pekinowi wymierne efekty. W ubiegłym roku produkcja energii w chińskich elektrowniach węglowych spadła o 1,6 proc. w porównaniu do roku 2024, a współczynnik wykorzystania tych jednostek zjechał do zaledwie 50 proc. Mówiąc obrazowo: to tak, jakby węglówki w Chinach przez pół roku nie pracowały.
Cały chiński wzrost zapotrzebowania na energię elektryczną z 2025 r. został pokryty źródłami bezemisyjnymi. Całościowe emisje z gospodarki ChRL spadły wtedy o 0,3 proc. w porównaniu do roku poprzedniego. Udało się także obniżyć sprzedaż paliw – aż o 5,7 proc. rok do roku.
Oczywiście, władze w Pekinie mówią o tych sukcesach głównie w kontekście swoich celów redukcji emisji gazów cieplarnianych (Chiny chcą być neutralne klimatycznie do 2060 r.). Jednakże za fasadą tych słów kryją się potężne interesy przemysłowe – polityka klimatyczna jest w ChRL sprzężona z mechanizmami wsparcia przemysłu.
Technologie bezemisyjne są w dużej mierze „Made in China”; świetnie widać to po elektromobilności – chiński rynek oferuje już 120 marek rodzimych aut elektrycznych, kontrolując przy tym dużą część łańcucha wartości, w tym produkcję kluczowego komponentu, czyli baterii. Podobnie rzecz się ma z magazynami energii, panelami fotowoltaicznymi czy turbinami wiatrowymi.
Natomiast za warstwą przemysłową jest też segment strategiczny – Chiny zdają sobie sprawę, że uzależnienie od zewnętrznych dostaw energii to nie tylko eksport kapitału, ale także ciężar polityczny. Poleganie na imporcie kluczowych surowców jest niebezpieczne dla państwa o dalekosiężnych ambicjach.
Pekin nie może sobie pozwolić na to, by losy wojny o Tajwan zależały np. od nieprzerwanych dostaw ropy i paliw przez cieśniny Ormuz czy Malakka. Dlatego woli inwestować ponad bilion dolarów rocznie w to, by stawać się coraz bardziej niezależnym energetycznie. Chińczycy chcą skończyć ze znanym od czasów pierwszej rewolucji przemysłowej paradygmatem paliw kopalnych i wkroczyć szybko w epokę elektryfikacji.
Wydajemy miliardy na coś, co od razu palimy
Tą samą drogą powinna iść Europa, która na inwestycje w klimat przeznacza co roku ok. jedną trzecią tego, co Chiny, choć PKB ma wciąż od nich większe. Warto znów wrócić do przeciętnego Kowalskiego: szanse na to, że będzie on jednoczesnym właścicielem pola naftowego i gazowego, rafinerii, stacji paliwowej, kopalni węgla i elektrowni są niewielkie, żeby nie powiedzieć: żadne. Ale wychodząc z paradygmatu paliw kopalnych, może on skupić funkcjonalności wszystkich tych obiektów – właśnie dzięki elektryfikacji.
Rolę złoża ropy czy węgla oraz elektrowni przejmie panel fotowoltaiczny. W połączeniu z magazynem energii może nie tylko obniżyć rachunki, ale i zbudować pewną autonomię energetyczną. Jeśli do tego dojdzie samochód elektryczny (który może pełnić rolę magazynu), to nagle rafineria i stacja paliw nie będą już potrzebne.
Do Kowalskiego może też przemówić fakt, że wymienione wcześniej rachunki kosztów importu surowców wyglądają jeszcze bardziej przerażająco, gdy uświadomić sobie fakt, że mowa o czymś, co zaraz po zakupie jest niszczone – czyli spalane. Mało tego, bo spalanie również jest kosztem. Prowadzi bowiem np. do nadmiarowych zgonów ze względu na zanieczyszczenia powietrza (w samej Polsce dotyczy to ok. 40 tys. osób rocznie).
Perspektywa odejścia od paliw kopalnych jest z roku na rok bardziej realna – ale to nie znaczy, że będzie prosta. O ile sektor elektroenergetyczny można zdekarbonizować stosunkowo łatwo, o tyle już np. przemysł ciężki, transport długodystansowy czy sektor chemiczny wciąż nie mają konkurencyjnych, szeroko dostępnych zamienników dla paliw kopalnych. Rozwój tych technologii dopiero trwa.
Pojawiają się pierwsze „zielone” huty, promy elektryczne czy rozwiązania wodorowe, ale wymagać one będą kolejnych nakładów czasu i pieniędzy. Zmiana obecnego paradygmatu to proces na dekady – zwłaszcza że paradygmat ten budowany był przez stulecia. Ale nie ma się co dziwić: odwyk od tak głębokiego uzależnienia zawsze będzie bolesny, długotrwały i trudny. Niemniej, jeśli Unia Europejska – a wraz z nią Polska – chce być zdrowa, rozwijać się i żyć dalej, to nie ma innego wyboru.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















