Reklama

Erdoğan przegrywa Dziki Zachód

Erdoğan przegrywa Dziki Zachód

19.05.2017
Czyta się kilka minut
Najkrótsza w dziejach rozmowa w cztery oczy, konferencja prasowa bez pytań, przeinaczanie nazwiska tureckiego przywódcy i demonstranci pobici w Waszyngtonie przez jego ochroniarzy. Analitycy zgodnie okrzyknęli wyprawę Erdoğana do Stanów najbardziej nieudaną misją dyplomatyczną w turecko-amerykańskiej historii.
Recept Erdogan i Donald Trump. Fot: Face to Face/REPORTER
-

- To jest Ameryka, u nas tak się nie robi. Nie ma absolutnie żadnego usprawiedliwienia dla tak bandyckiego zachowania – napisał na Twitterze amerykański senator John McCain po tym, jak we wtorek ochroniarze Recepa Tayyipa Erdoğana, odbywającego podróż do Stanów Zjednoczonych, rozprawili się z grupą demonstrantów protestujących przeciwko polityce tureckiego prezydenta. Wśród około 20 osób, które zebrały się przed budynkiem tureckiej ambasady byli zarówno mieszkający w USA Kurdowie, jak i Amerykanie nawołujący do zakończenia tyranii i prześladowań w Turcji. Według demonstrantów, w pewnym momencie ochroniarze tureckiego prezydenta po prostu się na nich rzucili. Bili, przewracali na ziemię, kopali po głowach. – Potraktowali nas tak, jak traktują ludzi u siebie – mówili dziennikarzom CNN poturbowani demonstranci, z których aż 12 wymagało hospitalizacji. 

Zachowanie Turków spotkało się z ostrą krytyką amerykańskiego Departamentu Stanu: “Przemoc nigdy nie jest stosowną odpowiedzią na wolność słowa, wspieramy prawo ludzi do wolności wypowiedzi i pokojowego manifestowania poglądów gdziekolwiek się znajdują” – napisano w oświadczeniu wydanym niedługo po zamieszkach. Republikańscy kongresmeni wezwali nawet Turcję do przeprosin twierdząc, że cała sytuacja to „policzek” dla USA.

Lista spraw niezałatwionych

Na razie ambasador Serdar Kılıç jest daleki od przepraszania za incydent. Strona turecka utrzymuje, że do przepychanek doszło gdy grupa agresywnych demonstrantów zaatakowała pokojowo nastawionych obywateli, którzy chcieli po prostu powitać Erdoğana w Stanach Zjednoczonych. Nie wierzy w to jednak nikt, kto widział nagrania z miejsca zdarzenia. Protestujący wznosili co prawda okrzyki i domagali się uwolnienia więzionego od miesięcy lidera pro-kurdyjskiej partii HDP Selahattina Demirtaşa, ale nikogo przy tym nie atakowali. – To skandaliczne i nie może pozostać bez podpowiedzi. Powinniśmy odesłać do diabła ich ambasadora – pieklił się senator McCain. Gdy Donald Trump, który spotkał się z Erdoğanem dwie godziny później, nie zająknął się na temat incydentu nie mówiąc już o jego potępianiu, Turcy zaczęli żartować, że zazdrości tureckiemu prezydentowi, bo sam chciałby w ten sposób pacyfikować przeciwników, ale zabrania mu konstytucja, kongres i wizja impeachmentu. Rychło okazało się, jednak, że – Trump pozwolił gościowi „wyjść z twarzą” z tej dyplomatycznej wpadki, ale nie dopuścił do tego, by Erdoğan triumfował. - Mam nadzieję, że będę współpracować z prezydentem Erdoğanem w sprawie osiągnięcia pokoju i bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie w obliczu wspólnych - powiedział co prawda Trump po spotkaniu, zapewnił też o „zacieśnianiu więzów” między krajami, ale były to raczej puste slogany, niż konkretne deklaracje, na które liczyła strona turecka nazywając wcześniej wizytę Erdoğana w Stanach „nowym otwarciem” w stosunkach turecko-amerykańskich. Nie mogło być inaczej w sytuacji, gdy oba kraje mają kompletnie inną wizję zaprowadzania „pokoju na Bliskim Wschodzie”. USA ani myślą rezygnować w Syrii ze współpracy kurdyjską organizacją YPG, którą Turcy uważają za ugrupowanie terrorystyczne. Choć przed spotkaniem z Trumpem Erdoğan szumnie zapowiadał, że raz na zawsze zakończy tę sprawę, nic nie wskórał. Nawet tureccy analitycy cytowani we wtorek przez dziennik „Hürriyet” są zdania, że Stany Zjednoczone prędzej czy później rozpoczną wspólnie z uzbrojoną przez siebie YPG operację przeciw Państwu Islamskiemu w Rakkce i że Turcja po prostu nie zostanie do niej dopuszczona. 
Kolejną klęską okazała się sprawa ekstradycji do Turcji rezydującego w USA tureckiego duchownego Fethullaha Gülena, oskarżanego przez Erdoğana o zogranizowanie puczu wojskowego w lipcu ubiegłego roku. Turcja zabiega o to od miesięcy, a podróż prezydenta do Stanów miała w końcu przynieść wymierne efekty. Trump nie dość, że nie złożył w tej sprawie żadnych obietnic (ani o ekstradycji, ani aresztowaniu ani nawet o zakazaniu działalności na terenie USA stworzonego przez Gülena ruchu „Hizmet”). Amerykański prezydent wspomniał co prawda o kaznodziei, ale zupełnie innym. "Prezydent Trump podniósł kwestię uwięzienia amerykańskiego pastora Andrew Brunsona i poprosił rząd turecki o jak najszybsze umożliwienie mu powrotu do Stanów Zjednoczonych” – napisały w relacji ze spotkania służby prasowe Białego Domu. Chodzi o aresztowanego jesienią w Izmirze duchownego. Działający od niemal dwóch dekad w Turcji pastor Brunsun jest przez turecki rząd oskarżany o współpracę z ruchem Gülena i wspieranie kurdyjskich terrorystów. Jak poinformowali „Tygodnik Powszechny” współpracownicy pastora, Turcy przez pewien czas nie pozwalali, by ktokolwiek odwiedzał duchownego. Przez pierwsze dni nie dopuszczono do niego nawet adwokata. 

Trump nie chce też słyszeć o uwolnieniu aresztowanego w marcu ubiegłego roku Rezy Zarraba. Legitymujący się tureckim i irańskim obywatelstwem finansista jest oskarżonego o pranie brudnych pieniędzy. Miał też pomagać Iranowi w obejściu amerykańskich sankcji angażując w to tureckich polityków, w tym Erdoğana, który wówczas był jeszcze premierem Turcji. To kluczowa postać afery korupcyjnej, która wstrząsnęła krajem przed czterema laty.

Dyplomatyczna katastrofa

Choć tureckie media rządowe odtrąbiły sukces wizyty, a w telewizji TRT od wtorku mówi się tylko o zapewnieniach Trumpa, że między USA i Turcją dojdzie do zacieśnienia współpracy militarnej, zbrojeniowej i gospodarczej (zwłaszcza w dziedzinie energetyki), niezależni publicyści nie wahali się nazwać wizyty historyczną porażką. Choć to Donald Trump jako jeden z pierwszych pogratulował Erdoğanowi zwycięstwa w referendum konstytucyjnym, w efekcie którego Turcja wprowadzi system prezydencki, Erdoğan nie uzyskał w Stanach „legitymacji” dla swojej polityki. „Bywałem na wielu spotkaniach tureckich polityków z amerykańskim prezydentem i nie pamiętam, żeby którekolwiek trwało krócej niż 20 minut. To znaczy, że każdy z polityków mówił przez mniej niż 10 minut, bo przecież trzeba doliczyć tłumaczenie” – napisał Cengiz Çandar, publicysta Al Monitor. Choć – co nietypowe dla takich spotkań – na konferencji prasowej nie przewidziano czasu na pytania od dziennikarzy (amerykańskie media twierdzą, że Trump chciał uniknąć niewygodnych pytań o dymisję szefa FBI), zdaniem Candara dziennikarze zachowywali się, jakby Erdoğana w ogóle nie było w pomieszczeniu. Podobne odczucia mieli dziennikarze z Washington Post podkreślając, że Trump kilkakrotnie pomylił się wypowiadając nazwisko tureckiego prezydenta. 

Gdy dochodzi do przerostu formy nad treścią a rzeczywistość weryfikuje wyobrażenia Turcy mają w zwyczaju mówić, że góra urodziła mysz. O wtorkowym spotkaniu prezydentów mówi się nad Bosforem mówi się inaczej. Tym razem góra nie urodziła nawet myszy.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

Podobne teksty

Henry Kissinger, Radosław Korzycki
Günay Kubilay, Witold Repetowicz
Wojciech Pięciak, Teresa Stylińska, Marek Cichy

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]