Po ostatnim unijnym szczycie i w ogóle w ciągu ostatnich tygodni uwaga dużej części polskich polityków, mediów i komentatorów skupiła się na obowiązującym w Unii Europejskiej systemie handlu emisjami ETS. W trakcie debaty koncentrowano się na tym, jak z systemu wyjść lub jak go pogrzebać – i popełniono tak trzy kardynalne błędy.
Pomysły PiS na ETS. To już było
Po pierwsze: Polska przechodziła przez ten spór już wielokrotnie – bez rezultatów. Hasła pokroju „wyjść z ETS” zaczęły pojawiać się w wyborach z 2019 r., gdyż to w tym właśnie roku – po raz pierwszy – system handlu emisjami wyraźnie podniósł cenę energii elektrycznej (wtedy również zdecydowano się na wprowadzenie mrożenia cen energii, które przetrwało do 2025 r.).
Jednak najwięcej uwagi poświęcono uprawnieniom do emisji po roku 2021, kiedy to ich cena skoczyła z 30 euro za tonę w styczniu do 90 euro za tonę w grudniu. W efekcie, w roku 2022, premier Morawiecki zabiegał w UE o zawieszenie ETS (bezskutecznie: nikt nie chciał poprzeć Warszawy w tym zakresie), a parlamentarzyści Solidarnej Polski przygotowali projekt ustawy o wyjściu z systemu (dalsze jego losy są nieznane, być może dlatego, że jednostronne wyjście jest możliwe tylko w przypadku wyjścia z UE).
Warto odnotować te dwa wydarzenia, gdyż w marcu 2026 r. posłowie PiS znów grali hasłem opuszczenia rygorów ETS, a kandydat tego ugrupowania na premiera – Przemysław Czarnek – zaprezentował projekt ustawy o wyjściu z systemu. Nie sposób więc nie odnieść wrażenia, że wszystko to już było – i do niczego konstruktywnego Polski nie doprowadziło.
Debata o systemie: nie osłabiajmy swojej pozycji
Po drugie: tak kształtowana debata może odbić się negatywnie na unijnych negocjacjach ws. rewizji systemu. Na szczycie Rady Europejskiej w dniach 19-20 marca uzgodniono bowiem, że Komisja Europejska do lipca przygotuje propozycję zmian w ETS.
Korekty mają na celu obniżenie cen energii w UE i choć dokładne ich brzmienie będzie dopiero ustalane, to jednak w konkluzjach szczytu można znaleźć zdanie dla Polski niezmiernie istotne: chodzi mianowicie o wezwanie KE do stworzenia instrumentów, które obniżą ceny energii w państwach członkowskich z „uwzględnieniem zróżnicowanej sytuacji” tychże krajów.
To sformułowanie można traktować jako uchylenie drzwi do rozmów, których efektem może być znacznie lepsze dopasowanie zarówno systemu ETS, jak i innych regulacji unijnych (np. ETS 2) do warunków gospodarczych, politycznych i społecznych poszczególnych członków UE – czyli chociażby do wysokiej intensywności emisji w Polsce. Jest to szansa, z której należy skorzystać.
Tymczasem potencjalne okopanie się na pozycjach „wyrzucenie ETS albo śmierć” to prosta droga do pozbawienia się pozycji negocjacyjnej.
Wzrost cen energii nie wynika z ETS
Po trzecie: debata ta odbywa się w momencie kolejnego w ciągu ostatnich lat kryzysu energetycznego, który wynika nie z polityki klimatycznej (czyli np. ETS), ale z zaburzeń w dostawach surowców energetycznych – w tym przypadku: z Zatoki Perskiej.
W wyniku ataku USA i Izraela na Iran ceny gazu w UE wzrosły z 30 euro za MWh w lutym do prawie 70 euro za MWh w połowie marca. Sam ten wzrost podniósł koszty energii elektrycznej na unijnym rynku hurtowym dwukrotnie bardziej niż koszt uprawnień do emisji. Co więcej, obecnie koszt ETS stanowi maksymalnie ok. 10 proc. końcowego rachunku za energię elektryczną dla gospodarstw domowych w UE, czyli mniej niż średnia unijna stawka VAT na prąd (18 proc.).
Ile zaś państwa Unii zapłacą za wojnę w Iranie? Tego nie wiadomo.
Według wstępnych wyliczeń kraje UE zapłaciły już dodatkowe 2,5 mld euro za import paliw kopalnych tylko w pierwszych 10 dniach konfliktu. Do tego trzeba doliczyć koszty działań pomocowych, które już są wdrażane, i oczywiście dalsze ciężary wynikające z zaburzeń w dostawach węglowodorów. Tymczasem ETS od 2005 r. obniżył emisję – a więc i zużycie kopalin – w objętych nim sektorach o 47 proc. Osłabianie systemu w takiej sytuacji brzmi tak sensownie, jak niszczenie gaśnicy w trakcie pożaru.
System ETS ma wady. Ceny uprawnień się zmieniają, handel nimi obarczony jest spekulacją, ciężary finansowe emisji rozkładają się nierówno pomiędzy państwa członkowskie. Ale zrzucanie na niego winy za całe zło panujące na rynkach energii, wykrzywianie jego roli czy przedstawianie go jako sklepu całodobowego, do którego można wejść i wyjść w każdej chwili, żadnego z tych problemów nie rozwiązuje – przeciwnie, dokłada do nich kolejne.
Autor jest redaktorem naczelnym portalu Energetyka24.com
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















